| Luang Prabang - miasto z pocztówki |
| Czwartek, 01 Kwiecień 2010 05:00 | |||||||||||
|
Nasz bus wypchany jest po brzegi pasażerami i ich bagażami, jesteśmy trochę ściśnięci jak sardynki w puszce, ale humory dopisują. Bus mknie wąską drogą, która w pewnym momencie zaczyna przypominać sito, tyle w niej dziur. Skręcamy w lewo, jedziemy w górę, teraz ostro w prawo i jeszcze bardziej ostro w lewo i w dół, a potem znów w górę i w prawo, w lewo i w prawo i w dół i w lewo i w górę i w efekcie pierwszy raz w życiu czuję objawy choroby lokomocyjnej. Mimo, że widoki za oknem co jakiś czas zapierają dech w piersiach to jednocześnie bezlitosne serpentyny ściskają żołądek i nie pozwalają nacieszyć się górskim pejzażem. Kiedy docieramy do Luang Prabang jesteśmy dość zmęczeni. Wszyscy razem udajemy się do tego samego guest house’u, sprawdzonego już wcześniej przez naszą holenderską koleżankę – współtowarzyszkę naszej ekotrekkingowej niedoli. Wieczorny Luang Prabang rozświetlony jest kolorowymi światłami i neonami licznych restauracji i pubów. Najciekawsza okazuje się boczna uliczka, na której stoją stragany z jedzeniem. Tu nie mam wątpliwości, że wyroby te na pewno są dziełem rąk laotańskich i w dodatku są pyszne. A co tu takiego pysznego? Grillowane kurczaki, ryby, mięsa gotowane w rozmaitych sosach, duszone warzywa, pierożki, a wszystko pachnie tak aromatycznie, że zaczynamy być głodni, bardzo głodni. Decydujemy się na grillowaną rybkę z Mekongu i nie żałujemy wyboru, jest pyszna. Jednak największym hitem okazują się zwykłe pszenne bagietki, które można tu kupić wszędzie. Dla podróżnika, który od 4 miesięcy nie jadł zwykłego chleba (no, poza domowym chlebem u Magdy w Nantongu) taka zwykła bagietka, może się okazać delicją. Można powiedzieć, że francuscy kolonizatorzy w tym przypadku zrobili kawał dobrej roboty i to co Laos może im zawdzięczać to właśnie kuchnia. Za dnia możemy bliżej przyjrzeć się miastu, które otoczone jest zielonymi wzgórzami. Od rana włóczymy się po małych uliczkach, przy których można podziwiać kamienice i wille pochodzące z czasów francuskiego kolonializmu, a wierzcie mi jest co podziwiać. Małe kolorowe budynki, niektóre nadgryzione przez ząb czasu, niektóre zupełnie odremontowane, tworzą niepowtarzalną atmosferę miasteczka, a dodatkowo uroku dodają im piękne, kolorowe kwiaty i rośliny (dla nas egzotyczne). W większości kamienic w samym centrum miasta urządzone są hoteliki, restauracje, kawiarnie lub sklepiki z pamiątkami. Wielu turystów podąża przez miasto szlakiem wyznaczonym przez przewodnik turystyczny, ale lepiej chyba zagubić się w tym labiryncie wąskich uliczek i ukradkiem obserwować życie jego mieszkańców. Kilkumetrowa, dobrze nam znana roślina, zwana u nas popularnie „gwiazdą betlejemską” przypomina nam, że Zachód słońca nad Mekongiem Przygotowania świąteczne tym razem nas omijają, Andrzej nie będzie mielił maku, a ja nie muszę lukrować pierników, choć makowca chętnie by się zjadło, że już nie wspomnę o prawdziwych domowych, toruńskich piernikach! Ech! W takim razie idziemy zwiedzać waty, czyli świątynie buddyjskie, a jest ich tu naprawdę dużo, do wyboru, do koloru. Właśnie... niektóre są tak kolorowe, że graniczy to z kiczem, no dobra, subiektywnie stwierdzając, nam niektóre z nich, wydają się po prostu kiczowate. Co kraj to obyczaj, nasze polskie kościoły współczesne z kolei, czasem przypominają bunkry... nie kręcimy nosem i zwiedzamy dalej. Wdrapujemy się na wzgórze Phu Si, ale tutejsze waty nie powalają nas na kolana, za to jest stąd świetny widok na miasto, a poza tym można tu zobaczyć odcisk stopy Buddy – nasz pierwszy w życiu, ale prawdopodobnie nieostatni. W przewodniku wyczytaliśmy, że najpiękniejszym watem w Luang Prabang jest Xieng Thong i my tę informację potwierdzamy. Trafiamy do niego w porze obiadowej, dzięki czemu unikamy dzikich tłumów. Z podziwem wpatrujemy się w szklane, kolorowe mozaiki na ścianach świątyń, przyglądamy się złotym figurkom Buddy. Panuje tu bardzo spokojna, wyciszona atmosfera, w powietrzu roznosi się zapach kadzidełek, a lekki, ciepły wiatr szumi w gałęziach drzew. Czasem między świątyniami przemknie pomarańczowa postać - mnich buddyjski. Mnisi to osobny i obszerny temat, trzeba by im poświęcić osobny artykuł. Są wpisani w krajobraz Laosu jak świątynie buddyjskie. Dla rodziny to zaszczyt jeżeli syn lub córka, bo i tak bywa, wybierze życie mnisze, mimo, że wiąże się ono z ubóstwem. Każdego dnia, przed świtem mnisi ze wszystkich świątyń wychodzą na ulice miasta. Ludzie ustawiają się wtedy przy chodnikach i przechodzącym mnichom wręczają ryż, warzywa, owoce. Całe to wydarzenie wydaje się tajemnicze i mistyczne jak i szalenie fotogeniczne. Spowite poranną mgłą pomarańczowe szaty mnichów przyjmujących dary od mieszkańców to musi wyglądać niesamowicie! My też chcemy to zobaczyć! O 6 rano zrywamy się z łóżek, żeby zdążyć na ten niesamowity mnisi pochód. W pierwszy dzień Świąt postanawiamy wybrać się na wycieczkę do pobliskich wodospadów Kuang Si. Po świątecznym śniadaniu wypożyczamy skuter i mkniemy laotańskimi drogami przez laotańskie wioski. Po drodze zatrzymujemy się w kilku ciekawszych watach, a miejscowe dzieciaki natychmiast zbiegają się tylko po to żeby do nas krzyknąć „sabaai diiii, czyli coś w rodzaju „hello” na szczęście nie chcą od nas ani długopisów ani cukierków, znaczy, że jeszcze nie skażone turystycznym rozdawnictwem. Centrum wspierane jest przez australijską fundację, która nie tylko pomaga finansowo, ale także szkoli opiekunów i doradza przy aranżacji przestrzeni dla zwierząt. Jak dzieci obserwujemy te niedźwiedzie chyba z godzinę, a one bawią się między sobą, szukają ukrytego w różnych zakamarkach jedzenia, bujają się w ogromnych hamakach. Odratowany niedźwiedź tybetański Resztę dnia spędzamy krążąc skuterem po okolicach Luang Prabang, gdzie można znaleźć bardzo malownicze miejsca i mało albo wcale nie odwiedzane przez turystów waty. Brodzimy też w wodach Mekongu, który na tym odcinku wydaje się o wiele mniej zanieczyszczony niż w Chinach. Zobacz pełną galerię zdjęć z Luang Prabang Komentarze (4)
![]()
Mariusz
said:
|
...Jednak nie znałam jeszcze możliwości turystów o azjatyckich rysach twarzy, którzy widząc nadchodzących mnichów wyskakują z wielkimi aparatami na statywach i robią im zdjęcia z dystansu mniejszego niż pół metra. Pstryk, pstryk i lampą w oczy i pstryk, pstryk! Wczoraj byłem świadkiem podobnej sytuacji. Jechał sobie rowerem starszy Chińczyk, a wzdłuż drogi szła kilkunastoosobowa japońska wycieczka. Gdy przejeżdżał obok, Japończycy rzucili się na niego z lustrzankami (już nie z małpkami ;) ) jakby zobaczyli biegnącego jelenia. Widok był naprawdę żałosny... Czym innym jest uśmiechnąć się do człowieka i wyczuć czy można mu zrobić zdjęcie lub ewentualnie zrobienie go z ukrycia, a czym innym traktowanie żyjących tutaj ludzi jak zwierząt w ZOO. Pozdrawiam z Melaki. Gdzie aktualnie jesteście? |
|
|
... Śmiesznie wyszło, bo tekst o Bożym Narodzeniu wyszedł nam w Wielkanoc! To teraz dobrze widać, ile mamy spóźnienia. Dziękujemy za życzenia i też życzymy Wesołego Jajka i mokrego Poniedziałku :) Mariusz... no cóż po prostu inna kultura. Ale tam w Luang Prabang tak zachowywali się nie tylko Azjaci. Europejczycy też nie byli gorsi... jak w zoo... |
|
| < Poprzednia | Następna > |
|---|
|
• O pięknej Jawajce Obecnie w Timorze i jest dziko i maloturystycznie. Dokl... |
| Andrzej |
|
• Denga w Tajlandii, Malezji, Si... Co prawda jest to prywatna przychodnia, ale z doswiadcz... |
| Andrzej |
|
• Denga w Tajlandii, Malezji, Si... Agata Wielke dzięki za odpowiedż... Zobaczymy zatem j... |
| Magda |
|
• Co ma wspólnego gekon z Misie... Cześć, jakiego telefonu używacie w podróży? jakis ... |
| Piotr |
|
• Co ma wspólnego gekon z Misie... Tęskonota... ładnie to opisałaś
|
| Karola |
|
• Co ma wspólnego gekon z Misie... Hej
Ah niestety za późno trafilam na Wasza strone ;...
|
| Agata |
|
• Jawa mniej znana Super podróż, fajne się czyta. Pozdrawiam ! Ja wyrus... |
| Bożena |
|
• Denga w Tajlandii, Malezji, Si... HEj jak najbardziej nalezy poddac sie diagnostyce, obja... |
| Agata |