|
Strona 1 z 3
Wulkan Bromo to jedna z narodowych ikon turystycznych. Kto był w Indonezji, a nie widział Bromo to prawie jakby popełnił grzech śmiertelny. „Nie widziałeś Bromo”- będą pytały podejrzliwe spojrzenia znajomych. Jak można podnieść się po takim błędzie? Nie można! Dziwić się więc nie wolno, że Bromo to jedno z najbardziej komercyjnych miejsc w Indonezji, które opanowane jest przez tamtejszą mafię transportowo-turystyczną - największą udręką niskobudżetowego podróżnika. Przyszedł czas aby się zmierzyć z Bromo, bo przecież kto chciałby być na liście grzeszników? Ja na pewno nie! ;)
Popularność wulkanu Bromo bierze się stąd, że:
- jest jednym z najłatwiej dostępnych wulkanów w Indonezji (czyt. można dojechać autem prawie pod sam krater),
- leży na trasie Yogyakarta – Bali, czyli jednej z najczęściej pokonywanych tras w Indonezji inaczej niż samolotem (czyli lądem),
- jest określany cudem natury, co i my (jedne z najbardziej marudnych i wybrednych stworzeń podróżujących) z pochyloną głową musimy przyznać. Jest tam ładnie.
Po długiej wizycie w Yogyakarcie, obejrzeniu festiwalu folklorystycznego i odwiedzeniu świątyń Prambanan i Borobudur, czyli tak naprawdę nierobieniu niczego nadzwyczajnego i podążaniu „z falą”, stwierdzamy, że czas na wyzwanie z kategorii małe, ale upierdliwe i niepopularne. Trasę Yogyakarta – Ubud na Bali (z wyjazdem pod Bromo) chcemy pokonać transportem lokalnym nie korzystając z oferty agencji turystycznej iiiiii dzięki czemu mamy nadzieję zaoszczędzić trochę pieniędzy, bawiąc się przy tym świetnie!
Naszą „misję” zaczynamy od wydostania się z Yogyakarty. Udając się pieszo na poranny pociąg klasy ekonomicznej, jesteśmy zakrzyczeni przez lokalnych rikszarzy i zatrąbieni przez mijające nas taksówki – wszyscy bez wyjątku, za wszelką cenę chcą nas podwieźć te dwa kilometry, bo daleko, bo ciężkie plecaki, bo kto to widział, żebyśmy szli, a nie jechali. Nic z tego!
Pociąg klasy ekonomicznej relacji Yogyakarta – Banyuangi to wielkie przeżycie. Nie dościga ono atrakcyjnością swojego północnego odpowiednika – taniego pociągu w Chinach, ale na nudę też nie można narzekać. Gama produktów oferowanych przez licencjonowanych (!) sprzedawców, którzy są w specjalny sposób oznakowani, nie powstydziłby się na pewno żaden kiosk czy okoliczne stragany, które można spotkać przed polskimi dworcami kolejowymi. Tu na Jawie, wszystko jest w pociągu - „all inclusive”, chciałoby się rzec.
Kolorytu sprzedawcom dodają wszelkiej maści żebracy, ale nie są to zwykli żebracy. Ci z pociągów (jak i autobusów jawajskich) oferują coś w zamian, np. sprzątają z podłogi rzucane przez pasażerów śmieci i rozpylają sprayem zapach kwiatowy oczekując za to drobnej zapłaty. Często też to śpiewają, czasem przygrywają też coś na gitarze. Niewątpliwą furorę robią zespoły 3-, 4-osobowe, które na kilkanaście minut swojego występu przyciągają uwagę prawie wszystkich pasażerów i 90% z nich wrzuci kilka tysięcy rupii bez większych oporów.
Pociągiem jechaliśmy 12 godzin wbrew zapowiadanym 8, więc byliśmy w Probolinggo dość późno i tania noclegownia (40 tys za dwójkę) niedaleko dworca kolejowego była pełna. Z kwaśną miną wsiadamy więc do bemo (lokalny mikrobus) i jedziemy w stronę dworca autobusowego. Po drodze sprytny kierowca chce nas wypchnąć wprost do agencji, która zorganizuje nam zwiedzanie Bromo, ale bronimy się rękami i nogami podając nazwę hotelu, do którego chcemy jechać. W krzyku rozpaczy agent mówi, że zabierze nas tylko pod Bromo do Cemoro Lawang za jedyne 25 tys. Rp. Stawka zawyżona co najmniej dwukrotnie – próby negocjacji spełzły na niczym. Agent nawet nie podjął tematu, co zaczęło mnie lekko niepokoić.
Docieramy wreszcie do hotelu i cena za dwójkę to 90 tys. rupii – dużo, ale jest późno i wyboru raczej nie mamy – dwa pozostałe hotele w okolicy są zajęte. Płacimy więc z kwaśną miną zbity do 70 tys. Rp. haracz i bierzemy prysznic. Wycięty po egzotycznym pociągu, bez większego przyglądania się stanowi sanitariatów ochlapuję się wodą z mandi i po 5 minutach jestem jak nowonarodzony. Alicja jednak trafia na znalezisko, które ja pominąłem. Robi tak straszną awanturę, że naprawdę jej nie poznaję. Gospodarze zupełnie nie rozumieją o co chodzi – przecież standardem jest, że zużyte prezerwatywy z wiadomą zawartością walają się w łazience. Kogo to jeszcze dziwi? Zapytano nas czy jesteśmy z Ameryki, a my w odpowiedzi poprosiliśmy jeszcze o zmianę pościeli na czystą podkładając właścicielowi pod nos śmierdzącą poduszkę i ściągając z łóżka klejące się prześcieradło. Budzik nastawiamy na 7 rano przeczuwając jutrzejsze przygody z transportem.
|