Strona Główna Pakistan Burji La – tam, gdzie można zobaczyć niedźwiedzie i K2
Burji La – tam, gdzie można zobaczyć niedźwiedzie i K2
Wtorek, 12 Styczeń 2010 14:45

Alicja na Burji La - Karakorum Miało być łatwo, miło, przyjemnie i bez większych przygód. Cóż Góry Karakorum chyba stwierdziły, że nie dla nas. Co prawda tym razem nie rozłączyliśmy się pomni ostatnich naszych przygód przy bazie pod Nanga Parbat, ale jakże by się mogło obejść bez akcji ratunkowej. No nie mogło.

Jednak od początku. Wyszliśmy z chatki, która miała spotkanie bliskiego stopnia z niedźwiedziem i już tym razem uwierzyliśmy, że można w górach spotkać niedźwiedzie. Zaczęliśmy analizować wszystkie za i przeciwk kontynuowania trekkingu samemu, ale w końcu doszliśmy do niosku – no dobra, nawet, jesli wzięlibyśmy przewodnika, albo jakiegoś lokalsa, to co on zrobi więcej, jak pojawi się niedźwiedź? Rzuci się na niego, zanim zrobi to niedźwiedź? Bez sensu. Sami jesteśmy w stanie zrobić wystarczająco dużo, aby uniknąć obrażeń. Poszliśmy więc sami.

Za horyzontem zniknęła droga, zaczęły się pojawiać coraz wyższe szczyty. Mieliśmy mapę i prostego GPSa, który tylko wskazywał wysokość oraz długość i szerokość geograficzną. Do tego mapa wątpliwej dokładności, ale lepszej ani w Gilgit ani w Skardu nie zdołaliśmy znaleźć. Dziadek w chatce i kierowca mniej więcej powiedzieli nam, jak iść, aby nie zabłądzić. W którą dolinę wejść, gdzie skręcić i charakterystyczne punkty. I o ile przez pierwszą godzinę marszu wszystko się zgadzało, to w końcu doszliśmy do miejsca, gdzie kompletnie nie wiedzieliśmy, co zrobić. Wziąłem więc mapę i GPSa i wszedłem na wzgórze, z którego roztaczał się dobry widok na okolicę i starałem się jakoś przypasować mapę do tego, co widzę. Po pół godziny, w końcu stwierdziłem, że chyba zacząłem się orientować w sytuacji. Byliśmy na około 3500 m, a miejsce, gdzie planowaliśmy rozbić namiot było na wysokości prawie 4400 m npm. Zebraliśmy się i ruszyliśmy w drogę raczej wysokością się nie przejmując, gdyż podczas poprzedniego trekkingu do bazy pod Nanga Parbat doszliśmy do około 4500 m nnpm, więc z aklimatyzacją problemu być nie powinno. Wszystko wydawało się więc być pod kontrolą.

Wokół nas roztaczały się coraz to piękniejsze widoki. Na pobliskich przełęczach zobaczyliśmy śnieg, więc Alicja i Wielkie Karakorum szacowaliśmy, że to jedna z tych, które nas mogą interesować. Idąc powoli tylko ciągle się rozglądaliśmy, czy jakaś brunatna kupa futra nie przetnie nam nagle drogi. Szliśmy zboczem i przed nami były spore kamienie, prawie głazy, ale tak ułożone, że robiąc duże kroki można było po nich iść. Czasem trzeba było lekko przeskoczyć i wszystko było dobrze. Nagle stała się rzecz bardzo dziwna, idąc przodem usłyszałem ciężki oddech Alicji. Byłem około 50 metrów przed nią. Przystanąłem i obróciłem się i zacząłem zastanawiać się, co się dzieje. Plecak leżał koło Alicji, a ona koło niego kucała, jakby wiązała buta. I wszystko byłoby ok, tylko ten dziwny oddech. Krzyknąłem więc, czy wszystko ok – zero reakcji. Rzuciłem więc swój plecak i pobiegłem w jej kierunku. Z każdym krokiem coraz bardziej przerażony, bo w połowie drogi już zrozumiałem, że ma poważne problemy z oddechem. Dobiegłem i widzę, że jej ręce coraz bardziej się zaciskają i sztywnieja, a ona nie może złapać tchu. Zacząłem jej rozcierać ręce, potem plecy i nogi. Namówiłem ją, aby zostawiła tu rzeczy i podpierając się o mnie zacząłem ją sprowadzać w dół. Miała też problemy ze stawianiem pewnych kroków, więc przeraziłem się już zupełnie – jak ja jej mam pomóc na tym pustkowiu. Jedyne co mi instynktownie przychodziło do głowy, to schodzenie coraz niżej i rozcieranie jej, aby krew docierała do wszystkich części ciała równomiernie. Schodząc niżej, wydusiła z siebie, że się dusi. Uszliśmy już w dół dobre sto metrów i nic nie wskazywało, że jest lepiej. Starałem się zachować spokój, choć w środku we mnie wszystko drżało, a myśli biegały jak szalone, a paraliżowało mnie najbardziej to, że jesteśmy na zupełnym odludziu. Nagle jednak zauważyłem, że Alicja zaczyna coraz spokojniej oddychać, co jej ciągle powtarzałem. Schodziliśmy ciągle w dół i w dół. Zaczęło jej się poprawiać, a ja zacząłem czuć się coraz pewniej. „Czyli tylko brak tlenu” – pomyślałem. „Zawrócimy, jakoś dojdziemy do drogi i może coś się złapie na dół” – zacząłem układać plan działania. W końcu przysiedliśmy na ziemi i stwierdziłem, że Alicji na tyle się poprawiło, że wraca jej czucie w palcach i nie są one już pokurczone. Oddychała powoli, ciesząc się powietrzem, jakby długo była pod wodą bez tlenu. Po około 10 minutach już było całkiem ok. Straciliśmy plecaki z naszego pola widzenia, ale to nic nie znaczyło – najważniejsze, że wraca do siebie. Zaczęliśmy się zastanawiać, co się stało. Co było powodem tego, iż jej tak strasznie zaczęło brakować tlenu. Opowiedziała mi ze szczegółami, od czego się zaczęło i wniosek był jeden. Na drodze było kilka głazów, które chciała pokonać podskokami, a te jednak wymagają trochę wysiłku szczególnie na tej wysokości. Brakło jej powietrza i zaczęła coraz szybciej oddychać i tym samym coraz płycej. Starała się też zmniejszyć dystans między nami. Wszystko to na raz dało taki a nie inny efekt. Góry dają kolejną lekcję.

Alicja zdecydowała, że da radę iść dalej. Doszliśmy więc do plecaków, gdzie poczuła się już całkiem dobrze. Powoli zaczęliśmy więc znów piąć się w górę, zmierzając w kierunku znanego nam z mapy jako Burji Lungma – podobno najlepszego miejsca, aby zanocować i rozbić namiot. Po dwóch godzinach marszu doszliśmy tam. Nasz namiocik pod Przełęczą Burji - Karakorum Co prawda jak mapa i opisy podawały miał być tam strumyk. Takowego nie znaleźliśmy, ale przysłuchując się w ciszy Alicja usłyszała, że gdzieś słyszy wodę. Zaczęła szukać i znalazł malutkie źródełko tętniące pod kamieniem. Mieliśmy więc wszystko co nam potrzeba – dobre, osłonięte od wiatru miejsce na biwak, zachód słońca, prowiant i źródło wody. Nic tylko zrobić kolację. Po perypetiach Alicji trochę o niedźwiedziach zapomnieliśmy, ale teraz znów zaświeciła nam się żaróweczka – podgrzewane mięso, wiaterek i niedźwiedzi węch. To wszystko nie wróży nic dobrego, więc jedzenie przygotowywaliśmy bardzo ostrożnie. Aby przy przypadkiem nie spadła na ziemię ani jedna kropelka oleju czy resztki jedzenia. Puste puszki zapakowaliśmy bardzo szczelnie, żeby w nocy nie przyciągnęły zwierza. Ubraliśmy się cieplej i patrzyliśmy w zupełnej ciszy i samotności na majestat gór, które nas zewsząd otaczały. Piękne góry Karakorum, a mu z namiotem pośrodku nich. Kolejne marzenia się realizują. Dokładnie tak sobie to wyobrażaliśmy i mimo pewnych przeciwności losu, w końcu dopięliśmy swego...

Ale co z niedźwiedziami? A no... przyszedł czas na sen, tzn. zrobiło się ciemno i dość chłodno, bo Burji Lungma to 4384m npm (N 35 7’ 16.4” , E 75 32’ 24.1”). Jednak spać nie mogliśmy – wyłapywaliśmy każdy szelest, który mógłby przypominać nadchodzącego włochacza. Rano byliśmy bardzo rozczarowani, gdyż całe nasze oczekiwanie nic nie dało. Nie nadszedł, więc my po pysznym śniadanku zrobionym w naszej przenośnej kuchni, wyruszyliśmy w stronę Burji La, czyli miejsca, skąd mieliśmy zobaczyć K2.


Podejście zajęło nam około dwie godziny. Wdrapaliśmy się na Burji La – 4617m npm.
(N 35 7’ 45,3”, E 75 33’ 7,2”), gdzie było miejscami sporo śniegu i jak dobrze się domyśliliśmy, duży nawis śnieżny, co świetnie zobaczyliśmy przy zejściu. Zrzuciłem plecak i zacząłem montować konwerter i teleobiektyw do aparatu. Gdzie to K2? No gdzie? Ma ono dość charakterystyczny kształt – piramidy, ale takowej nigdzie dostrzec nie mogłem. Widoczność była idealna. Wyraźnie można było dostrzec grupę szczytów górujących nad pozostałymi, więc jakby wszystko się zgadzało, ale szczyt, który licząc wierzchołki od widocznego lodowca powinien być K2 – nie wyglądał jak szczyt K2. Na wszelki wypadek zrobiłem sporo zdjęć całej panoramy, aby pokazać zdjęcia Habibowi z Madiny i dopytać go o poszczególne szczyty, jednak moje przeczucie z każdą chwilę coraz wyraźniej i silniej podpowiadało mi – to o widzisz stary, to nie „kej tu”.

Zjedliśmy coś na szybko pod przełęczą i zaczęliśmy schodzić w dół. Alicja wypatrzyła kozice pod szczytem sąsiadującym z Burji La – stado pięknych, dorodnych kozic, które z dystansu na nas spoglądały. Nagle wszystkie się spłoszyły i z niewiarygodną lekkością wbiegły na szczyt, a potem na drugą stronę góry. Świetny widok!

Schodziło nam się świetnie. Godziny około południowe, pełne słońce, ale nie było gorąco ze względu na wysokość. Sielsko, anielsko... chwile potem usłyszeliśmy gwizdy – świstaki. Było ich przynajmniej kilkanaście Świstak przy Burji La na przestrzeni około 1,5 km. Znów zdjęcia, teleobiektyw. Ujęcia Burji La od drugiej strony. Wszystko to sprawiło, że pomyliliśmy sobie dolinki, którymi mieliśmy schodzić i jak się okazało później, zamiast zejść wprost do Skardu zeszliśmy do Sadpara Lake, nad którym byliśmy na motorze dnia poprzedniego. Heh... w sumie nic się nie stało. Nawet powiedziałbym, że przez przypadek wybraliśmy ciekawszą drogę, gdyż przy samym jeziorze szliśmy przez wioski, które są nad nim. Nie zmienia to jednak faktu, że nadłożyliśmy trochę drogi. Cóż... stwierdziliśmy więc, że usiądziemy przy drodze i złapiemy jakiegoś stopa. Nic nam się nie chciało zatrzymać chyba przez dobre pół godziny. Fakt, droga nie była zbyt uczęszczana, ale w końcu się udało. Zajechaliśmy wprost pod nasz hostel i wykończeni padliśmy na pysk. Tak to jest, jak trasę przewidzianą na 3 dni robi się w 2 :) Ambitnie, ale bez niedźwiedzia... Będąc już w Skardu trochę zaczęliśmy żałować, że żadnego nie spotkaliśmy, jednak będąc tam samemu w górach, nie wiem czy chciałbym faktycznie spotkać niedźwiedzia na otwartej przestrzeni, jaką niewątpliwie tworzą góry Karakorum.

Tak oto kończy się nasz kolejny trekking. Słusznie, jak się później w Gilgit okazało, szczyt który widzieliśmy z Burji La to nie było K2. Zaczęliśmy więc planować kolejny trekking z Doliny Hushe, aby już mieć pewność na 100%, że szczyt, który widzimy to K2. O tym jednak w następnym odcinku naszej mydlanej opery :)

 

Zobacz pełną galerię zdjęć z Burji La

Dodaj do:

Deli.cio.us    Digg    reddit    Facebook    Wykop    Gwar
Komentarze (4)add comment

Robi said:

...
Swietna historia. Pamietajcie jednak, ze jedna chyba z podstawowych zasad na takich trekkingach jest to, ze osoba slabsza powinna isc z przodu zeby wlasnie nie bylo takiej sytuacji, ze musi kogos gonic i tym samym tracic sily. Poza tym jestescie wielcy! :)
 
stycznia 14, 2010
Głosy: +1

Krysiek G. said:

...
Góry przepiękne. Alicji przypadłości raczej nie chciałbym przerobić na własnej skórze, ale wyciągam wnioski dla siebie z tej lekcji od natury. Cieszę się, że piszecie o wszystkim i nie unikacie mówienia o swoich błędach i słabościach! Trzymam kciuki i dalej kibicuję!
 
stycznia 15, 2010
Głosy: +0

Piotr said:

...
Chodzę w góry z żoną już od 20 lat. Nie w aż tak wysokie. To prawda. Czasem jednak ciężko jest zachować zasadę, o której piszesz Robi - ktoś poprawia sznurowadła, ściąga kurtkę, poprawia kijki trekingowe etc i wtedy osoba wolniejsza o ile jest na przodzie jest wyprzedzona. To normalne.
Sprawa druga to własne tempo - żona chodzi wolniej, ja trochę szybciej i niestety ale jestem zwolennikiem utrzymywania własnego tempa, gdyż idąc tempem osoby przede mną, meczę się dużo bardziej. Wolę przystanąć, poczekać i znów ruszyć. Różnica 100 metrów to żadna różnica, a tutaj mowa o jeszcze mniejszej. Błędem byłoby dla mnie to, gdyby stracili siebie z pola widzenia, gdyby nie zawrócił. Tak, to byłby błąd bez dwóch zdań.
 
stycznia 15, 2010
Głosy: +0

Duma said:

...
nad czym sie rozwodzicie? bylo, minelo, wnioski na przyszlos i lulu. a jak napisza, ze sie potkneli to tez sie zaczniecie zastanawiac czy to blad kamienia lezacego na ziemi, za duzego buta, czy brudnych okularow na nosie? zmieniajac temat- gory rewelka! ale teraz to tam chyba wojna?
 
stycznia 16, 2010
Głosy: +0

Napisz Komentarz
mniejsze okno | większe okno

security image
Ponizej Wpisz Kod bezpieczeństwa


busy
Zmieniony ( Wtorek, 12 Styczeń 2010 04:41 )
 

Najnowsze wpisy

Wieże diaolou wokół Kaipingu Z Kantonu zrobiliśmy mały skok do miasta Kaiping. ...
 
To w końcu Kanton czy Guangzhou? Kanton jest specyficznym miastem na warunki chińskie. Po pi...
 
Rozmowy polsko-chińskie Do Kantonu przyjeżdżam po raz pierwszy. Słyszałe...
 
Moda (ślubna) w Chinach! Dzisiaj coś dla dziewczyn. Będą suknie ślubne, m...
 
Xiamen - kochana wiosna, bożonarodzeniowe ozdóbki i 32h w najtańszym pociągu W pociągu do Xiamen mieliśmy okazję poobserwować w jaki ...
 

Ostatnio komentowane

Wieże diaolou wokół Kaiping...
A dziś na stronie startowej portalu gazeta.pl jest Was...
10/03/10 10:37
KAROLA

Sok z żaby na śniadanie, św...
podziwiam Was. nie macie bariery psychicznej biorąc si...
10/03/10 10:19
Mara

Wieże diaolou wokół Kaiping...
Tak w Polsce śmieci nikt nie wyrzuca do rzeki, my woli...
10/03/10 09:42
Marek

To w końcu Kanton czy Guangzh...
Ja niestety w Kantonie bylem tylko przejazdem i jedyne ...
10/03/10 01:53
Lukasz Beluch

Klasztor Shaolin, groty Longme...
Hej! Na obronę Klasztoru Shaolin dodam tylko, że otac...
09/03/10 20:29
Kasia

Autostopem do Iraku
Tak, Polacy do Iraku wizę potrzebują, jednak do Irack...
07/03/10 16:40
Andrzej

Autostopem do Iraku
Mam pytanie czy do iraku jest potrzebna wiza??
06/03/10 21:24
Monika shaema

Sok z żaby na śniadanie, św...
Ola, właśnie jesteśmy w miejscu, gdzie jaja z zarodk...
06/03/10 12:36
Andrzej