| Zaskakujące pożegnanie, rozstanie, łzy i wyjazd do Chin |
| Piątek, 05 Luty 2010 09:54 | |
|
Czas płynie szybko, zwłaszcza kiedy jest się w doborowym towarzystwie. Nastąpił moment kiedy trzeba było spakować plecak i powiedzieć „do widzenia” chłopakom z Madiny. Były to bardzo smutne chwile, a w dodatku okazało się, że totalnie przegrałam... Ostatni dzień rozgrywek polo w Gilgit to też nasz ostatni dzień w tym mieście i w guest house „Madina”. Po dość nieciekawym meczu finałowym, wracaliśmy do hostelu, jak zwykle dotrzymując towarzystwa Mr Beg’owi, który opowiadał o tym jak sam grał w polo jako młody żołnierz. W „Madinie” jak zawsze: goście siedzą w restauracji lub w ogrodzie wymieniając swoje doświadczenia z podróży, Irfan siedzi w swojej ”dziupli”, Habib jest wszędzie, kucharz coś tam pichci zapamiętale, a my dołączamy do jednej z grup dyskusyjnych w ogrodzie. Niby wszystko w porządku, ale coś wisi w powietrzu.Nagle przyszedł do nas Irfan, był trochę zakłopotany jak mały chłopiec, który ma powiedzieć rodzicom, że dostał dziś w szkole pałę. Po chwili zakomunikował nam, że jesteśmy zaproszeni na kolację pożegnalną. W tym momencie poczuliśmy się tak samo jak 1 lipca, gdy wyruszaliśmy w nieznane. Różnica polega tylko na tym, że do Polski, do domu wrócimy, a do „Madiny” takiej jaką znamy... nie wiadomo. A kiedy zobaczyłam łzy w oczach Habiba, po prostu nie wytrzymałam i zapytałam, czy mogę go uściskać, Habib pokiwał głową w kierunku góra-dół, a następnie otrzymał porządnego polskiego „miśka” (w Pakistanie osoby płci przeciwnej, które nie są spokrewnione, nie robią raczej takich rzeczy, a już na pewno nie na ulicy). Sama też nie zdołałam powstrzymać łez, ale nie byłam sama... Andrzej i Carlos też mieli mokre oczy. Wszystko poszło zgodnie z planem. Znaleźliśmy nocleg - popularny Traffic Hotel i następnego dnia wcześnie rano wstaliśmy, aby kupić bilet do Kaszgaru. Andrzej z Carlosem wyszli około 7:30 na dworzec, aby się dowiedzieć, że autobus do Kaszgaru już jest pełny. Kanał, ale zaczęli śledztwo na miejscu i okazało się, że kolejny autobus odjeżdża o 10:00. Idealnie! Kupili bilety i zacierali ręce na pierwsze chińskie śniadanko... Już odchodząc Andrzej spostrzegł, że z dworca wyjeżdża jakiś autobus. Patrzy - do Kaszgaru! Jak to możliwe? Patrzy na nasz bilet, gdzie był numer rejestracyjny autobusu i porównuje z tym, co na autobusie! Ze zgrozą stwierdza, że numer jest identyczny! Podbiegają z Carlosem do autobusu i tłumaczą kierowcy, że za 5 minut przyjdą! Pędzą co sił w nogach po mnie, zbieramy graty w dwie minuty i z powrotem na dworzec. Autobus czeka. Wpadamy zdyszani i zaczynamy analizować, co się stało skoro wczoraj sprawdzaliśmy czas, jaki jest w Chinach i ustawiliśmy zegarki? Po chwili przypomniało nam się, ze Ujgurzy w całej swojej prowincji Xinjiang, która była niegdyś niepodległym krajem, na złość Chińczykom, nie używają czasu pekińskiego tylko swój lokalny, który to jest dwie godziny później. My dzień wcześniej o czas pytaliśmy Ujgura, a ten podał nam czas lokalny. Gdybyśmy zapytali Chińczyka Han, ten zapewne podałby nam czas pekiński, który obowiązuje oficjalnie w całych Chinach. Stąd więc rozbieżność dwóch godzin na naszych biletach... i o mały włos, a musielibyśmy zostać w Tashkurgan na jeszcze jedna noc. :/ Po kilku godzinach jazdy autobusem, dotarliśmy do Kaszgaru, ale tu zaczyna się zupełnie inna bajka.
|
|
| Zmieniony ( Piątek, 05 Luty 2010 10:39 ) |

|
tanie bilety lotnicze Sprawdź najnowsze promocje. Bilety lotnicze do Paryża. zarezerwuj.pl |