| Skardu – pakistańska gościnność, motocross i kolacja z rekordzistami świata! |
| Niedziela, 10 Styczeń 2010 12:47 | |||||||
|
Robimy dalej rekonesans po mieście... bazar, bazar, wszechobecne kozy, kurz, pył (już mi przestał W południowym skwarze wdrapaliśmy się na skałę, gdzie miał być fort... i pewnie był... kiedyś. Dla widoku było jednak warto wdrapać się na Karpocho... w dole ujrzeliśmy Skardu i jeszcze czystą rzekę Indus (stosunkowo niedaleko swego źródła). Dalej błądząc uliczkami miasta trafiliśmy na boisko do polo i mecz. Nigdy gra ta mnie nie fascynowała, ale powiem szczerze, że widząc ją pierwszy raz na żywo byłem pozytywnie zaskoczony. Dalej sobie błądzimy uliczkami Skardu i nagle oczom mym ukazuje się napis PIZZA! „Alicja, choć idziemy na pizzę!” – zagaduję pełen werwy. W odpowiedzi słyszę: „Andrzej, tutaj pizzę?!” Na co odpowiadam: „Tak, tak... wiem, ale może być właśnie zabawnie!” I poszliśmy! Skomentuję krótko – nie umiem powiedzieć, jak ta pizza smakowała, ale na pewno była to najostrzejszą, jaką jedliśmy, stąd całkowity brak wyczucia smaku! Przepaliło nas na wskroś! Początkowo zamawiając do niej po małej Coli, skończyło się na wielkiej butli king size i jeszcze nie starczyło, aby ugasić pożar. „No co, miało być śmiesznie... i było” ;) Wracając na nocleg już późnym popołudniem trafiliśmy na Hiszpanów z Fairy Meadow. Jak się okazało, sponsor chłopaków był na tyle usatysfakcjonowany ich wynikami (pobity rekord świata w moto-glaiding’u do wysokości 7800m npm), że pozwolił im zostać w Pakistanie jeszcze tydzień dłużej. Pogawędziliśmy chwilkę i umówiliśmy się na dzień następny na kolację. Dla nas to zaszczyt! :) I tak oto przepaleni pakistańską pizzą, czekaliśmy na dzień następny, który był dla nas niewiadomą. Jednak tuż przed spaniem dostaliśmy smsa od Pashy: „Hej, to o której chcecie ten motor?” Stało się więc dla nas jasne, że pakistańska gościnność i bezinteresowność może silnie konkurować z wcześniej nam poznaną kurdyjską czy irańską. Jakoś tak się składa, że motory, które pożyczamy w Pakistanie są motocrossami, co wcale nam nie przeszkadza biorąc pod uwagę kondycję tutejszych dróg i zewsząd otaczające nas góry, ale jeżdżąc nimi ciągle budzimy zainteresowanie. W tym przypadku nie było inaczej. Motor Pashy to śliczna żółta crosóweczka, jak się potem okazało nie miała jednak sprawnych przednich resorów... znów było wesoło, ale na pewno nie Alicji ;) Poinstruowani przez Pashę, co gdzie jak i którędy wyruszyliśmy w drogę. Przed tym jednak Pasha podskoczył na stację benzynową i dotankował motor i odparł z uśmiechem: „Macie pełny bak. Na wszelki wypadek, żeby Wam nie brakło.” Chyba jasne jest, że żadnych pieniędzy nie chciał przyjąć. Prawie się na mnie obraził, jak mu to zaproponowałem. Jedziemy, jedziemy, jedziemy... kurz, pył, koleiny, ciężarówki z ziemią – „Cholera co jest?” pytam się w myślach. Chwilę potem stało się dla nas jasne, że nad jeziorem Sandpara, gdzie się udawaliśmy, budowana jest właśnie tama. Bynajmniej nie popsuło nam to zabawy, a mi już na pewno. Był motocross, piękne góry, droga pełna wybojów i kobieta – czegóż więcej można pragnąć? Obiadu? Był i obiad, a raczej biwak nad jeziorkiem z rzeczy, które sobie przywieźliśmy. Pakistańczycy ze zdziwieniem na nas patrzyli, jak wyciągamy maszynkę do gotowania, robimy sałatkę, kurczaka i gotujemy ziemniaki, a potem dodajemy do nich masełko.. Niebo w gębie na łonie natury! Chłopcy i ich zabawki Jezioro Sadpara jest bardzo ładnie położone, a my zatrzymaliśmy się w miejscu przy małej przystani, gdzie można sobie wynająć łódkę i popływać po jeziorku. Zupełnie tego nie planowaliśmy, ale pożyczając nóż od gospodarza, zagadałem go, czy nie zna kogoś, kto ma jeep’a i mógłby nas następnego dnia podwieźć do Z Hiszpanami umówiliśmy się dość luźno. Mieliśmy przyjść do nich do hotelu koło 19, ale trochę nam zeszło. Przyszliśmy więc spóźnieni i pytając o nich na recepcji, usłyszeliśmy, że ich niema. Spadł nam kamień z serca! Chyba poszli bez nas! Myśleliśmy, że wyplątaliśmy się z kłopotliwej sytuacji, bo idąc do nich stwierdziliśmy, że razem mamy około 5 dolarów, a tu przed nami kolacja. W drodze zaczęliśmy szukać jakichś pieniędzy, które mogły być poukrywane po kieszeniach – nic nie było, więc brak Hiszpanów sytuację nam rozwiązywał. Nie wyjdziemy na biedaków. Już zaczęliśmy się wycofywać z hotelu, gdy w bramie wejściowej spotkaliśmy rozbawianych Hiszpanów wracających do hotelu. Okazało się, że południowa krew i spóźnianie się to nie mity, więc chwilę potem z drżącym sercem bez pieniędzy poszliśmy na kolację. Zastanawialiśmy się tylko, czy to będzie super wypasiona knajpa czy taka, gdzie za 2$ od osoby będzie można coś zamówić (bo w Paku o takie też nie trudno). Zamówiliśmy najtańsze potrawy bez picia i trochę się uspokoiliśmy. Zaczęliśmy wyluzowani podpytywać ich o szczegóły pobicia rekordu świata – gdzie, kiedy, kto etc. Wieczór spędziliśmy bardzo miło, a Hiszpanie i jeden Belg, jak się potem okazało wcale nie byli bufoniastymi zawodowcami, a bardzo wyluzowanymi i otwartymi zawodowcami. Super ludzie! Powymienialiśmy się adresami, a na koniec główny sponsor zapłacił całość rachunku nas wszystkich. Ależ sobie pluliśmy w twarz, że zamówiliśmy najprostsze jedzenia, a można było się tak najeść ;-) Hehe! Następnego dnia rano oczywiście nasz jeep się spóźnił. Przed wyjazdem wszyscy nas pytali, czy nei potrzebujemy przewodnika, bo nie ma znaków na trasie, bo choroba wysokościowa, bo drapieżne niedźwiedzie. Cholera jasna, nie chcemy żadnego przewodnika! Dojechaliśmy do miejsca, z którego mieliśmy zacząć nasz trekking i zatrzymaliśmy się na herbatkę u przydrożnego gospodarza. Ten, wczoraj wrócił z miasta i jeszcze nie uprzątnął całego bałaganu, jaki zostawił niedźwiedź, gdy wdarł się do jego kuchni. Odciski wielkich łap były wokół dość wyraźne, uszkodzona ściana i bajzel wokół posiadłości też dość dobitnie świadczyły o tym, że niedźwiedź był ich autorem. Hmm... Zapłaciliśmy za herbatę, zapłaciliśmy kierowcy za podwiezienie, a ten pożegnał nas słowami – „No to powodzenia! Teraz jesteście tylko Wy, góry i niedźwiedzie. Miłej zabawy!” Lekko odrętwiali tym wszystkim ruszyliśmy na trekking i... a nie... reszty dowiecie się w następnym odcinku! :)
Obejrzyj pełną galerię zdjęć ze Skardu Komentarze (5)
![]()
Barti
said:
|
|
... Hej!! Się uśmiałem oglądając filmik z komentarzem Alicji... Ale Ci Andrzej zazdroszczę tego crossa w tych pięknych okolicznościach przyrody :) A Pasha professional pełną gębą! Ja sam wróciłem już do PL (buuu!! :( ) i obiecałem sobie nadrobić zaległości w Waszym blogu! Chyba sobie wydrukuje wszystkie posty od początku i zrobię z tego książkę podróżniczą :D Pozdrawiam Was gorąco z dość mroźnej Polski :) |
|
| < Poprzednia | Następna > |
|---|
|
• Wieże diaolou wokół Kaiping... A dziś na stronie startowej portalu gazeta.pl jest Was... |
| 10/03/10 10:37 |
| KAROLA |
|
• Sok z żaby na śniadanie, św... podziwiam Was. nie macie bariery psychicznej biorąc si... |
| 10/03/10 10:19 |
| Mara |
|
• Wieże diaolou wokół Kaiping... Tak w Polsce śmieci nikt nie wyrzuca do rzeki, my woli... |
| 10/03/10 09:42 |
| Marek |
|
• To w końcu Kanton czy Guangzh... Ja niestety w Kantonie bylem tylko przejazdem i jedyne ... |
| 10/03/10 01:53 |
| Lukasz Beluch |
|
• Klasztor Shaolin, groty Longme... Hej! Na obronę Klasztoru Shaolin dodam tylko, że otac... |
| 09/03/10 20:29 |
| Kasia |
|
• Autostopem do Iraku Tak, Polacy do Iraku wizę potrzebują, jednak do Irack... |
| 07/03/10 16:40 |
| Andrzej |
|
• Autostopem do Iraku Mam pytanie czy do iraku jest potrzebna wiza?? |
| 06/03/10 21:24 |
| Monika shaema |
|
• Sok z żaby na śniadanie, św... Ola, właśnie jesteśmy w miejscu, gdzie jaja z zarodk... |
| 06/03/10 12:36 |
| Andrzej |