| Zaklęcia Baganu |
| Autor Alicja Rapsiewicz | |||
| Piątek, 10 Luty 2012 11:37 | |||
|
„Tak się kiedyś zwiedzało Angkor Wat w Kambodży” – przeszła mi przez głowę myśl, gdy wpakowaliśmy się rowerami w jakieś cierniste chaszcze, zwiedzając świątynie Baganu w Mynamarze. Ananda Pahto, Shwesandaw Paya, Minalang Kyang, Pitaka Taik, Pahtothama, Bupaya, Buledi, Dhammayangyi Pahto – nie, to nie są nazwiska myanmarskich aktorów, ani nazwy chorób, czy związki chemiczne. To brzmiące jak magiczne zaklęcia nazwy kilku świątyń Baganu. Wokol scisk i setki wystrzalow migawek w aparatach. Przed oczyma spektakl kolorow... Jak mam o tym wszystkim co tu widzimy napisać? Nie wiem. Po raz kolejny w Maynmarze brakuje mi słów, żeby coś opisać i trafnie opowiedzieć o swoich wrażeniach. Bagan to kolejne miejsce, które jest wyjątkowe i niepowtarzalne pod względem historii, architektury, rozmiaru i atmosfery. Mimo, że znajduje się na szlaku największych atrakcji Myanmaru i mnóstwo tu turystów, można znaleźć miejsca, gdzie nie ma nikogo. Świątyń jest tyle, że spędzić trzeba by tu chyba rok, żeby je wszystkie zobaczyć. Na obszarze 40 km kwadratowych znajdowało się niegdyś ponad 4000 świątyń. Po najazdach mongolskich pod koniec XIII wieku, zostało ich może ponad 2 tysiące. Ile dokładnie jest tych świątyń dziś? Trudno ocenić. Różne źródła podają sprzeczne informacje. Każda świątynia ma nadany numer, żeby łatwiej było ją znaleźć. Widziałam, numer 2156, więc wygląda na to, że jest ich co najmniej tyle. Niektóre ze świątyń, z reguły te największe i najciekawsze są w miarę dobrze zachowane, ale to właśnie tam ściągają tłumy turystów, a sklepikarze i handlarze obnośni nie dają spokoju. Młode dziewczęta chętnie opowiadają o historii zabytków i o znajdujących się w nich ciekawych miejscach. Są przemiłe i uśmiechnięte, ale po jakimś czasie zapraszają do zakupów pamiątek w swoim sklepiku, a cena wywoławcza kilkakrotnie przewyższa wartość towaru... Czar pryska. Aby wejsc do niektorych swiatyn trzeba sie uprzec. Bywa, ze sa mocno zarosniete, ale w srodku... Główne świątynie jak Ananda Pahto z wielkimi, złotymi posągami Buddy, czy Pagoda Shwesandaw, z której rozciąga się piękny widok na okolicę, robią oczywiście wrażenie. Jednak pierwszy dzień zwiedzania poświęcamy małym, zapomnianym, obrośniętym chaszczami świątyniom. Krążymy rowerami po wąskich ścieżkach, niejednokrotnie zakopując się w piachu i próbując dotrzeć do stojących wśród pól pojedynczych pagód lub małych kompleksów. Niektóre z nich kryją w sobie prawdziwe perełki: kolorowe freski, wizerunki Buddy, a czasem można znaleźć małe schodki prowadzące prawie na sam szczyt pagody. Dojeżdżamy do małego kompleksu świątyń, ale nie dajemy rady dostać się do środka. Całość jest tak porośnięta rozmaitą roślinnością, że nie sposób się przez to wszystko przedrzeć bez maczety. Sporo tu też ciernistych krzaków, a jeden z nich wplątuje mi się w koło roweru… Słyszeliśmy już dużo o wielokrotnym łapaniu gumy w czasie rowerowych wycieczek po Baganie. Rowery są kiepskiej jakości, a ciernie naprawdę kłujące i drogi pełne ostrych kamyków. Jeśli nie złapałeś gumy, to nie byłeś w Baganie, chciałoby się powiedzieć. Wiele osób porównuje świątynie Baganu do Angoru w Kambodży. W rzeczywistości atmosfera tych dwóch miejsc różni się bardzo. W Angkorze wszystko jest o wiele bardziej zorganizowane „pod turystę”, a tu, oprócz najpopularniejszych świątyń, można zapomnieć o tym, że jest się w zabytkowym kompleksie archeologicznym. Jeżeli wyjedzie się poza Stary Bagan, to można zobaczyć, że obok ponad tysiącletniej pagody toczy się normalne życie: rolnik pracuje w polu, jego żona coś gotuje, a dzieci bawią się na podwórku. Nie ma też sprzedawców pamiątek. Wiekszosc swiatyn mozna zwiedzac w ciszy i czesto samemu. Byle oddalic sie od tych najpopularniejszych. Wyobrażam sobie, że niesamowitym przeżyciem jest przelot balonem nad świątyniami Baganu o świcie. Przyjemność ta jednak kosztuje obecnie 290USD od jednej osoby... Firmę, która oferuje te przeloty prowadzi Australijczyk, więc w tym przypadku pieniądze od turystów raczej w małym stopniu zasilają lokalną gospodarkę... Chyba wolę dać zarobić miejscowym i posiedzieć sobie wieczorem w lokalnej knajpce o pikantnej nazwie „SPICE” (prawie naprzeciwko guest house’u Winner) przy sałatce z kiszonych liści herbaty i smażonych bananach na deser. Tym bardziej, jeśli stół ten dzieli się z sympatycznymi Polakami, których tu przypadkiem spotkaliśmy :) Przegladnij galerie zdjec z Birmy
|
