| 4000 wysp na Mekongu – miejsce, w którym giną ludzie |
| Sobota, 17 Kwiecień 2010 11:50 | |||
|
Następnego ranka udajemy się w trójkę na południowy dworzec autobusowy w Pakse, skąd podobno ma być jakiś transport w okolice wysp na Mekongu. Hmm... azjatycka wyobraźnia zdecydowania przerasta moją, gdyż definicja autobusu dla mnie jest dość jasna – puszka głównie z blachy, posiadająca 4 ściany, dach i podwozie. Laos jednak sprawił, że muszę tę definicję trochę naciągnąć. Jedziemy czymś co jest przerośniętym sawngthaew, jednak w terminologii lokalnej mieści się w pojęciu autobusu. Pakujemy się zawczasu na tył tego "autobusu" i z coraz mniejszym spokojem przyglądamy się, jak nasz pojazd wypełnia się ludźmi. Powoli zaczyna to dochodzić do granicy mojej definicji pełnego autobusu, ale jeszcze przybywają 4 worki, które się ruszają. Okazuje się, że worki będą przywiązane do tylnej części pojazdu, po której się do niego wchodzi i wychodzi zarazem. Worki są szczelnie zawiązane, a znajome odgłosy dobiegające ze środka, każą twierdzić, iż w środku są prosiaki. Po chwili, wrażeniom dźwiękowym wtórują też wrażenia zapachowe... reszty Wam oszczędzę. Tak jedziemy przez około 2,5 godziny aż docieramy do zakurzonej wioski nad Mekongiem. Stamtąd już tylko rzut beretem do przystani, z której odpływają łodzie na Don Det. Łodzią motorową docieramy na wyspę, szukamy jakiejś chatki nad Mekongiem i rozglądamy się za bujającym się legowiskiem. Po chwili nasze szanowne 4 litery lądują w hamakach i w tym momencie zapominamy o całym świecie na najbliższy tydzień. Przez pierwsze trzy dni nasza aktywność ruchowa w ciągu dnia ogranicza się do wyciągania ręki z hamaka w celu wprawienia go w ruch. Gapimy się na rzekę, obserwujemy rybaków, którzy wypływają na połów. Analizujemy ruch liści palmowych i powiększającą się średnicę kokosów na drzewach. Gdy nam się to nudzi, odwracamy głowę, zmieniamy nieco pozycję i obserwujemy gospodarstwo naszych dobroczyńców, a w rolach głównych pięć świń, dwa psy, stado kurczaków i małpka. Małpka, dokładnie jak w wierszu Brzechwy, skacze niedościgle i robi małpie figle, a słucha tylko najstarszej osoby w rodzinie – babci. My jesteśmy tylko biernymi obserwatorami całej tej sielanki. To jest tzw. RESET. Po trzech dniach nicnierobienia przemagamy się, gdyż budzą się w nas potrzeby poznawcze wyższego Kiedy z plaży jedziemy w stronę miejsca, gdzie można ujrzeć słodkowodne delfiny dochodzi do dość Po krótkiej wymianie uprzejmości i nakreślenia trasy odbytej z najciekawszymi miejscami po drodze, wsiadamy na rowery i jedziemy w stronę przystani, gdzie z parą Brytyjczyków wynajmujemy razem łódź i zaczynamy bezkrwawe polowanie na delfiny słodkowodne. Przygranicze Kambodży z Laosem to jedno z kilku miejsc w Azji Płd-Wsch, gdzie te rzadkie delfiny można W tej leniwej atmosferze upływa nam kolejny dzień na wyspach Si Phan Don. Dnia następnego wypożyczamy kajak (przychodzi zwyżka formy? ;) ) a raczej coś w rodzaju kanoe, aby bliżej przyjrzeć się mniejszym wysepkom. Wiedzieć Wam trzeba, że tych wysp na Mekongu jest podobno aż 4 tysiące. Trzy największe: Don Khong, Don Det (na tej mieszkamy) i Don Khon posiadają dobrą infrastrukturę, a na pierwszej z nich jeżdżą nawet minibusy i jest ona zarazem centrum administracyjnym tego regionu. Naszym chybotliwym kanoe eksplorujemy mniejsze wysepki, zakola rzeki i ze zdziwieniem stwierdzamy, że nie jesteśmy tutaj sami. Spotykamy rybaków, którzy zarzucają sieci, widzimy też dzieciaki na małych łódkach, które zapraszają nas do zabawy w chowanego na rzece. Podczas takiej zabawy znalezienie kogoś graniczy z cudem, bo część wysepek porasta około metrowa trawa i łatwo się w niej schować. Cały klucz do sukcesu jednak w tym, żeby skutecznie ukryć swoją łódź... Gdy robi się nam gorąco, zanurzamy się po szyję i chłodzimy brunatną wodą Mekongu. I tak przez kilka godzin.... cisza, spokój, relaks, woda i słońce. Czy czegoś więcej potrzeba do szczęścia? No, może wypiłoby się zimne Beerlao i zjadło Chicken Tikka Masala, czyli jedno z moich ulubionych indyjskich dań, które na Don Det serwował poznany Hindus w swojej knajpce. Warunki na wyspie są bardzo sprzyjające, toteż niektórzy obcokrajowcy osiedlają się na stałe lub na sezon Tak, te kilka dni na Si Phan Don bardzo dobrze nam zrobiły zarówno ze względu na to, że sobie wypoczęliśmy, jak i pod względem towarzyskim. Można było wygadać się po polsku za wszystkie czasy. Ostatnie takie rozmowy były w Szanghaju, gdy mieszkaliśmy u Magdy i Roberta, a potem podróżowaliśmy z Jaśkiem. Na wyspach spędziliśmy ponad tydzień, choć planowaliśmy góra 3-4. Jest tutaj jednak coś takiego, co ludzi przyciąga, zatrzymuje, każe im się zastanowić nad tym, kim są i dokąd zmierzają. Stosunkowo drogi Internet sprawia, że nie każdy z niego korzysta i ludzie po prostu giną bez śladu na kilka dni, czy nawet tygodni. Zero kontaktu ze światem, tylko błogie lenistwo i bujanie się w hamaku z widokiem na Mekong. Mogę spokojnie powiedzieć, że aby zrozumieć Laos i jego mieszkańców, trzeba właśnie tutaj przyjechać. Zrelaksowani, wyluzowani, czasem senni. Wszystko bez pośpiechu i z lekką obojętnością. Stolica Laosu jest tego najlepszym przykładem. Kto jednak temu krajowi poświęci tylko kilkanaście dni jeżdżąc z miejsca na miejsce, szukając oszałamiających atrakcji turystycznych, ten tego kraju nigdy nie zrozumie i nie pokocha. Włąśnie to w mojej opinii sprawia, że jedni Laos uwielbiają, a inni twierdzą, iż jest bezgranicznie nudny. PS: Gdy przychodzi dzień wyjazdu, idę do naszej gospodyni i pytam ile mam zapłacić. Ta ze zdziwieniem odpowiada: „Nie wiem. A ile tutaj byliście? Pamiętasz, bo ja nie zapisywałam.” I ten oto cytat chyba najlepiej pokazuje, jakich ludzi można tutaj spotkać. Obejrzyj pełną galerię zdjęć z 4000 wysp na Mekongu
|
|||
| Zmieniony ( Sobota, 17 Kwiecień 2010 13:36 ) |

