| Jardin River & telegraph track |
| Autor Andrzej Budnik | |||
| Sobota, 11 Grudzień 2010 01:13 | |||
|
My więc po uzupełnieniu diesla (1,90 za litr - sic!) ruszamy południowym objazdem i powiem Wam jest to najprzyjemniejsza część trasy, jaką do tej pory jedziemy. Nagle busz zamienia się w dżunglę, droga wije się jak szalona wśród tej gęstwiny – co jakiś czas podjazd, strumyk, więc ciągle zmiana biegów i pełne skupienie odpłacają mi za te męczarnie, które przeżywałem dnia poprzedniego. Po chwili znika dżungla i pojawia się półpustynia, a drogę całkowicie pokrywa piach – raz czerwony, innym razem biały, a czasem też i standardowo żółty. Jedzie się jak w bajce, napęd na 4 koła sprawia, że auto w ogóle się nie ślizga i prowadzi się je jakby w grze komputerowej jechało się w jakimś wyścigu. Magia… Przymusowe tankowanie za zbójeckie pieniądze Po dwóch godzinach tej pięknej drogi dojeżdżamy do skrzyżowania, gdzie kończy się południowy objazd, naszą drogę przecina szlak dawnego telegrafu, a chwilę później zaczyna się północny objazd. My tym razem zjeżdżamy na legendarny telegraf, aby zanocować wśród wodospadów w Jardin River National Park. Legenda telegrafu nie daje o sobie zapomnieć i już po kilkuset metrach mamy przed somą stromy zjazd i zaraz za nim długą zalaną drogę. Zjechanie samochodem na dół oznacza tylko tyle, że trzeba jechać dalej przed siebie, ale czy woda nie jest za głęboka. Gasimy więc samochód i wychodzimy zbadać dno – teraz już nie ma żartów, tu nam nikt nie pomoże jeśli byśmy utknęli. Jesteśmy my, samochód i wokół dzika przyroda, którą jakoś trzeba okiełznać. Przed wejściem do wody rozglądamy się uważnie czy nie ma wokół jakichś krokodyli, bo to już ich kraina. Nic nie widać podejrzanego, wiec krok po kroku zanurzamy się w wodzie i z zaniepokojeniem stwierdzamy, że dno jest bardzo grząskie. Pozornie woda nie jest głęboka aż do momentu, gdy dochodzimy do połowy podtopionej rzeki i wtedy mamy już ponad 70 cm. Z lekcji poprzedniej wiemy już, że nasz samochód spokojnie sobie poradzi z tą ilością wody, ale trzeba będzie bardzo ostrożnie jechać, aby się nie zakopać i przede wszystkim jechać płynnie. Alicja zostaje w najgłębszym miejscu podtopienia, abym dokładnie wiedział, kiedy mam najbardziej uważać, gdy będę przejeżdżał. Wracam do samochodu, zapalam silnik i włączam reduktor oraz drugi bieg. Powoli staczam się ze stromego zjazdu i zanurzam w wodzie. Po chwili czuję, że koła zaczynają się ślizgać, ale mając ustabilizowaną prędkość i nie gazując mocniej auto idzie stosunkowo płynnie. Dojeżdżam już do Alicji, która odskakuje na bok i wtedy samochód zapada się jeszcze bardzie. Adrenalina znów sięga zenitu, ale samochód powoli i z gracją czołgu wojennego przebija się przez tę mieliznę i po chwili wynurza się z wody. Teraz pomyślcie sobie, że to pewnie była jedna z łatwiejszych przeszkód na szlaku dawnego telegrafu – nabieramy poważną ochotę na to, aby go kiedyś całego przejechać, ale na to przyjdzie jeszcze czas. Dalszy szlak jest stosunkowo wąski, więc nie da się szybko jechać. Po około 20 minutach jazdy pokonujemy siódmy kilometr i dojeżdżamy do wodospadów Eliot oraz Twin Falls i tam zostajemy na noc, która jak się potem okazało jest pełna koncertów i arii w wykonaniu chyba wszystkich żyjących wokół stworzeń. Tak dziwnych dźwięków nie słyszeliśmy jeszcze nigdy i z miłą chęcią kontemplujemy każdą chwilę sam na sam z naturą. Poranny prysznic i masaż - gratis! :)
Plaża na Cape York - przez kilka dni tylko dla nas! Więcej zdjęć z trasy Cairns - Cape York
|

|
biuro rachunkowe lublin Atrakcyjne ceny. Sprawdź co oferuje Projekt:Polska. wawrysiuk.pl |