| Wioska bez Coca-Coli i tarasy ryżowe |
| Środa, 17 Marzec 2010 23:35 | |||
|
Po tygodniu spędzonym w domu Grega, wyrobieniu wizy do Wietnamu i całkowitym wyleczeniu wszelkich nieżytów, wyruszyliśmy w kierunku laotańskiej granicy. Zanim jednak tam dotarliśmy zatrzymaliśmy się na kilka dni w miejscu, które okazało się cudem natury, a do którego nie docierają (jeszcze) turyści.
O tarasach ryżowych w Yuanyang znalazłem informacje gdzieś w Internecie. Nasze pdf’y LP z 2007 roku jeszcze o nim nie wspominały, więc jechaliśmy pełni wigoru i zacieraliśmy ręce na coś wyjątkowego. Jak się jednak okazało później w najnowszej wersji LP Chiny 2009 Yuanyang jest już ujęte, jako alternatywa dla tarasów ryżowych koło Longsheng, które to są porażką na całej linii i do tego strasznie komercyjną. Z Kunmingu wyjechaliśmy kursowym autobusem z dworca kolejowego położonego nieopodal głównej stacji kolejowej. Dojechaliśmy w kilka godzin bezpośrednio do miasteczka Yuanyang, skąd już było widać tarasy. Byli z nami w autobusie jacyś biali, co mnie trochę zaniepokoiło. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że Yuanyang jest wymieniony w najnowszym LP z 2009 roku. 99% turystów z lenistwa lub niewiedzy swoją podróż do tarasów ryżowych kończy na miasteczku Yuanyang i zadawala się widokiem z przedmieścia lub co najwyżej z tarasu widokowego oddalonego około 20 minut drogi taksówką. I bardzo dobrze, niech taki stan rzeczy dalej trwa. My trochę do interesu dołożyliśmy i poturlaliśmy się jeszcze 3 wioski dalej - około godzinę drogi. Znaleźliśmy jakiś ledwo co budujący się hotel, do którego szliśmy między polami ryżowymi przez dobre 5 minut. Hotel ten ma skończone dwoma pokoje, które jeszcze pachną świeżością. Zjedliśmy kolację z gospodarzami – oczywiście brak menu i dość proste danie oparte na ryżu z dodatkiem warzyw i szczątkowej ilości jakiegoś bliżej nieokreślonego mięsa. Wzięliśmy prysznic w zimnej wodzie i nastawiliśmy budziki na 6 rano. Cel - wstające słońce nad tarasami ryżowymi. Widok był majestatyczny, a mój komentarz do zdjęć jest raczej zbędny. Po południu zrobiliśmy sobie małą wycieczkę po okolicznych wioskach rozsianych dalej wzdłuż drogi, aby obejrzeć tarasy z innej perspektywy. Poza tarasami ryżowymi spotkaliśmy się jeszcze z bardzo sympatycznymi ludźmi, którzy do nas ochoczo zagadywali i uśmiechali się, a dzieciaki ciągle biegały wokół nas chichrając się pod nosem. W pewnym momencie chcieliśmy znaleźć jakiś sklepik – zadanie okazało się awykonalne. Udało nam się tylko wypatrzeć jakiś magazyn z ryżem, solą i zupkami chińskimi w wersji instant. Cóż za odludzie nieskażone przez masową turystykę i bez puszki Coca Coli?! Następnego ranka znów poszliśmy na wschód słońca, a jak się okazało dwie wioski dalej do około południa miał miejsce targ, na który zjeżdżali się ludzie z okolicy ubrani w swoje tradycyjne stroje. Miejsca takie w Chinach można znaleźć w okolicach komercyjnych Lijiang czy Dali, ale to było zupełnie autentyczne, naturalne, piękne. Bez pozowania, tekstów typu „foto for money” (zdjęcie za pieniądze), tańczenia do aparatu, czy nagabywań - kup to i tamto. Atmosfera była podobna do niedzielnego targu w Hotan, ale w wydaniu mikroskopijnym, bardziej kameralnym. Pranie na chińskiej prowincji
Obejrzyj pełną galerię zdjęć z tarasów ryżowych i drugą poświęconą Chińczykom
|
|||
| Zmieniony ( Poniedziałek, 30 Maj 2011 04:41 ) |

