| Malezja - azjatycka mieszanka wybuchowa |
| Autor Andrzej Budnik | |
| Środa, 16 Czerwiec 2010 15:04 | |
|
Do tego dochodzi ciekawa zabudowa – różne części miasta należą do Chińczyków, Malajów czy Hindusów i Tutaj jednak dochodzimy do ciekawej sprawy. Malezja wydaje się być bardzo tolerancyjnym krajem, bo mimo, iż jej mieszkańcy to prawie w 60% Muzułmanie i oficjalną religią jest Islam, to jednak piwo można pić. To nie Pakistan, czy jeszcze bardziej skrajny Iran, gdzie o złocistym trunku można było zapomnieć. Choć nie, w Pakistanie, w górach można było piwo kupić – szmuglowane z Chin ;) Mój bardzo przyjemny pierwszy dzień w Malezji zepsuł jakiś miejscowy cwaniak w meczecie, który miał do mnie pretensje, że zrobiłem mu zdjęcia, kiedy się modlił, co było nieprawdą, bo fotografowałem wnętrze meczetu, a nie jego. Zbyłem go, bo chciał mi sprawdzać aparat, ale na jelenia nie trafił, choć i tak na zdjęciach nawet pół jego stopy nie było. Szukał widać pretekstu, bo chwilę potem poszedł ze swoimi pretensjami do jakiejś kobietki, chyba Brytyjki – ta posłusznie dała mu przeglądnąć aparat i jak siebie tam odnalazł to krzyknął sobie 20$ za zdjęcie. Odszedłem więc pośpiesznie, żeby czasem znów się do mnie nie przyczepił... Chinskie znaki, a indyjskie twarze Drugiego dnia pojeździliśmy trochę po wyspie i najciekawsze okazały się dwie świątynie. Pierwsza to meczet, który pływał na wodzie. Czegoś podobnego jeszcze nie nigdy nie widziałem. Druga to świątynia węży. Zwiedzając ją zastanawiam się po co w ogóle tu przyjechałem i nagle na drzewie wewnątrz świątyni dostrzegam dwa węże koloru zielonego, więc na pierwszy rzut oka w ogóle niewidoczne. Dobrze, że nosa tam głębiej nie włożyłem, bo pewnie miałbym problem. Potem jeszcze znaleźliśmy kilka innych węży, ale już za murkiem, więc ukąsić nie mogły a podobno są jadowite. Mimo wszystko ta świątynia zapadnie mi na długo w pamięci. Pod wieczór spacerując po mieście bliżej przyglądam się jego mieszkańcom. W hinduskiej części widać dużo płyt i muzyki z Bolywoodu. Słychać ją też oczywiście na każdym kroku, ale stoisk tego typu jest co nie miara. Widzę też sporo sklepów, gdzie wiszą kolorowe materiały. Tylko wejść, pomierzyć i za kilka chwil prawdziwe indyjskie sari gotowe. Do tego ten charakterystyczny zapach. Nie umiem go opisać, ale pachniało tam tak samo jak na ulicach Akry czy Varanasi. Z dużym zainteresowaniem obserwuję Chińczyków, zachowują inaczej niż ich krewni w ChRL. Tutaj są bardziej uprzejmi, czasem się uśmiechają, zagadują po angielsku. Łorety, jak mi to do Chińczyków nie pasuje. Mamy jednak późne popołudnie i słyszę charakterystyczny dźwięk. Muezin. Zaczyna śpiewać, a ja jeszcze nosem czuję palącą się „podpałkę” i buddyjskie kadzidełka. Znów przeskok z kraju do kraju, z religii do religii. Nie decyduję się tym razem na wejście do meczetu, bo mam założony teleobiektyw i wolę nie prowokować ponownie sytuacji. Chodzę dalej po mieście i pstrykam fotki chińskich kamieniczek, potem hinduskich sklepów z sari i znów jakaś chińska garkuchnia, a ulicą idą trzy kobiety z zasłoniętymi chustkami głowami. Naprawdę podoba mi się Malezja. Niektórzy ostrzegali, że będzie nudno, ale nie dla mnie. Czuję, że polubię ten kraj.
Zobacz zdjęcia z Wyspy Penang
|

