mapa europy
Polacz z Facebook
Strona Główna Iran Irańska gościnność po raz pierwszy... i nie ostatni
Irańska gościnność po raz pierwszy... i nie ostatni
Sobota, 05 Wrzesień 2009 22:37

Pierwszy dzień w Iranie minął nam bardzo szybko. Być może dlatego, że chłonęliśmy wszystko, co widzieliśmy garściami. Wszystko było dla nas nowe – język alfabet, sposób bycia ludzie, architektura, zwyczaje i reguły w tym kraju panujące, a zwłaszcza... pieniądze.

Jak się robi owocowe "szejki" w Iranie

W Iranie obowiązującą walutą jest Rial. W przeliczeniu 1 $ to 10 000 Riali, ale aby nie było za prosto, w powszechnym obiegu walutą jest nieistniejący Toman, a dokładniej to Rial, ale przeliczany na Tomany. Dziwne? Bynajmniej... jest to jak najbardziej logiczne i naturalne. Jak pytasz ile kosztuje szejk bananowy, to odpowiedź brzmi 600, a tak na prawdę trzeba zapłacić 6000, czyli 0,6 USD.

No, to teraz jak to wygląda w praktyce pierwszego dnia pobytu w Iranie? Chcę kupić piwo – nierealne, Bazar w Tabrizie ale do tego jeszcze wrócimy ;) Chcę więc kupić wodę – słyszę 300 (w domyśle Toamnów), no więc daje 300 ale Riali, bo takie są banknoty a gość na mnie z oczami i powtarza: „three hundret”! No więc, ja na niego z oczami i daję mu to cholerne trzysta, a ten znów: „three hundret”! „Kurde to w końcu ile ta cholerna woda kosztuje?” – nucę pod nosem po polsku i pokazuję mu banknoty jakie mam. Ten ze stoickim spokojem wyciąga sobie 3000, czyli 300!! „Dżizys... no tak, przecież 1 Toman to 10 Riali” – myślę sobie. Takie to proste....i jakie logiczne.

O co chodzi? A no ponoć o to, że łatwiej wszystko przeliczać na Tomany, które de facto nie istnieją i płacić w Rialach, które równają się 1/10 Tomana. Irańczycy, jak nam to tłumaczą, ułatwiają sobie w ten sposób życie i w związku z wysokimi nominałami ucinają jedno zero tworząc tym samym łatwiejszą do wymówienia walutę (szybciej jest wymówić pięćset niż pięć tysięcy) o wartości 1/10 oficjalnej waluty Iranu. Oczywiście ten mały niuans wychodził psuł nam krew przez około 3-4 dni aż się nie przyzwyczailiśmy. Nawet jak się już przyzwyczailiśmy, to dalej uważam, że wcale to życia nie ułatwia, ale świetnie nadaje się do zrobienia w kanta białego pytającego o cenę taxi i słyszącego cenę o 10 razy mniejszą niż finalna. I co najgorsze – wszystko jest ok! Kto nie zna lokalnych zwyczajów, ten traci... Jak ja kocham Azję!!! :)

Wracając jednak do Tabrizu... zostajemy tutaj dwa dni – pierwszy to typowa marszruta krajoznawcza. LosWiaheros z Nasserem z iformacji turystycznej w Tabrizie Meczety, ciekawe budynki, parki etc. Atrakcją największą był jednak Nasser, który pracuje w informacji turystycznej w Tabrizie i „wymiata po polsku”. Jak się dowiedzieliśmy miał dość emocjonalny epizod w swoim życiu związany z Polską, jednak w efekcie końcowym poślubił Irankę, bo nie mógł zostać z przyczyn formalnych w Europie. Nasser to wg mnie obowiązkowy punkt bardzo ubarwiający nieco szary Tabriz. Na prawdę polecam wizytę w Informacji Turystycznej na końcu Ferdosi Street i pogadanie z Nasserem. Na drzwiach jego biura można zauważyć zresztą sporo naklejek z Polski :) Miło!

Tuż koło informacji turystycznej zaczyna się bazar, na którym ponoć jest łącznie ponad 5 tys. kg złota. Jak dodają miejscowi: „i ani jednego policjanta – tak bezpiecznym krajem jesteśmy”. Ciężko racji im nie przyznać. Iran faktycznie jest bardzo bezpieczny, a ludzie niesamowicie otwarci, pomocni i gościnni, o czym przekonaliśmy się już podczas pierwszych dni pobytu w Iranie.

Polując z aparatem w ręku w parku przy Błękitnym Meczecie na kobiety w czadorach, podchodzi do nas parka dziewczyn. Błękitny Meczet Zagadują po angielsku, ale jednak na tyle im to kiepsko idzie, że z pomocą przychodzą im kolejne i kolejne... w końcu wokół nas szukających chwili wytchnienia z dala od szalonego ruchu ulicznego, jesteśmy otoczeni przez 10 Iranek. Nagle pojawia się kolejna piękność i rezolutnym gestem przedstawia się czystą angielszczyzną i siada koło mnie. Zaczyna się rozmowa, której trwa dłuższą chwilę i której efektem jest nasza wizyta w sklepie z komórkami, gdzie Fateme, bo tak ma na imię owa piękność, pomaga nam kupić sim kartę IranCell’a. Z nią i jeszcze jedną Iranką umawiamy się na jutro na popołudnie na obiad. Dziewczyny mają przyjechać po nas do hotelu.

Wieczorem siedząc sobie w hotelu i popijając schłodzone zimne piwo... bezalkoholowe, nagle słyszymy pukanie do drzwi. Widzimy głowę jakiegoś Irańczyka, a po chwili do naszego pokoju wchodzi Michał, na którego mieliśmy czekać właśnie w Tabrizie. Żeby było śmieszniej, to Michał trafił do naszego hotelu bez sprawdzania maila, gdzie wysłaliśmy mu dokładne namiary na siebie. Po prostu wybrał z przewodnika ten sam hotel, co my. Jeden z najtańszych! :) Szczęśliwi, że nasz towarzysz podróży na cały Iran sam się znalazł, zasypiamy aby sprostać wrażeniom dnia kolejnego.

Poza kolejnymi standardowymi punktami programu pt. zwiedzanie Tabrizu i szukanie ciuchów dla Alicji odpowiadającym wymogom Islam ma swoje wymogi, Alicja szuka nieobcisłych spodni :D Islamskiej Republiki Iranu, czekamy na spotkanie z dziewczynami. Oczywiście przez cały dzień telefon się rozdzwania do czerwoności, bo plany zmieniły się przynajmniej pięć razy, w końcu spotykamy się. Okazuje się, że dziewczyny w obstawie ich rodzeństwa i cioci, chcą zabrać nas do parku, z którego właśnie wróciliśmy. A co, jedziemy! Tam robimy sobie mały piknik a przy okazji Fateme (przyszła aktorka) prezentuje nam swoje umiejętności recytatorskie i piosenkarskie. Zresztą posłuchajcie i oceńcie sami. Dla mnie była to nie lada atrakcja, Na pewno fajniejsza niż bazar i meczet razem wzięty ;)

My też się odwdzięczyliśmy polskimi wierszami i piosenkami po czym kończąc 10 z rzędu wspólną sesję zdjęciową udajemy się zaproszeni przez wujka Rocalle do wesołego miasteczka, gdzie nas po prostu wgina w ziemię. Irańczycy, a głównie Iranki, które przemykają w swoich czadorach przez ulice ożywają po zmroku w parkach rozrywki. Jeżdża na czym się da i jak się da wydając przy tym wszelkie możliwe dźwięki przystające do zachwytu i podniecenia o piskach nie wspominając. Szok!!!

 

Największe jednak wrażenie zrobiła na mnie ciotka Roghayeh, która w swoim czarnym czadorze zjeżdżała Ludzie w Iranie na zjeżdżalniach z dziecinnym uśmiechem na twarzy i z powiewającym czadorem za sobą. Ciekawostką jest to, że wesołe miasteczka są bardzo popularne w Iranie. Zarówno w Tabriz jak i w Ardabil, w którym byliśmy w następnej kolejności, widzieliśmy całe masy ludzi, które już po zmroku (Allah nie widzi) szalały w wesołych miasteczkach, a w szczególności kobiety.

Koło południa dnia następnego wykwaterowaliśmy się w Tabrizie z hotelu i wylegliśmy na ulicę w liczbie osób 4 plus nasi znajomi z wczoraj, którzy nas żegnali. Zacząłem łapać taxi, ale wszystko akurat jechało pełne aż w końcu zatrzymał się samochód, w którym siedziało dwóch młodych chłopaków. Zapytali, czy mogą pomóc. Opowiedziałem, że staram się znaleźć jakieś taxi do dworca autobusowego, na co oni otwarli klapę bagażnika i równocześnie powiedzieli: „Ładujcie się!” Podwieźli nas na dworzec i nie chcieli żadnych pieniędzy mimo iż naciskaliśmy 3 razy jak to w zwyczaju irańskim jest przyjęte. Zaprowadzili nas do autobusu do Adrabilu i chcieli jeszcze zapłacić za nasze 4 bilety, ale już tym razem stanowczo się oparliśmy i zapłaciliśmy za nie sami. A to naprawdę dopiero początek irańskiej gościnności, która w Iranie nas spotkała.

Do Ardabil jechaliśmy starym Mercedesem... fajny gruchot na krótkie trasy. Po dotarciu na miejsce skontaktowaliśmy się z naszym hostem, który poinstruował taksówkarza, gdzie nas powinien podwieźć i po 15 minutach byliśmy po raz pierwszy w prawdziwej irańskiej rodzinie. Wrażenie było niesamowite! Najważniejsza kwestia to, aby przy powitaniu nie wyciągnąć ręki (mężczyzna) do muzułmanki, bo to straszny nietakt. Trzeba się mocno kontrolować w tej kwestii. 

Mieszkanie, jak mieszkanie z tą różnicą, że nie ma mebli, że są perskie dywany i że się je, śpi i siedzi na podłodze. Jest klimacik. Pierwszy raz robi spore wrażenie tym bardziej jeśli jest się przyjmowanym przez tak fajną rodzinę jak Karima, który jednak szczególnie zszokował nas dnia następnego, ale o tym później.

Karim zabrał nas do parku i nad jezioro pod wieczór i jak na nieirańską pogodę przystało było stosunkowo zimno – przydał się polar, bo Ardabil jest położony w górach. Joseph, Keyvan, Marta i Alicja Szybko się z Karimem zgadaliśmy, że fajka wodno to jest to, co wszyscy lubimy najbardziej, więc poszliśmy do takiego specjalnego miejsca, gdzie faje można sobie zamówić. Znów tyle wrażeń: fajka wodna, dym unoszący się w powietrzu, specjalne siedziska na których się siedzi i super towarzystwo Karima i jego przyjaciela Josepha! Sporo żartów, ciekawych rozmów, poważnych i niepoważnych. Karim wytłumaczył nam dużo kwestii dot. Iranu i jego specyfiki, przez co lepiej mogliśmy go zrozumieć mimo, iż kwestia religii dalej jest dla nas niepojęta, ale do tego jeszcze wrócimy. Po długim i owocnym wieczorze wróciliśmy do domu i dostaliśmy kolację od mamy Karmia. Objedliśmy się niemiłosiernie pysznym irańskim jedzeniem w Ardabilu jeszcze podobnym do Tureckiego. A co ciekawe! Cały region Azerbejdżanu w Iranie mówi w większości po turecku, w domu szczególnie i są czynione mocne starania, aby oderwać się od Iranu i dołączyć do Turcji. Mało realne się to wydaje, ale warto o tym wiedzieć.

Następnego dnia już wyjeżdżaliśmy w stronę Teheranu, bo czas nas trochę ograniczał weekendem, który nadchodził i tym, że musimy złożyć wniosek wizowy w chińskiej ambasadzie, a w Iranie niedzielą jest piątek, więc musieliśmy z Ardabil wyjechać najpóźniej we wtorek wieczorem. Po śniadaniu Karim dał nam szansę zobaczyć jak świetnie gra na santoor – irańskim instrumencie. Długo nie mogliśmy wyjść z podziwu. Na filmiku poniżej dołączyła do niego jeszcze jego siostra na bębnie. Sami zresztą posłuchajcie jak to wyszło:

Do godziny 19, kiedy to mieliśmy autobus do Teheranu mogliśmy zagospodarować jeszcze całe popołudnie, więc pierwszy wybraliśmy się do Kompleks Sheikh Safi-ad-din Is'haq Mauzoleum Sheikh Safi-Od-Din, które wywarło na nas niesamowite wrażenie. Dookoła kryształy, złocenia, malutkie kawałki lusterek, którymi wyłożone są całe ściany sprawiają, że człowieik czuje się zagubiony i trochę przytłoczony przepychem. Samo mauzoleum jednak ma trochę inny charakter niż do tego przywykłem. Ciała szejka nie widać, jak np. Lenina lub Mao w Pekinie ;) za to jest sarkofag, który jest przez Irańczyków jest traktowany z dużym namaszczeniem. I wszystko byłoby ok, gdyby nie mały incydent z Michała aparatem, który upadł na ziemię i się trochę pogruchotał. Canon trochę waży, ale na szczęście rozbił się tylko filtr a samo szkło przetrwało. Szczęście w nieszczęściu zdjęcia dalej da radę robić, ale zoom był na zasadzie wyciągnij-wepchnij ;)

Wieczorem wyjechaliśmy w stronę Teheranu, dopiero w którym przyszło nam poznać Iran, a w szczególności jego szaleńczy ruch uliczny, którego staliśmy się uczestnikami.





Zmieniony ( Czwartek, 22 Kwiecień 2010 19:12 )
 

Reklama

Chcesz zamieścić tutaj swoją reklamę
- poznaj statystyki bloga

Profesjonalne tłumaczenia użytkowe.
Bilety Lotnicze

Śledź bloga poprzez:

Kanał RSS   iGoogle

lub wpisz swój email, aby otrzymywać powiadomienia na swoją skrzynkę:

Czy to jest bezpieczne?
Tak, przeczytaj więcej na ten temat.

Ostatnio komentowane

Nasze wspomnienia z 2011

W drodze od: