| Czarnych czadorów czar, czyli Welcome to Iran |
| Czwartek, 03 Wrzesień 2009 22:51 | |||
|
Z Dogubayazit do granicy irańskiej mamy kilkadziesiąt kilometrów, a podwozi nas TIRem Turek, Nasze nadzieje na szybkie przejście przez granicę wzrastają, gdy wyławia nas z tłumu pogranicznik turecki i zabiera nasze paszporty do podstemplowania. 10 minut później już oficjalnie wyjechaliśmy z Turcji i byliśmy przy wielkiej bramie do Islamskiej Republiki Iranu. Nie byliśmy sami. Stało z nami jeszcze z 10 osób w tym jeden Turek, który w prawej ręce trzymał torbę wypełnioną papierem toaletowym. Popatrzyliśmy na siebie i zgodnie powiedzieliśmy, a my w Turcji kupiliśmy tylko 4 rolki na dwie osoby ;) Nagle brama irańska otwarła się i zaraz za nią zajął się nami urzędnik irański mówiący po angielsku. Nagle zafrasowany urzędas przybył do nas z pytaniem dokąd jedziemy po Iranie, na co my odpowiedzieliśmy, ze do Chin, nie chcąc martwić go słowem Pakistan, Pan pokiwał głową ze zrozumieniem i poszedł. Wrócił jednak za 5 minut i zapytał którym przejściem granicznym z Iranu chcemy przejechać do Chin... No cóż, wyjaśniliśmy człowiekowi, że takie przejście nie istnieje i że przejeżdżamy do Chin przez Pakistan. Urzędnik odetchnął z ulgą, że nic się w Iranie pod względem granic nie zmieniło i oddał nam podstemplowane paszporty. Po wyjściu z budynku od razu obsiadły nas „rekiny” proponujące wymianę pieniędzy po bardzo „atrakcyjnym” kursie. Wymieniliśmy tylko kilka dolarów na bieżące potrzeby i ruszyliśmy przed siebie. Po drodze mijaliśmy piknikujące na kocach wycieczki starszych ludzi, oczywiście wszystkie kobieciny szczelnie owinięte w czadory. Pierwsze kroki w Iranie stawiamy niepewnie: nieznany teren, brak znajomości języka, zupełnie inna, W przygranicznej miejscowości Maku spotkaliśmy Irańczyka, który świetnie mówił po niemiecku i pomógł nam w zakupieniu biletów na autobus do Tabriz, sam też jechał tym autobusem, ale aż do Teheranu.
Niestety w Tabriz okazało się, że nie mamy noclegu, mimo, że wcześniej dogadaliśmy się z osobą z Hospitality Club. Zdarza się. Przejęty naszym losem inny spotkany w autobusie Irańczyk postanowił załatwić nam lokum u swoich przyjaciół, bo sam nie miał warunków do przyjmowania gości. Ten wariant też nie wypalił i nasz dobroduszny Irańczyk krążył z nami po mieście taksówką szukając dla nas hotelu. Na koniec kiedy trzeba było zapłacić za przejazd, nasz Irańczyk powiedział, że zapłaci całą kwotę za taksówkę, ale z jego postawy (stał nieruchomo z rękami w kieszeniach) i tonu wcale nie wynikało, że chce to zrobić. My na to, że nie ma problemu, my zapłacimy, a on: OK i zapłaciliśmy. W tym momencie przypomniało nam się, że przecież w przewodniku czytaliśmy o tym , że Irańczycy czasem proponują, iż za coś zapłacą, albo, że za coś nie chcą przyjąć pieniędzy, ale wcale nie mówią tego serio i trzeba im odmówić, aby zachować się grzecznie i taktownie. Sama propozycja zapłacenia za coś, nawet jeśli wcale nie zamierzają tego robić, jest dla nich przejawem gościnności. Przywykliśmy już do tego. Oczywiście, czasem zdarza się, że rzeczywiście ktoś nie chce od nas pieniędzy za warzywa, chleb lub inne rzeczy tylko dlatego, że jesteśmy turystami. Taka kultura.
|
|||
| Zmieniony ( Poniedziałek, 31 Sierpień 2009 14:02 ) |

