| Chcesz zbawić świat? Kup dziecku cukierka! |
| Autor Alicja Rapsiewicz | |||
| Czwartek, 16 Luty 2012 14:45 | |||
|
Na początku naszej podróży zupełnie się tym nie przejmowałam, ale dziś doprowadza mnie to szału. Po prostu nienawidzę, gdy turyści przyjeżdzający na wakacje do krajów „biedniejszych”, beztrosko rozdają napotkanym dzieciom cukierki, długopisy, maskotki, czy nawet drobne pieniądze. Mają przy tym poczucie spełnienia jakiejś misji. Wkurza mnie to, jak mało co.
Myanmar to szczególny kraj. Ludzie, oprócz tego, że często się uśmiechają, są tu bardzo kontaktowi i życzliwi. Starają się pomóc, nawet jeśli nie rozumieją o czym mówisz i w dodatku nie mają w tym żadnego interesu. Oczywiście jest kilka wyjątków, w tych najbardziej turystycznych zakątkach Myanmaru, ale to zupełnie inna bajka. Takie same są tu dzieci. Powiedzą „Mingalaba” lub „Hello”, pomachają, uśmiechną się i idą dalej, niczego nie oczekują. Tak przynajmniej było do momentu, gdy dotarliśmy do Jeziora Inle. Ktoś nas już uprzedzał, że jeśli zdecydujemy się na przejście szlakiem górskim z miejscowości Kalaw do Inle, to pewnie napotkamy grupki żebrzących dzieci. Nie dowierzaliśmy… ale na ten trekking nie zdecydowaliśmy się z zupełnie innego powodu. Gdy dotarliśmy do Nyaungshwe, głównej bazy wypadowej nad Jezioro Inle, postanowiliśmy trochę poszwendać się po okolicy. Szliśmy bez konkretnego planu i celu, wśród wyschniętych o tej porze pól ryżowych. Wtem podbiegła do nas grupa wesołych dzieci. Już uśmiechy cisnęły nam się na twarz i chcieliśmy do nich zagadać, a tu spadło na nas: „one thousand kyat, one thousand kyat” (800 kyat to dziś 1USD) i dzieci wyciągnęły do nas ręce po pieniążek. W tym momencie miałam ochotę bić je po tych brudnych, klejących łapach! Kto je tego nauczył? Kto podsunął im taki pomysł, że na hasło „one thousand kyat”, turysta bez mrugnięcia okiem od razu wypłaci, może nawet dwa albo trzy tysiące kyat i jeszcze da cukierka? Nie sądzę, że wpadły na ten pomysł same!
Oczywiście nie biję tych dzieci po rękach, bo przecież wiem, że nauczyły się tego od jakiegoś turysty, który zachował się wyjątkowo nieodpowiedzialnie. Jestem wściekła, że ta zaraza już tu dotarła. Takie sytuacje zdarzały się często w innych krajach Azji Południowo-Wschodniej, ale Myanmar, który poznaliśmy do tej pory, był wolny od dziecięcego żebractwa. Dziecięce dłonie wyciągane w geście „daj” po mistrzowsku grają na emocjach. Widząc taki obrazek trudno powiedzieć „nie”, odwrócić się i odejść. Turyści, którzy bez powodu rozdają dzieciakom gadżety czy pieniądze, wyrządzają im krzywdę. Uczą prostego schematu myślowego i żebraniny. W dodatku czują się lepiej, bo przecież „pomogli” tym dzieciom. Tłumaczenie „chciałem wywołać uśmiech na twarzy tych dzieci” jest dla mnie kompletną bzdurą. Nie spotkałam wielu dzieci, które by się nie uśmiechały… Moim zdaniem, radość życia dziecka nie jest wprost proporcjonalna do zamożności jego rodziny. Widziałam wiele dzieci żyjących w ubóstwie, ale mimo to były pogodne i nie trzeba było im niczego dawać, aby się uśmiechnęły. To nie małpy w ZOO, żeby uśmiechały się za cukierka! Poza tym problemu głodu i ubóstwa nie zwalczymy długopisami i cukierkami. Nie łudźmy się! Oczywiście, że można pomagać. Modne ostatnio jest na przykład kupowanie przyborów szkolnych lub książek i oddawanie ich nauczycielowi (nie na oczach dzieci), bo ten wie lepiej kto i czego potrzebuje. Napotkane na drodze dzieci lepiej nauczyć czegoś po angielsku, albo pokazać im nową zabawę – po prostu poświęcić im trochę swojego czasu lub po prostu zostawić je w spokoju. Rozdawanie gadżetów jest pójściem na łatwiznę. Lekkomyślni rozdawacze cukierków, apeluję do Was o to, abyście pomyśleli jak tym dzieciom możecie pomóc NAPRAWDĘ i skutecznie. A te cukierki zjedzcie sobie sami!
|
