| Na krańcu Australii |
| Autor Andrzej Budnik | |||
| Poniedziałek, 20 Grudzień 2010 06:17 | |||
|
Zatoka widziana z Przylądka Jork
Tę sielską atmosferę w pewnej chwili przerwała Alicja, która szukając drewna na ognisko napotkała pierwszego węża, którego zobaczyliśmy na dziko w Australii. Owinięty wokół gałęzi na drzewie był prawie niewidoczny. Spoglądał na nas, badał i zastanawiał się, co z nami zrobić ;) Co prawda nie był to duży wąż, ale spotkanie go zapaliło mi zdecydowanie czerwoną żarówkę i każdy następny krok był stawiany z namysłem, żeby czasem nie sprowokować losu –szczególnie tutaj, na krańcu Australii. Gdzie by tu się dalej wybrać? Londyn, Tokio, Nowy Jork? Wszystko toczy się samo, bez planów, bez pośpiechu, bez tzw. „napinki”. Nabieramy dystansu do codziennych spraw, problemów, które spotykamy po drodze, bo zawsze na wszystko znajduje się jakaś rada. Zwykle poznajemy kogoś, kto poda nam rękę i chętnie podzieli się doświadczeniem lub sprzeda nam jakieś triki, co jest „naj”. Australii mocno się obawialiśmy jako kraju bardzo drogiego. Ileż to było dyskusji przed wyjazdem z Polski, że przecież tam nie da się tanio podróżować, że wszystko jest drogie i dla zwykłego zjadacza chleba po prostu nieosiągalne. Tak nie jest! Wystarczy tylko garść chęci, szczypta pracy, trzy ziarnka szczęścia i wywar z rośliny o nazwie pasja i oto w Twoich rękach znajduje się likier o nazwie „podróżować może każdy”... o ile naprawdę chce... Słońce zaczyna przypiekać coraz bardziej, a wilgoć też nie pozostaje za bardzo w tyle. Ostatni rzut oka na Przesmyk Torres, który kryje za sobą gdzieś tam w oddali niezbadaną Papuę! Tam też kiedyś dotrzemy, przyjdzie i na to odpowiednia pora, a teraz zbieramy się do powrotu. Zanim jednak udaliśmy się w drogę powrotną skręcamy z głównej drogi do Bamagi w kierunku lokalnego lotniska, gdzie podobno w pobliskiej dżungli kryć się mają ponad 50-letnie wraki samolotów. Pierwszy udaje nam się namierzyć bardzo szybko. Z drugim mamy już zdecydowanie więcej problemów, a trzeciego mimo szczerych chęci nie udaje nam się odnaleźć. Być może zarósł już zupełnie, natura go powoli konsumuje i ślad po nim właśnie ginie. Północny kraniec Australii - Cape York
Wieczorem jesteśmy świadkami ogromnego oberwania chmury. W przeciągu dosłownie kilku minut pobliskie drogi zamieniają się w potoki pełne wody, a my zaczynamy myśleć o rzekach, które przed nami czekają w drodze powrotnej. Musimy chyba się trochę pospieszyć, bo już dawno po sezonie i tylko fakt, że pora deszczowa w tym roku spóźniona, pozwala nam w ostatniej chwili zobaczyć tę część Australii. Mało ciekawie byłoby tutaj utknąć na pół roku, aż do czerwca, choć hmm… byłoby to zdecydowanie bezcenne doświadczenie. Skalne malunki Aborygenów
PS: O ile natknęliśmy się na węża, o tyle nie udało nam się spotkać żadnego krokodyla, a miało ich tutaj być pełno. Woda, jak lokalni mawiają, miała wręcz bulgotać i co? Gdzie te wszystkie pływające „torebki damskie” się pochowały? Chyba za bardzo są zajęte sobą nawzajem, gdyż akurat teraz mają okres godowy… krokodyla więc nie było nam dane zobaczyć. Innym razem. Więcej zdjęć z trasy Cairns - Cape York
|
