| "Shit happens" mawiają w Australii |
| Autor Alicja Rapsiewicz | |||
| Poniedziałek, 30 Maj 2011 01:54 | |||
|
W czasie naszej prawie dwuletniej podróży nasłuchaliśmy się już dziesiątek niesamowitych historii. Prawdziwe czy nie, zawsze wybudzają naszą ciekawość i chętnie ich słuchamy. Wśród tych wszystkich opowieści, czasem zabawnych, czasem wzruszających, a czasem przerażających, były także te o przykrych niespodziankach, jakie zdarzają się podczas podróży. Wierzcie lub nie, ale jest jeszcze wiele osób, które wyruszają w podróż do „egzotycznych krajów” bez żadnego przygotowania. Ostatnio wpadł mi w ręce najnowszy raport z badania, które przeprowadzono wśród polskich turystów wyjeżdżających w celach turystycznych do tzw. krajów tropikalnych. Wg danych przedstawionych w tym raporcie 30% respondentów poddało się szczepieniom ochronnym przed podróżą. Trochę mnie to zastanowiło...Historie zasłyszane w trakcie tej podróży świadczą o tym, że czasem „hura optymizm” i wiara w to, że „jakoś to będzie” nie wystarczą. Ludzie, którzy beztrosko podchodzą do tematu zdrowia w podróży, niestety zamiast niesamowitych przygód przeżywają nie raz dramat spędzając godziny w toalecie, leżąc kilka dni w łóżku z wysoką gorączką i pocąc się na potęgę. Przykład? Proszę bardzo: Ponad rok temu w Timorze Wschodnim poznaliśmy przesympatycznego Hiszpana, naszego rówieśnika. Antonio jest absolutnie zakochany w Indiach, spędził tam w sumie prawie rok i może o tym kraju opowiadać godzinami. Jednak jego pierwsza indyjska przygoda była dość przykra… Antonio zafascynowany ulicznymi straganami z jedzeniem każdego wieczoru urządzał sobie kulinarne eskapady i kosztował lokalnych specjałów. Jak możecie się domyślić, oczywiście rozchorował się. Na początku tylko bolała go głowa, więc brał paracetamol. Po kilku dniach pojawiła się jednak gorączka, a co dziwne zwykle łakomy Antonio nie mógł patrzeć na jedzenie. Po tygodniu zaczęła się biegunka, tak silna, że chłopak prawie nie wychodził z toalety. Po 2 tygodniach męczarni to już nie wyglądało na zwykłe zatrucie pokarmowe, tym bardziej, że nie mógł niczego zjeść, a brzuch miał wzdęty jak bania. Konsultacja z lekarzem i wyrok: dur brzuszny. Oprócz tego, że Antonio dość luźno podchodził do spraw higieny, okazało się, że zupełnie nie szczepił się przed wyjazdem do Indii. Człowiek ten należy do grupy ludzi, którzy są przeświadczeni o tym, że „jakoś to będzie”, ale po indyjskiej przygodzie jego hiszpański optymizm trochę opadł. Przykład następny: Kilka tygodni temu podczas „surfowania na kanapie” w Darwin poznaliśmy Peter’a z Irlandii. Jego dłonie ramiona, szyja, nogi (i nie wiem jeszcze co innego ;)) były całe pokryte tatuażami. Najśmieszniejsze było to, że Peter pamiętał gdzie i w jakich okolicznościach był zrobiony każdy tatuaż. Nie wiem czy zmyślał, ale jedna historia była prawdziwa na pewno. Mały tatuaż na lewej piersi kosztował go sporo... zdrowia! Historia jest długa, w skrócie powiem, że Peter „zdobył” pamiętny tatuaż po jakiejś hucznej irlandzkiej imprezie w Bangkoku. Rana niestety nie goiła się dobrze, pod skórą zbierała się ropa. Do tego doszła wysoka gorączka i tzw. łamanie w kościach na tyle mocne, że chłopak nie miał siły ruszyć się z łóżka. Początkowo myślał, że to infekcja, bo pewnie w salonie tatuażu użyli jakieś brudnej igły. Objawy nie przechodziły, a Peter czuł się coraz gorzej. Pewnego dnia obudził się cały opuchnięty. Jego dziewczyna wpadła w panikę, że to pewnie tężec… ale chłopak był szczepiony. Padło więc podejrzenie na WZW B (żółtaczka wszczepienna), bo tego szczepienia nie miał. Zaczęło się bieganie po klinikach, badania, analizy i płacenie sporych pieniędzy. Okazało się jednak, że to faktycznie tylko wyjątkowo paskudna infekcja, ale Peter najadł się sporo strachu. Dziś jest już zaszczepiony na wszystko co się da. Oczywiście salonów tatuażu w swoich podróżach dalej nie omija, ale wybiera je bardziej roztropnie, tym bardziej, że zostało mu już mało wolnego miejsca. Ot, takie dwie historyjki ku przestrodze. Obie skończyły się w sumie dobrze, ale zarówno Antonio jaki i Peter stracili jakiś miesiąc zanim w pełni wrócili do sił. Nie wspomnę już o pieniądzach wydanych na lekarzy, bo chłopcy nie mieli też ubezpieczenia. O chorobach, którymi można zarazić się drogą pokarmową (WZW A, dur brzuszny, czerwonka) jak i o innych możecie znaleźć mnóstwo informacji w Internecie, zwłaszcza na forach podróżniczych, my też już o nich wszystkich pisaliśmy i nie chce nam się powtarzać. Powiem jednak, że wizyta u lekarza przed planowaną podróżą to podstawa. Informacje o zalecanych i obowiązkowych szczepieniach są w każdej stacji sanitarno-epidemiologicznej i w punktach szczepień ochronnych. Podsumujmy: wiedza o chorobach jest łatwo dostępna, fachowa porada lekarska też, wszystkie zalecane szczepienia są wykonywane w naszym kraju bez problemu, na czym polega więc problem, że tylko 30% ludzi szczepi się przed podróżą? Czy chodzi o pieniądze i zwykłą chęć zaoszczędzenia na zdrowiu?
|
