| U wrót piekielnych, czyli wjeżdżamy do Pakistanu – Quetta, Beludżystan |
| Piątek, 11 Grudzień 2009 11:49 | |||
|
Pakistan to kraj szczególny na naszej trasie. Sprawiał nam ból głowy od samego początku, Granica – po stronie irańskiej szybko i przyjemnie Good bye Islamic Republic of Iran, po pakistańskiej, jeszcze szybciej i jeszcze sprawniej, bo tu ludzie w końcu zaczęli mówić po Jedziemy autobusem. Po dwóch godzinach zatrzymujemy się na sikanie w jakiejś mieścinie. Po ulicach chodzą tylko mężczyźni. Wszyscy tak samo ubrani – szalwar kamiz. My, ludzie którzy pierwszy raz mamy do czynienia z tą kulturą, przerobieni przez zachodnie media, czujemy pewien dyskomfort. Każdy z nich wg naszego Po około godzinie znów znacznie przyśpieszamy, ale tym razem zaczęliśmy naprawdę podskakiwać. Osobiście trzy razy zleciałem z siedziska. Brzuch i głowy zaczęły nas boleć po następnej godzinie. Czuliśmy się jakby nam się ruszał mózg w głowie, nie mówiąc już o żołądku. Dojechaliśmy do Quetty ledwo żywi i powiem szczerze już powoli zaczynałem zapominać o terrorystach i porwaniach. Jednak miejsce, w którym zatrzymał się autobus i zrozumieliśmy, że kończy on tutaj bieg kazał nam znów się skupić. Jakiś brudny placyk, ogrodzony murem, do tego słabo oświetlone, pełno jakichś przypadkowych ludzi czekających na coś lub kogoś – wszystko to nadawało dziwnego klimatu. Szukaliśmy wzrokiem kogoś, kto nas szuka lub woła, czyli naszego hosta. Nie było nikogo takiego. Zwlekliśmy więc nasze bagaże z dachu i zaczęliśmy je otrzepywać z kurzu aż podszedł do nas jakiś koleś ubrany w biały szalwar kamiz. „Alicja?” – zapytał. Spadł nam kamień z serca. Jednak jak się okazało, to był kolega naszego hosta, który czekał na nas w aucie ze swoimi dziećmi. A że autobus był spóźniony, dzieciaki już zasnęły - dochodziła 23:00. Wykończeni, głodni i śpiący z przyjemnością przyjęliśmy gościnę naszego hosta. Jesteśmy w Quetta – połowa Beludżystanu za nami. Następnego dnia pojechaliśmy z naszym hostem na granicę celną, bo okazało się, że ten jest szefem urzędu celnego na pakistańsko-afgańskiej granicy. Podjechaliśmy białym samochodem pod budynek, jak się potem okazało pod bacznym okiem niewidocznego wywiadu. Dwoje białych w custom office – o co chodzi? Co Pobyt w custom office zaowocował też wieloma ciekawymi rozmowami z jego pracownikami oczywiście przesiąkniętymi tematem Afganistanu i wojny z terroryzmem. Chłopaki niby są po stronie rządu i zwalczają kontrabandę wszelkich narkotyków produkowanych w Pakistanie, ale z drugiej strony rozumieją Afgańczyków. Ludzi, których życie od kilkudziesięciu lat związane jest z wojną i najazdami obcych wojsk, niejednokrotnie nie mają już nikogo z rodziny. Zabicie jednego Amerykanina lub porwanie go dla okupu to cel ich życia, które dawno straciło sens. Właśnie tam, zrozumiałem jak to działa. Sami Pakistańczycy z Beludżystanu twierdzą, że wojna w Afganistanie jest przez kogoś podsycana i że słyszą o kolejnych transportach broni za pomocą śmigłowców, które lądują gdzieś przed afgańską granicą w małych wioseczkach i osadach. Komuś zależy na tym, aby ta wojna dalej trwała i destabilizowała sytuację w regionie. Zresztą późniejsze rozmowy z Pakistańczykami z całego kraju potwierdzają tę teorię. Może innym razem zgłębimy dokładniej ten temat. Czas pokaże. Wieczorem wpadamy na kolację do kolegi naszego hosta, którego spotkaliśmy „na dworcu”. Jak się okazało pracuje on dla NATO Forces z czym się nie obnosi zupełnie, bo szybko by nastąpiła egzekucja, jak się wyraził. Nikt tutaj nie lubi sił NATO i jakoś się nie dziwię. Drugim pracodawcą i tym oficjalnym zarazem jest ONZ. Zajmuje się on tam rozdzielaniem pomocy dla uchodźców afgańskich. Jak nam zdradził byliśmy na muszce ich wywiadu, który powiadomił go o dwójce białych w wieku około 30 lat, którzy przyjechali „na cło” białym samochodem. Wiedział o kogo chodzi, bo nas dzień wcześniej poznał i kazał nas ochraniać w razie czego. Ciężko byliśmy zdziwieni tym faktem, bo niczego takiego nie zauważyliśmy. My laicy ;) Tematy poruszane oczywiście same schodziły na wojnę w Afganistanie, tym bardziej, że chwilę temu na maila spłynęły do niego zdjęcia z ostatniej akcji Talibów za Quettą. Wysadzony został cały konwój 25 NATOwskich ciężarówek jadących z Karachi, portu na południu kraju, do bazy w afgańskim Kandahar. Płonące samochody robiły piorunujące wrażenie. Trzeba było sporządzić raport i wysłać do pakistańskiej siedziby NATO w Islamabadzie. Wracając do domu naszego hosta, ten dostał telefon od swojego kolegi, który wiedział o naszym pobycie w Quetta. Niestety informacja ta na nas zrobiła piorunujące wrażenie – kila dni temu porwany został w Beludżystanie niemiecki turysta. Dodało to oliwy do ognia roznieconego przez naszą wyobraźnię. Jak tylko dorwaliśmy komputer zaczęliśmy szukać potwierdzenia tej informacji w Sieci, ale nie udało się. Nikt ze znajomych pracujących w polskich redakcjach też nam nie umiał pomóc. Prawdopodobnie była to niedźwiedzia przysługa kolegi naszego hosta, która uruchomiła moją wyobraźnię maksymalnie. Bilet na poranny pociąg do Lahore był już wykupiony, więc trzeba było iść za ciosem i wyprowadzić się z Beludżystanu do Punjabu sąsiadującego z Indiami. Wszystko poszło zgodnie z planem. Udało się przejechać Beludżystan i dojechać do Lahore, które dla mnie jest bardziej indyjskie niż pakistańskie. Mimo, iż sami nie doznaliśmy niczego niemiłego, ciągle czuło się jednak sytuację napięcia i podniesionego stanu gotowości, bo czasem ciężko zasnąć, jak z oddali słychać serię z karabinów maszynowych. Trochę jesteśmy do tego nieprzyzwyczajeni... Ogólnie więc nasze wrażenia z pobytu w Quetta i przejazdu przez Beludżystan pozytywne nie są, bo jak mogą być skoro życie ciągle toczy się wokół tematu wojny w Afganistanie i Talibów. Dużo milej jednak wspominamy rodzinę naszego hosta, a przede wszystkim jego córeczki, które Alicja uczyła polskiego! :)
Alicja uczy polskiego córeczki naszego hosta
|
|||
| Zmieniony ( Poniedziałek, 28 Grudzień 2009 07:50 ) |

|
pozycjonowanie strony www Ponad 1000 zadowolonych Klientow. U nas nie ma 3 miesięcy za darmo. ditum.pf.pl |