| Shwedagon Pagoda zapiera dech w piersiach |
| Autor Alicja Rapsiewicz | |||
| Poniedziałek, 06 Luty 2012 05:30 | |||
|
Każdy buddysta z Myanmaru marzy o tym, aby choć raz odwiedzić Shwedagon Paya w Yangonie. To najważniejsze w tym kraju świątynia dla wyznawców Buddy, a dla turystów największa i często jedyna atrakcja dawnej stolicy. Położona na świętym wzgórzu Thainguttara, Pagoda Shwedagon jest widoczna z daleka, szczególnie wieczorem, gdy jest oświetlona. Widzieliśmy ją już przez kilka chwil, kiedy jechaliśmy autobusem miejskim z lotniska. Przez brudne szyby i kłęby kurzu dało się dostrzec złoty stożek w pełnym oświetleniu. Inni pasażerowie autobusu zgodnie pokazywali nam kierunek, w który mamy w tym momencie patrzeć i z uśmiechem zabarwionym lekką nutką dumy mówili „to nasza Shwedagon Paya”. Jedno z wejsc do Shwedagon Pagoda Pagoda została wzniesiona ponad 2,5 tysiąca lat temu. Jej największym skarbem jest osiem włosów Buddy umieszczonych głęboko pod jej podstawą. Długo zastanawialiśmy się jak to możliwe, że w tak biednym kraju znajduje się budowla, która wprost ocieka złotem. Pagoda jest nie tylko pokryta listkami złota. Jej zwieńczeniem jest korona, której czubek przyozdobiony jest diamentami. Ile jest tych diamentów? Odpowiedź: 4351 małych i jeden większy: 76-karatowy. Nie ma siły, to musi być najważniejsze miejsce dla myanmarskich buddystów! Wysoka na prawie 100 metrów pagoda otoczona jest dziesiątkami mniejszych stup, a wizerunków Buddy są setki. Zawiłości i fuzje buddyzmu z hinduizmem, przyprawiają tu o zawrót głowy i nie ma takiej siły, żeby to wszystko wytłumaczyć i pojąć. Na tym polega też magia tego miejsca – lepiej poddać się panującej atmosferze wyciszenia i medytacji niż krążyć z nosem w bitym w przewodnik. Przychodzący do świątyni ludzie nie tylko oddają cześć Buddzie. Spotkaliśmy grupkę studentów, którzy urządzili tu sobie piknik, ale wiele osób po prostu odpoczywa, niektórzy prowadzą dość ożywione dyskusje. Turyści, których o wczesnej porze dnia jest tu niewielu, głównie fotografują się na tle pagody, okrążają ją raz lub dwa. Skąd to wiem? Widziałam. Do pagody poszliśmy rano i zostaliśmy tam do zmroku. Miejsce to po prostu nas zahipnotyzowało. Co my tam tak długo robiliśmy? Nic. Obeszliśmy cały ten kompleks kilka razy. Z przyjemnością odpoczywaliśmy pod jednym z zadaszeń i po prostu obserwowaliśmy toczące się tu życie. Można było nawet uciąć sobie krótką drzemkę lub pogawędzić ze strażnikiem tłumacząc, że Poland to nie do końca to samo co Holland i że „fantastic football” to nie u nas (choć wszystko może się zmienić na przełomie czerwca i lipca tego roku – przyp. Andrzej). Zaczepił nas też pan, który miał przy sobie małą książkę i starał nam się wyjaśnić koncepcję ośmiu dni tygodnia i związanych z tym symboli. Kto się urodził w środę rano, ma najlepiej, bo wtedy właśnie przyszedł na świat Budda. A ja się urodziłam we wtorek... Jeśli nie wiesz w jaki dzień tygodnia się urodziłeś, powie ci o tym właśnie ten pan z książeczką, bo ma w niej wszystko zapisane... Zna też kilka ciekawych opowieści związanych z pagodą. Nie bójcie się go, jeśli go tam spotkacie – nic Wam nie będzie chciał sprzedawać.
Nasz dzień w Shwedagon Paya może nie należał do najaktywniejszych, ale mimo to pozostawił w nas mocne wrażenie. W takim miejscu jeszcze nigdy nie byliśmy. Zwieńczeniem dnia był spektakl kolorów, który odbywa się, gdy słońce zaczyna zachodzić. Złota za dnia pagoda robi się wieczorem różowa, a potem pomarańczowa. W końcu podświetlona reflektorami błyszczy złoto na tle ciemnogranatowego nieba. Brzmi to jak jakiś arcykicz, ale w tym miejscu i w tej sytuacji wszystko do siebie pasuje. Przegladnij galerie zdjec z Birmy
|
