| Polska sałatka na krańcu Azji |
| Autor Alicja Rapsiewicz | |||
| Sobota, 10 Lipiec 2010 13:47 | |||
|
Johor Bahru to miasto raczej tranzytowe w drodze do Singapuru lub na wyspy południowo-wschodniego wybrzeża Malezji. Mało kto zatrzymuje się tu na dłużej, bo i nie ma po co. My też nie planujemy tu dłuższego pobytu. Zatrzymujemy się na dwa dni u Josephine - Chinki mieszkającej od urodzenia w Malezji. Już od pierwszych chwil znajomości znajdujemy wspólny język. Josee to doświadczona podróżniczka, która była w wielu ciekawych (kilka tys. Kilometrów samochodem po Afryce)) i mało znanych zakątkach świata (trekkingi bez pozwoleń w dzikie miejsca na Papui). Jest więc o czym porozmawiać. Spędzamy razem długie godziny na podróżniczych pogaduchach i przeglądamy masy zdjęć. Jedne z ciekawszych dla nas to zdjęcie Tybetu sprzed 10 lat, gdzie Lhasa wyglądała jak duża wioska tybetańska i nie było tam jeszcze chińskich wieżowców, ach… Josee jest też przy okazji drugą Chinką, którą spotykamy w naszej podróży i otwarcie krytykuje to, co dzieje się w Tybecie. Mieszkający w Malezji Chińczycy mają inne spojrzenie na tę sprawę. Znają ją z dwóch stron i chińska cenzura ich nie dotyczy. Na wycieczkę Josee może nas zabrać dopiero za kilka dni, w niedzielę, bo w ciągu tygodnia pracuje do późna. W oczekiwaniu na weekend umilamy sobie czas degustując potrawy kuchni malajskiej i chińskiej, oczywiście pod przewodnictwem i ścisłym nadzorem naszej uroczej gospodyni. Postanawiamy odwdzięczyć się jej i przyrządzić naszą tradycyjną, polską sałatkę jarzynową. W supermarkecie znaleźliśmy nawet coś w rodzaju ogórków kiszonych. Jest i majonez. Z resztą składników problemu nie ma. Już nam ślinka cieknie na myśl o znajomym smaku... W trakcie przyrządzania sałatki odkrywamy, że ogórki wprawdzie są marynowane, ale na słodko… podobnie smakuje majonez, jest co prawda lekko kwaskowy, ale jego słodycz po prostu powala. Zastanawiamy się czy jest w ogóle sens kończyć to „dzieło”. Nasza, polska sałatka jarzynowa na słodko?! Chyba wyjdzie jakieś wyjątkowe paskudztwo! Mimo wszystko decydujemy się na ryzykowny krok i dodajemy te słodkie ogórki i słodki majonez. Tak doprawioną sałatkę umieściliśmy na noc w lodówce w nadziei, że się „przegryzie”. Rano okazało się, że mimo wszystko sałatka jest zjadliwa. Słodycz kiszonych ogórków i majonezu gdzieś się rozpłynęła i nie jest tak źle jak myśleliśmy, ale oczywiście to nie to samo… Jednak jakimś cudem całą sałatkę zjadamy we trójkę na śniadanie. Osiągnęliśmy częściowy sukces i namiastkę polskiego smaku, ale postanowiliśmy, że kategorycznie odrzucamy wszelkie pomysły przygotowywania polskich potraw w Azji. W Turcji też zakończyły się one fiaskiem, gdyż białego sera na słodko się tam nie uświadczy ;) Wreszcie przychodzi upragniona niedziela i Josee zabiera nas swoim samochodem na obiecaną wycieczkę. Wypytujemy też o trochę szczegółów i np. dowiadujemy się, że za bardzo niewielkie pieniądze można wykupić sobie na 100 lat kawałek morza. Takie kawałek dość nietypowej działki uzbraja się w grube pale, na których powstaje pomost, a na tym buduje się dom. W ten oto sposób powierzchnia Malezji ciągle się powiększa, a ludzie mają szansę stosunkowo tani wybudować swój dom. Niestety naszą miłą pogawędkę przerywa nam ulewny deszcz. Kompletnie przemoczeni docieramy do samochodu, w którym próbujemy się trochę osuszyć. Ulewa czy nie, na południowy kraniec Azji kontynentalnej dotrzeć musimy, w końcu to gwóźdź programu naszej niedzielnej wycieczki! Na szczęście deszcz przestaje padać, a zza ciemnych chmur nieśmiało przedzierają się promienie słoneczne. Ech ta Azja… Do krańca Azji wiedzie długi drewniany mostek, który wije się wśród lasów namorzynowych. Oprócz chmary komarów, towarzyszą nam w tej wędrówce dziesiątki makaków. Niektóre z nich wyglądają na agresywne, więc wolimy nie wchodzić z nimi w interakcje. Teraz lepiej rozumiemy napis przy wejściu „You will never walk alone” („Nigdy nie będziesz szedł sam”). Z przesympatyczną Josephine na krańcu Azji „Southern tip of mainland Asia”, czyli najbardziej wysunięty na południe punkt Azji kontynentalnej (uff!) to po prostu betonowa platforma z wielkim globem, kilka tablic informacyjnych i interesujący widok na morze. Niczego więcej się z resztą nie spodziewaliśmy. Dla nas jednak to miejsce ma znaczenie symboliczne: rok temu spakowaliśmy plecaki i wsiedliśmy do pociągu opuszczając Kraków, a dziś stoimy na południowym krańcu Azji kontynentalnej… Chwila zadumy nad losem podróżnika, kilka zdjęć, wygłupy przy globie i wracamy do Johor Bahru. Wydawałoby się, że to już koniec atrakcji na dziś, a tu niespodzianka! Przyjaciółka Josee zaprasza nas na kolację do chińskiej restauracji. Czujemy się jednak dość niezręcznie, bo restauracja jest bardzo elegancka, w odróżnieniu do nas, ubranych w znoszone i przepocone ciuchy podróżnicze. Kiedy jednak na stół wjeżdża miedzy innymi aromatyczna kaczka po pekińsku, zapominamy o naszym niestosownym ubraniu i wsuwamy danie, aż nam się uszy trzęsą. Szkoda tylko, że nie mamy jak się odwdzięczyć za tę kolację… Sałatki jarzynowej przyrządzać już nie będziemy! Może kiedyś w Polsce będzie nam dane spłacić ten dług wdzięczności… a takich długów ciągle nam przybywa! Ach, no i przecież Mistrzostwa Świata w piłce nożnej królują wszędzie dookoła, więc Andrzej kombinuje jakby tu obejrzeć meczyk. Okazuje się, że generalnie nie ma z tym problemu, bo każda knajpka, a jest ich tu cała masa, jest wyposażona w telewizor lub specjalny ekran. Malezyjczycy zwariowali na punkcie MŚ, więc wieczorem ulice zamieniają się w jedno wielkie kino. Ludzie pytają nas skąd jesteśmy, w nadziei, że mamy swoją reprezentację w Afryce. Niestety, tym razem musimy ich rozczarować - jesteśmy z Polski i nasza drużyna nie gra i właśnie dlatego już nie zaprzeczamy jeśli ktoś zrozumie, że jesteśmy z „Holland” a nie z „Poland”. ;) Ale „już za cztery lata, już za cztery lata…” Hehe, ciekawe gdzie wtedy będziemy... Pełna galeria zdjęć z Johor Bahru i okolic
|

