| Jak my się bali płynąć na Bali |
| Autor Alicja Rapsiewicz | |||
| Niedziela, 25 Wrzesień 2011 15:56 | |||
|
Plan ustalony. Z Gili Air wyruszamy przed zmrokiem. Płyniemy nocą, aby rano zakotwiczyć na północy Bali – w Lovinie. Nagle dostaję wiadomość: „tylko nie płyńcie na Bali nocą”! I się zaczęło... Znajomi, którzy w Lovinie byli zakotwiczeni już od tygodnia, chcieli nas ostrzec i poinformować o niebezpieczeństwach czyhających na nocnych żeglarzy. Nieopacznie maila pokazałam Tedowi, a ten im dłużej go czytał, tym bardziej otwierały mu się oczy, na czole pojawiły się krople potu, a ręce zaczęły mu drżeć. Plaża na Gili Air. W tle zniszczona, choć dalej groźna dla jachtów rafa koralowa.
Po kwadransie Ted odstawia pusty kubek i zarządza: Andrzej po chwili siedzi w pontonie i rusza z GPS’em w ręku w stronę rafy koralowej. Po godzinie wraca z wykonanym zadaniem i dzieli się rezultatem z kapitanem. Znów dyskusja, nowe propozycje, obliczanie, planowanie, gdybanie itd. W końcu zapada decyzja. Wracamy do planu pierwszego, czyli płyniemy nocą. Ted wyznacza nowy kurs tak, żebyśmy płynęli w miarę daleko od brzegu wyspy i ominęli rybackie chatki.
Mamy dobry wiatr. Czasem nawet za dobry. Wieje 26-30 węzłów i musimy zwalniać, żeby nie płynąć za szybko. Fale coraz większe, łódka kołysze się niemiłosiernie, a ja muszę zejść do kuchni i przygotować kolację. W takich warunkach nawet zaparzenie herbaty jest trudne, a gotowanie ma więcej wspólnego ze sztuką cyrkową niż kulinarną. Najbardziej nie lubię, kiedy sałatka wyskakuje z miski i muszę ją łapać zanim znajdzie się na podłodze. Liczy się refleks i balans. Tym razem w dodatku zepsuło się zamknięcie szafki, w której są talerze (plastikowe). Przy każdym mocniejszym przechyle drzwiczki otwierają się, a talerze, jak latające spodki fruwają po całej kabinie. Zachód słońca nad jednym z balijskich wulkanów
Nagle czuję charakterystyczny ścisk żołądka. Wybiegam na pokład zanim będzie za późno i co widzę? Jeden z najdziwniejszych zachodów słońca: w dali balijski wulkan Agung, a nad jego szczytem pomarańczowa kulka. Mija kilka minut i słońce jest już dokładnie za wulkanem. To wszystko wydaje się tak blisko, a my mamy płynąć tam całą noc?! W dodatku zapowiada się jakiś dramatyczny tor przeszkód… Po kolacji ustalamy kolejność wacht. Moja od 23:00 do 2:00. Próbuję się trochę przespać, ale w środku jest zbyt gorąco. Jeszcze trochę śpiąca wychodzę na pokład, aby przejąć wachtę. Na pytanie o rybackie chatki Ted uspakaja mnie i mówi, że niczego takiego nie widział, a poza tym jesteśmy za daleko od brzegu. Zostaję sama na pokładzie. Jest zupełnie ciemno. Księżyc pojawi się dopiero po północy. Wiatr nie tak silny jak wieczorem, ale suniemy ok 6 węzłówę. Przy tej prędkości spotkanie z chatką mogłoby się skończyć mało ciekawie, ale przecież chatek nie ma, bo jesteśmy daleko od brzegu… Tak spokojnie mija pierwsza godzina wachty. W nocy zaznaczamy na mapie aktualną pozycję jachtu co godzinę. Kilka minut przed północą zbieram się, żeby zejść na dół i sprawdzić współrzędne. Nagle widzę przed dziobem jachtu czarną plamę. Co to? Wygląda jak olbrzymi strach na wróble… To rybacka chatka! Aaaaa!!! Rzucam się do steru, wyłączam automatycznego pilota i daję mocno w prawo. Kilka metrów od lewej burty widzę ten cholerny rybacki domek z bambusa, wymiary ok 2x2x2 i wielki liść palmowy na czubku dachu. Było blisko! Jak to możliwe? Tyle metrów kwadratowych powierzchni, a ta chatka musiała się pojawić tuż przed naszym jachtem i właśnie na mojej zmianie?! Jeśli byłam lekko znudzona i zaspana, to już nie jestem – adrenalina zrobiła swoje. Teraz z kolei mam jakieś omamy i wszędzie już widzę tylko te chatki. Na szczęście wyszedł księżyc i trochę oświetla drogę. Łatwiej będzie dojrzeć przeszkody. Czuwam tak i czuwam, wypatruję następnych „strachów na wróble”, ale nic się nie dzieje. Czas w takim momencie jakoś szybciej płynie i nawet nie zauważyłam kiedy na pokład przyszedł zaspany Andrzej. Moja opowieść o spotkaniu z domkiem jest dla niego skutecznym budzikiem, a ja wreszcie mogę odetchnąć z ulgą. Zasypiam od razu. Rano, ok 8 jesteśmy prawie na miejscu. Donoszą nam o tym widziane z daleka maszty innych jachtów i grupa delfinów płynących tuż obok nas. Welcome back to Bali! :) No to teraz strach się bać... PS: Gdyby ktoś chciał się na takiego jachtostopa jak nasz załapać, to szybka piłka. Jest na Bali jacht, który za 5 dni wypływa z mariny w stronę Papui Zachodniej. Potrzeba dwóch osób - możemy Was z kapitanem skontaktować.Piszcie na maila. Możecie też polecić to znajomym na Facebooku klikając poniżej przycisk "Poleć".
|
