| Uderzenia Myanmaru |
| Autor Alicja Rapsiewicz | |||
| Czwartek, 26 Styczeń 2012 16:47 | |||
|
Po pierwszych godzinach spędzonych w Yangonie, byliśmy pewni, że 28 dni pobytu w Myanmarze to zdecydowanie za krótko, aby poznać ten kraj. Jeszcze niczego nie widzieliśmy, a już przeczuwamy, że wyjedziemy stąd z uczuciem niedosytu... Do pierwszych chwil spędzonych w Maynmarze targały nami rozterki związane z przerwaniem naszej podróży lądowej. W trakcie przejazdu na lotnisko w Bangkoku, check-inu, odprawy paszportowej i oczekiwania na spóźniony samolot towarzyszą nam myśli typu: „Ucieknijmy z tego lotniska”, „Samolot się spóźnia – to pewnie znak, że mamy nie lecieć!”. Zapięte pasy trzymają nas mocno w fotelach lotniczych i sygnalizują, że stąd ucieczki już nie ma. Lot, jak lot. Słońce już zaszło i prawie nic nie widać. Nagle – Myanmar. Wszystkie kontrole paszportowo-wizowe przebiegają szybko i gładko. Pierwszy kontakt z miejscowymi jest na plus. To dzięki pomocy kilku życzliwych osób szybko znajdujemy autobus, który wiezie nas z lotniska do centrum miasta. Zza szyb brudnego i rozklekotanego autobusu oglądamy równie brudne i pełne pyłu ulice. Ludzie wydają się przyjaźni i chętnie zagadują: skąd, dokąd i dlaczego. Wskazują miejsce, w którym mamy wysiąść. Tu opiekę nad nami przejmuje następny przechodzień i z uśmiechem prowadzi nas do hostelu. Pierwsze uderzenie myanmarskie: ludzie przyjaźni i pomocni. Mimo, że pora późna idziemy coś zjeść, bo jeszcze na lotnisku w Bangkoku skonfiskowali nam kolację: kanapki z żółtym serem z Polski... Krążymy po ulicach Yangonu i próbujemy miejscowych przysmaków: jest i roti z bananami, jest nawet jogurt. Docierają do nas zapachy znane z Pakistanu, a Andrzejowi kojarzą się też z Indiami. Podobne, ale nie takie same. Trafiamy do indyjskiej knajpki. Drugie uderzenie myanmarskie: jedzenie naprawdę dobre. W drodze do hostelu spoglądamy na ogromne kamienice. Kilkupiętrowe kolosy prawie zasłaniają niebo. Są pokryte grubą warstwą kurzu, a ich klatki schodowe mają odrapane z farby ściany. Kąty najczęściej mają kolor bordowo-brązowy. Wygląda jak zaschnięta krew, ale to „spluwki” tych, co żują nałogowo betel. Klatka naszego hostelu też tak wygląda. Kiedy wejdzie się jednak do środka, zaskakuje miękkość czerwonego dywanu i błyszczące ściany wyłożone drewnem. Obsługa, bardzo sympatyczna. Trzecie uderzenie myanmarskie: coś, co z pozoru wygląda odpychająco, w rzeczywistości może okazać się czymś interesującym.
To wszystko, co widzimy jest dla nas zupełnie nowe. Trudno to porównać do któregokolwiek miejsca, w którym już byliśmy. Jesteśmy w świecie kompletnie nam nieznanym. Nie mamy pojęcia jakie rządzą tu zasady. Jesteśmy wyrwani z kontekstu. Czujemy się jak kwiatek w kożuchu czy siodło na świni. Pojawia się niepewność, lekkie zagubienie. Oczy otwierają się szerzej. Po plecach przechodzą ciarki. Mieszają się ekstremalne emocje, jak byśmy zaraz mieli skoczyć na bungy. To nowy dla nas świat, który właśnie zaczynamy odkrywać. Dawno tego nie czułam. A lubię. Czwarte uderzenie myanmarskie: ten kraj naprawdę chcemy poznać! Oglądnij zdjęcia z Birmy
|