| Polo nie pochodzi z Anglii |
| Środa, 03 Luty 2010 04:08 | |||
|
O grze polo przed przyjazdem do Pakistanu wiedziałem tyle, że jest boisko, dwie bramki, dwie drużyny i konie, na których jeżdżą gracze podczas meczu. Aha, Ci gracze mają jeszcze takie kijki, którymi celują w drewnianą piłkę. I tak nieźle, co? ;) Nigdy mnie to jednak nie fascynowało, nawet nie interesowało. Gra dla bogatych – myślałem. Powoli zacząłem się przekonywać do polo, gdy nasz kolumbijski przyjaciel Carlos opowiadał w Madinie o meczu polo pomiędzy drużynami z Gilgit i Chitral. W sumie to jest całe widowisko, które odbywa się na Przełęczy Shandur (granica między regionem Chitral a Gilgit-Balistan), trwa 2 dni i przyciąga tłumy ludzi, co podobno tworzy niesamowitą atmosferę. Później w łączeniu z Między Biegunami, Kuba Niziński też zapytał o polo, jak powiedziałem, że jesteśmy w Gilgit i prosił o kilka fotek, gdy ustrzelimy coś ciekawego. Obiecałem, że coś podeślę, więc oto i link do galerii :) Okazja była jedyna w swoim rodzaju – w dniu wygaśnięcia naszej, już przedłużanej o miesiąc, wizy pakistańskiej zaczynał się w Gilgit Festiwal Polo. Zaryzykowaliśmy i zostaliśmy na kolejny tydzień w Pakistanie.Zainteresowanie w Madinie było niemałe, a to dzięki Mr Beg, który zaczął opowiadać swoje historie z Festiwal zacząć się od honorowego przemarszu przez boisko wszystkich drużyn przy akompaniamencie grajków z przeciwległej trybuny do naszej. Tu należy nadmienić, że "białych", czyli głównie gości Madiny, usadzono w sektorze głównym ku naszemu przerażeniu, bo miał się zjawić jakiś szef regionu, czy coś podobnego i było pełno wojska i mundurowych. W Pakistanie zaś reguła taka, że jak dużo wojska w jakimś miejscu, to łatwo o zamach, strzelaninę czy jakieś zamieszki, tym bardziej, że te ostatnio miastem Gilgit targały dość mocno. Carlos - panikarz jak przystało na gorącokrwistego Latynosa już widział same bomby pod siedzeniami i zapierał się rękami i nogami, aby na główną trybunę nie wchodzić, ale „ze względów bezpieczeństwa”(!) ochrona nie chciał nas wpuścić na trybuny dla zwykłych ludzi. Paranoja! Usiedliśmy więc jak najdalej środka trybuny i skupiliśmy się na festiwalu. Na początek ustawiono na środkowej linii boiska jakieś małe deseczki wetknięte luźno do ziemi. Przy jednej z bramek ustawiali się jeźdźcy, po jednym z każdej drużyny i na ustalony sygnał w pełnym pędzie ruszali w kierunku owych deseczek. Wygrywał ten, który trafił ostrzem wetkniętym na końcu kija w tą deseczkę i uniósł ją do góry. Cholernie trudna sprawa, ale niektórym się ta sztuka udawała. Gdy dwóch gości z tej samej tury podołało jednocześnie zadaniu, następowało dogrywką, aby z każdej tury był tylko jeden zwycięzca. Kiedy znaliśmy już półfinalistów, nadszedł czas finału i wszyscy zwycięzcy ze swoich tur ruszyli w kierunku swoich zdobyczy. Emocje sięgały zenitu! Patrzymy uważnie. Nikt nie unosi kija w geście triumfu. Co jest? Dopiero przy końcu boiska jeden z jeźdźców zawraca i galopując znów w kierunku środka boiska, unosi swój kij z nabitą deseczką! Wygrał! Cwaniak, chciał oczywiście w dumie i splendorze pokazać wszystkim na stadionie, że to on wygrał! :) Dobra, przejdźmy do samej gry. Pierwszego dnia rozegrano dwa mecze. Nie do końca łapaliśmy o co w tym wszystkim chodzi i pytaliśmy Mr Beg’a, aby wytłumaczył reguły – on na to zdziwiony uniósł się: „Ej, tu nie ma reguł! To jest free style polo game! Nie ma sędziego, nie ma fauli. Tzn. są, ale się ich nie gwiżdże, chyba że zawodnik traci przytomność lub koń dostaje ataku serca. To jest czysta, szybka gra bez brytyjskich wymysłów!” Nie wierzę! Nie ma reguł? „Nie ma” - zarzeka się Mr. Beg. W dalszej rozmowie wyszło jednak, ze reguły są tylko cztery:
Jak wyżej wspomniano, nie ma fauli, są tylko dwie połowy, a nie 4 jak w regułach ustalonych przez Brytyjczyków, nie ma sędziego. „Gra toczy się szybko, jest bardziej emocjonująca, bo nie jest przerywana” – dodaje Mr Beg. Bez wątpienia tutaj muszę się zgodzić. Większość meczów poza finałem było prowadzonych w bardzo szybkim tempie. Finał niestety był zdominowany przez zespół, który był najsilniejszy w całym turnieju i wręcz rozgromił swoich rywali w finale.
Wracając jeszcze do koni. Wspominałem o tym, że niektóre z nich, te dobrze wytrenowane, podążają za piłką same, słyszą gdzie piłka upadła etc. Trzeba jeszcze nadmienić, że dość ważna podczas gry jest muzyka przygrywana przez przy-boiskowy boys band. A mianowicie, konie przy odpowiedniej muzyce zaczynają same tańczyć w jej takt. Co więcej, gdy przykładowo jakiś gracz jeżdżący na danym koniu zdobędzie bramkę, to ów boys band zaczyna grać melodię ulubioną przez danego konia. Koń to słyszy i też zaczyna w jej rytm tańczyć. Nie mieściło nam się to w głowach, ale Mr Beg wszystkiego dopilnował i nam pokazywał drobne szczegóły, na które pewnie nie zwrócilibyśmy uwagi. Musieliśmy wtedy uwierzyć ;) Nie było innego wyjścia.
Zima nadchodzi, Chiny czekają. No właśnie Chiny, w których byłem już 8 razy i które trochę mi się znudziły(?). Motywowało mnie jednak to, że będziemy w Xinjiangu i może uda się wjechać nielegalnie do Tybetu, czyli do dwóch prowincji, w których w Chinach jeszcze nigdy nie byłem, a ciekaw ich byłem bardzo... jak się okazało potem, nie bez powodu. Oglądnij pełną galerię zdjęć z polo festiwal w Gilgit Komentarze (3)
![]()
Krysztof
said:
|
| < Poprzednia | Następna > |
|---|
|
• Singapore is a FINE city mam pytanie, czy jest możliwość zamówienia w intern... |
| ablka |
|
• Dziewczyna z parku świetny artykuł, byłam w Singapurze w zeszłym roku.... |
| oliffi |
|
• Dziewczyna z parku Polecam wam ten wykład Zimbardo: http://www.youtube.co... |
| Maciek |
|
• Singapore is a FINE city a gdzie spaliście w Singapurze? bo rozumiem, że namio... |
| stefek |
|
• Dziewczyna z parku Hm. Piękna opowieść, która wywołała u mnie chwil... |
| arica |
|
• Rozmowy polsko-chińskie Ten hostel na wyspie Shamian to Guangzhou Youth Hostel,... |
| Andrzej |
|
• Denga w Tajlandii, Malezji, Si... Dzięki Agata za poprawki
Nurtuje mnie jedna kwestia...
|
| Andrzej |
|
• Dziewczyna z parku Od korzeni się nie ucieknie. My ludzie północy, oni ... |
| Zbig |