| Australia 4x4 po raz pierwszy! |
| Autor Andrzej Budnik | |||
| Piątek, 03 Grudzień 2010 23:40 | |||
|
Błękitne niebo, żar leje się z nieba. Na przemian busz, półpustynia, las tropikalny, mokradła – dziesiątki kilometrów samotności poprzecinane małymi osadami w postaci road house’u, gdzie przy odrobinie szczęścia można zatankować samochód. Nadjeżdżające pojazdy rozpoznaje się po zbliżających się tumanach kurzu, a ceglany pył wdziera się wszędzie. Taki jest najmniej oswojony region Australii, przez tubylców nazywany „last frontier area”. Do Cape York, czyli na najbardziej wysunięty na północ punkt Australii, wybraliśmy się z Cairns, gdzie kupiliśmy stary samochód z napędem 4x4. Tam też dokupiliśmy kilka niezbędnych rzeczy takich jak dodatkowy zbiornik na paliwo, baniaki z wodą, porządny atlas Australii z trasami 4x4, materac samopompujący się, trochę narzędzi, zapasowy pasek klinowy i wężyk do chłodnicy, konwerter prądowy i prowiant na około dwa tygodnie.Przejazd z Darwin do Cairns rozpalił do maksimum naszą wyobraźnię i już nie mogliśmy się doczekać wyjazdu na północ Australii i naszą pierwszą w życiu trasę 4x4. Pierwsze dwa dni to przejazd z Cairns do Cape Tribulation i dalej w stronę Cooktown, wzdłuż wybrzeża. Trasa ta odkrywała przed nami piękne widoki, ale ruch na drodze wskazywał, że jeszcze musimy trochę ujechać, aby uciec od cywilizacji. Zabawa zaczęła się tak naprawdę dopiero drugiego dnia, gdy dotarliśmy do Cape Tribulation. W pewnej chwili zaczął się las, po chwili gęsta dżungla i nagle poczuliśmy, że wjeżdżamy właśnie przez magiczną bramę do świata wcześniej dla nas niedostępnego. Niespełna kilka kilometrów po tym, jak skończył się asfalt dojechaliśmy do pierwszej rzeczki, która stała się ową bramą. Z nieopodal położonego parkingu dobiegała muzyka z backpackerskich samochodów i pachniało kiełbaskami pieczonymi na grillu, a nas obserwowały ciekawskie spojrzenia. Tu zaczyna się przygoda
Jeden z potoczków
Ciesząc się jak dzieci z naszej eskapady wyruszyliśmy w stronę Lakefield. Trochę błota, wąskie pagórkowate podjazdy i pusta droga sprawiły, że bawiłem się świetnie. Przy pierwszej większej rzece spotkaliśmy parkę, która nas przestrzegała przed kolejną rzeką – oni nie zaryzykowali i na zgaszonym silniku zostali przeciągnięci przez maszynę utwardzającą akurat nieopodal drogę. Po chwili relaksu i szybkim naturalnym prysznicu w wodospadzie nieopodal, wyruszyliśmy w stronę pierwszej poważnej przeszkody. Zupełnie zapominając o krokodylach, które buszują podobno nawet po tutejszych rzekach, z trwogą stwierdziłem, że woda na środku rzeki sięga mi prawie po pas. Słupki ostrzegawcze na brzegu pokazują 90 cm, a nasz samochód nie ma rurki do głębokich przejazdów. Chłopak, od którego kupowałem samochód powiedział, że nigdy nie wjeżdżał głębiej niż po górną część bull bar’a. Na mój gust więc mieliśmy około 5 cm zapasu. Pytanie było tylko jedno – wjeżdżał do stojącej wody, czy do rzeki o silnym prądzie, bo ta akurat taka była… pytanie bez odpowiedzi. Kangury z bliska
Ach ta piękna A...? Australia! ;) Obudziliśmy się wraz ze wschodem słońca i zaczęliśmy krzątać się przy śniadaniu. Nie chcieliśmy sobie zakładać dystansów do przejechania, ale słyszeliśmy, że Archer River to świetne miejsce na przenocowanie. Tam chcieliśmy dojechać, jeśli się uda jednak droga przyniosła nam sporo opóźnień. Stała się bardzo wyboista, co było spowodowane maszyną utwardzającą tę drogę.Przez 300 km jechało się tak, jakby ktoś poustawiał stare polskie przejazdy kolejowe w poprzek drogi na odcinku300 km. Dramat dla samochodu, a szczególnie dla jego śrubek i części plastikowych. Po 200 km straciliśmy ich ze 20 w tym głównie z przedniego zderzaka i bull bara, który na koniec związaliśmy sznurkami i linami. Musiało to wyglądać komicznie, ale nie byliśmy na to przygotowani. Po następnych 100 km zaczęły nam odpadać części plastikowe w samochodzie, ale tych śrubek nie pogubiliśmy na szczęście. Wieczorem było co przykręcać. Po drodze zrelaksowaliśmy sie w pięknej rzeczce i na koniec dojechaliśmy do Archer River. Zjazd do rzeczki był łagodny, więc stwierdziłem,żę ogarnę trochę samochód i go umyję w tej rzecze, jednak jej dno okazało się mocno zdradliwe. Chwil kilka po tym, jak do niej wjechałem już wiedziałem, że z niej nie wyjadę. Dałem dupy po całości! Zaczęliśmy podkopywać koła i wkopywać kamienie, pale drewna, ale nic z tego. Auto sie coraz bardzie zakopywało,a czas uciekał i zaczęło zachodzić słońce! Na szczęście wszystko to działo się niedaleko drogi głównej, na którą w końcu wyszedłem i czekając na jakiś samochód. Dosłownie 3 minuty czekania i rozmawiałem już z kierowcą białego pick'upa, który niestety nie miał lin ani taśm do wyciągania. Potworny zbieg okoliczności sprawił, że akurat nadjeżdżał road train - w użycie poszło cb radio i zanim się spostrzegłem, kierowca "pociągu" już szedł w naszym kierunku z taśmami. Wszystko trwało może pięć minut, aja miałem tyle wstydu, że głowa mała, choć chłopaki bez żadnego uśmiechu ani dogadywania zrobili swoją robotę ina koniec dodali, żebym następnym razem był bardziej uważny. Wstyd, ale jak to mówi stare polskie przysłowie: Polak na błędach się uczy? A no.. Wykończeni całym dniem wrażeń najpierw ze śrubkami, potem z pięknem natury, a na koniec z zakopaniem samochodu padliśmy jak dzieci na tyle auta i nie spodziewaliśmy się, co przyniesie następny dzień, ale o tym w następnym odcinku tej brazylijskiej telenoweli :) tzw. gruntowanie dna... Więcej zdjęć z trasy Cairns - Cape York Ciąg dalszy naszej podróży na koniec Australii
|
