| Noc na porodówce |
| Autor Andrzej Budnik | |||
| Sobota, 21 Sierpień 2010 11:00 | |||
|
W samochodzie nie byliśmy sami. Edvin był w towarzystwie jego menadżera i technika zespołu oraz dwóch Holendrów, których poznał dwa dni wcześniej w Dżakarcie. Wszyscy jechali na Bali, gdzie to Edvin mieszka na stałe. Po drodze jednak planowali dłuższy postój w Bandung, który był i naszym celem. Staliśmy się więc dość przypadkowo elementem ich układanki, a wszystko dzięki CS, w którym Edvin zarejestrował się dwa dni wcześniej. Jak się okazało byliśmy jego pierwszymi gośćmi z tej ogromnej społeczności. Jadąc z Bogor do Bandung przejeżdżaliśmy przez przełęcz Puncak, która to jest kwintesencją hasła: „jawajskie Krupówki”. Co prawda widok z samej przełęczy jest naprawdę ładny – piękne tarasy przykryte herbacianymi krzaczkami i orzeźwiające chłodne powietrze, jakże inne od tego stęchłego i pełnego spalin powietrza w jawajskich miastach. To jednak co zrobiono z tym miejscem woła o pomstę do nieba. Dobre kilka kilometrów przed przełęczą i za nią ciągną się setki o ile nie tysiące stoisk ze wszystkim, co na weekend potrzebne. Klasyczny azjatycki jarmark z mnóstwem straganów, które w zdecydowanej większości zasłania piękne widoki stworzone przez naturę. Widoki, dla których tutaj się głównie przyjeżdża, tzn. tak mi się wydaje i ja bym tutaj dla nich przyjeżdżał. Dziś jest tam jeden wielki harmider, który sprawia, że po ucieczce z miasta przed jego zgiełkiem jestem jeszcze bardziej zmęczony po zastaniu tego, co panuje na i wokół Puncak Pass. Uff… Azja pełną piersią, jaką szczerze lubimy i staramy się rozumieć :) Po prawie 5 godzinach jazdy z Bogor w końcu docieramy do domu babci Edvina w Bandung, gdzie zostaliśmy ugoszczeni i przedzielono nam pokój. Było dość późno i wszyscy byli mocno zmęczeni zakorkowaną drogą z Dżakarty, więc społecznie dużo się nie poudzielaliśmy, ale co się odwlecze… Następnego dnia rano Edvin przywitał nas radośnie pysznym śniadaniem i zarzucił temat, żebyśmy po zwiedzeniu miasta pojechali do jego wujka na wieś. Jak stwierdził Bandung nie ma dużo do zaoferowania i staje się powoli drugą Dżakartą, a wujek mieszka w pięknym miejscu otoczonym soczyście zielonymi tarasami ryżowymi. Wszyscy zgodnie przystaliśmy na propozycję, no może poza Alicją, która od momentu postawieniq swojej nogi na Jawie, koniecznie chciała zobaczyć prawdziwy spektakl jawajskich lalek. W Dżakarcie szmelc dla turystów, twórca ludowy w Bogor też już robi tylko kasę na lalkach. O Yogyakarcie w ogóle nie myśleliśmy, bo tam komercja pełną parą już od dawna wali z tych przedstawień, więc zostało Bandung. Edvin jakby wiedział coś więcej niż my, uspokoił Alicję i powiedział, że zaraz pojedziemy do warsztatu jego dziadka, który jest jedną z tych osób, które podtrzymują tradycje lalkarskie w mieście i że tam zobaczy prawdziwe jawajki. Przychodzi czas na późny, ale jakże zasłużony obiad po „ciężkim dniu”. Edvin zamawia przeróżne potrawy, których sami w życiu byśmy się nie odważyli zamówić i w ogóle nie mielibyśmy pojęcia, że takowe istnieją, gdyż było „spoza karty”. Tłumaczy, że to prawdziwa jawajska kuchnia, którą niektórzy często sprowadzają tylko do smażonego ryżu z jajkiem i/lub kurczakiem (sic!). Było dużo, było smacznie i było szalenie tanio. Cały rachunek dla siedmiu osób wyniósł 62tys. Rp., czyli około 7$. Na koniec zafundowaliśmy sobie lody durianowe i ruszyliśmy na wieś do wujka. Ruszyliśmy to jednak za dużo powiedziane – przez pierwsze pół godziny jazdy ujechaliśmy 500 metrów, a przez kolejną godzinę tylko dwa kilometry. Pokonanie dystansu 30 kilometrów zajęło nam bagatela 5h45 minut! Oto Jawa właśnie! Na wieś dotarliśmy już po zmroku, więc zbyt dużo nie mogliśmy zobaczyć, ale dało się zaobserwować, że Jakże inaczej rozpoczyna się dzień, gdy wstając ze swojego szpitalnego łóżka wychodzi się na tarasik, z którego rozpościera się piękny widok – nieskończona zieleń, odbijające się w „ryżowej wodzie” promienie wschodzącego słońca i zapach wsi. O ile to lepsze od betonowego miejskiego widoku i smogu, który już zaczyna się unosić nad budzącym się do życia miastem. Właśnie takiego miejsca szukaliśmy uciekając z Dżakarty, ale nie do końca nam się to w Bogor udało. Zdecydowanie łatwiej dociera się do takich spokojnych i nieskażonych miejsc, gdy ma się kogoś znajomego na miejscu. Za to m.in. uwielbiam CS :) Cały dzień spędziliśmy na wdychaniu świeżego powietrza, spacerach pomiędzy tarasami ryżowymi i zagadywaniu pracujących na polach mieszkańców wioski. Po południu Edvin pokazał nam jeszcze jedno miejsce – były holenderski schron, do którego z radością weszliśmy i prawie się w nim zgubiliśmy. Nie spodziewaliśmy się i Edvin też nie wiedział, że jest on tak długi i ma wiele podziemnych dróg i skrzyżowań. Po kilkudziesięciu minutach błądzenia w zupełnej ciemności (przyświecaliśmy sobie tylko laserem aparatów fotograficznych szukającym ostrości w ciemnościach) w końcu znaleźliśmy drugie wyjście po przeciwnej stronie góry. Zupełnie zdezorientowani nie odważyliśmy się już drogi raz zapuścić się w ciemności labiryntów. W zamian zaczęliśmy brnąć przez krzaki i zarośla, aby dojść do miejsca, w którym weszliśmy do schronu i gdzie czekał Edvin. Najbardziej byli podnieceni Holendrzy - dumni (!) ze swoich architektów, którzy tenże schron wybudowali. Wieczór nadchodził nieubłaganie, ale nic nie wskazywało na to, że coś ciekawego się jeszcze tego dnia wydarzy. Tym razem zaskoczył nas wujek Edvina, który pod wieczór dość stanowczo zarządził: „Zbierajcie się i wsiadajcie do samochodu. Zabiorę Was w miejsce, którego szybko nie zapomnicie.” O tym jednak już w następnym odcinku opowie Wam Alicja... Galeria zdjęć z Bandung
|

