| Siwi nomadowie |
| Autor Andrzej Budnik | |||
| Poniedziałek, 11 Kwiecień 2011 05:40 | |||
|
Piąty dzień z rzędu chodzimy do informacji turystycznej w Alice Springs, aby sprawdzić czy może drogi zostały otwarte po ostatniej ulewie. Dziś po południu uśmiecha się do nas w końcu szczęście – interesujące nas trasy dostają status: 4wd/heavy duty. Czym prędzej więc pakujemy się w samochód, który jest już przygotowany do drogi i zaczynamy kolejny odcinek australijskiej telenoweli podróżniczej... West MacDonnell Ranges
Po kilku kilometrach od miasta przejeżdżamy koło tablicy, która jeszcze dziś rano była cała na czerwono, czyli droga była kompletnie zamknięta. Dziwiło nas to tym bardziej, że to asfaltówka, ale myśleliśmy, że z powodu dużej atrakcyjności turystycznej tego regionu, Australijczycy dmuchają na zimne i nie chcą tam wpuszczać turystów. Już po kilkunastu kilometrach, gdy w ostatniej chwili dostrzegam odbijający się księżyc w tafli wody rozlanej na drodze na przestrzeni około 50 metrów, szybko staje się jasne, że te ostrzeżenia nie były na daremno. Wjechanie na pełnej prędkości do takiej wody może skończyć się mało ciekawie - nigdy bowiem nie wiadomo, co woda naniosła, ile i jak głębokie dziury są w asfalcie. Pierwsze ostrzeżenie nadchodzi więc dość szybko i chwilę później decydujemy zjechać na rest area (przydrożny punkt do odpoczynku), aby dalszą część trasy pokonać za dnia.
Wycieczkowa ciężarówka terenowa Park Narodowy West McDonell Ranges jest dość popularny, więc trudno o dłuższą ciszę, ale wtedy z pomocą przychodzi przewodnik Lonely Planet. Otwieramy PDFa i zerkamy, co nam biblia poleca. Dalej porównujemy z mapą i wybieramy, to czego w przewodniku nie ma lub jest na dole listy. Działa, ale dalej nie gwarantuje samotności, bo... ...po Australii krążą tzw. siwi nomadowie. Ci starsi, przesympatyczni ludzie też często unikają wycieczek i podobnie jak my, maja dużo czasu i nigdzie im się nie spieszy. Zwykle to ludzie, którzy sprzedali /wynajęli swoje domy, a w zamian np. kupili sobie terenówkę, przyczepę kempingową i cieszą się życiem na starość, zamiast umartwiać się i siedzieć w domu czekając na ostatnie dni. No dobra, ale co z tymi siwymi nomadami? Wylegujemy się pewnego dnia na piaseczku, który naniosła wzburzona rzeka i patrzymy na przesmyk między skałami, który normalnie pewnie można pokonać bez większego problemu. To nasze . Teraz jednak woda jest lodowata, jest silny nurt i za bardzo nie wiemy, czego możemy się spodziewać za winklem. Widać, że może być ładnie, bo kanion się wije, jednak nie podejmujemy ryzyka przedzierania się pod prąd. Moczymy więc tyłki w rzeczce na przemian z wylegiwaniem się na piaseczku, gdy nagle słyszymy głosy – szybko więc wskakujemy w ubrania i czekamy, nasłuchujemy... pewnie jakaś ambitna grupa eksploracyjna, albo co? ;) Poranna kąpiel Zza zakrętu wyłania się starsza pani, za którą podąża druga starsza pani –zdecydowane liderki w grupie. Po kilku chwilach widzimy pierwszego pana i na koniec ostatni pan opasany aparatem, plecakiem, a na głowie ma kapelusz z moskitierą. Nasze zdziwienie sięgnęło zenitu, bo nie spodziewaliśmy się tutaj ludzi w tym wieku. Po pierwsze długa ścieżka, która jest kompletnie zarośnięta (wiecie ile tam węży mogło być i cholera wie czego jeszcze), potem poważne zejście w dół, śliskie kamienie, przejście rzeki dwa razy powyżej pasa w wodzie i na koniec zakole rzeki, które sprawia wrażenie, że nie ma nic za nim ciekawego... wiecie o co mi chodzi, prawda? Tutaj nikt nie powinien przyjść! Ściana kolorowej ochry Wstyd pełną gębą... i hmm... nie możemy tego przecież tak zostawić! O nie! Alicja wchodzi pierwsza, bo ona zdecydowanie lepiej czuje się w wodzie. Ja ją „asekuruje” - tak, to dobre słowo, ale męska duma nie pozwala mi do wody nie wejść. Zanurzam się więc po uszy w lodowatej wodzie i staram się płynąć pod prąd, co proste nie jest. Echo niesie się dobrze i z oddali słyszymy, że panie świetnie się bawią. Po chwili docieramy do sporych skał, które utrudniają trochę sprawę i musimy brodzić na czworaka – za śliskie, żeby po nich iść, a płynąć też się nie da, bo za płytko. Nagle zza winkla wyłania się niesamowity kanion, na jego ściany pięknie przyświeca słońce. Wychodzę na pobliskie skały , Alicja płynie jeszcze dalej. Po chwili wracające Australijki żegnając się ze mną dodają z uśmiechem na twarzy: „Mamy nadzieję, że sobie nic nie zrobicie tutaj przez nas”. Tak, to są właśnie siwi nomadowie w najlepszym wydaniu. Niezależni, nie bojący się przygód, w 100% połączeni z australijską przyrodą. Jest i druga grupa siwych nomadów. Australijczycy mówią na nich: „przyklejeni do asfaltu”. Ci preferują miasta i drogi asfaltowe. Poruszają się autobusami przerobionymi na domy lub większymi kamperwanami. Na parkingach lub reast area zwykle robią najwięcej hałasu, bo pierdzą generatorami prądu, które napędzają ich plazmę, mikrofalę i klimatyzację. Z tymi często wymieniamy tylko uprzejmości i krótko pogadamy, ale zdecydowanie nie są w naszym stylu. Siwi nomadowie i ich sprzęt
Zobacz zdjęcia z West MacDonnel Ranges
|
