|
Przez prawie 3 lata, 7 dni w tygodniu, 24h na dobę... ciągle razem. Każdy dzień to nowe wyzwanie i pytanie jak przeżyć, żeby się nawzajem nie pozabijać? Jak nam się udało przetrwać razem ponad 1000 dni w podróży i nie znudzić się sobą? Jesteście ciekawi? Mamy kilka sekretów, które dziś Wam chcemy zdradzić. Zwierzenia, plotki i dobre rady – tekst rodem z kobiecego czasopisma!
To prawda, że łatwo nie jest. To prawda, że zdarzają się spektakularne kłótnie. To prawda, że czasem nie możemy już dłużej na siebie patrzeć. Paradoksalnie jednak coraz bardziej zbliżamy się do siebie. Potrafimy jeszcze zaskakiwać się wzajemnie i czerpać inspirację do dalszej podróży. Jesteśmy razem i chcemy podróżować razem. Tu powinien nastąpić jakiś frazes typu: trzeba się słuchać, mieć głowę otwartą, być tolerancyjnym bla bla bla. Tymczasem sztuka przetrwania i przeżycia wspólnej, tak długiej, podróży to proces złożony i często bolesny. Mimo, że oboje delikatnie mówiąc, nie lubimy być wciskani w ramy zachowań i podporządkowywać się zasadom, to w tym przypadku wierność pewnym regułom jest konieczna.
Oczywiście kompromis na pierwszym miejscu. Ktoś powie, że to stereotyp, klisza oraz banał i ma rację, ale to również stara, dobra prawda. Nie wyobrażam sobie podróży, ba życia, pod czyjeś dyktando, ani też nie sprawiałoby mi przyjemności kierowanie czyimiś losami. Kompromis jest złotym środkiem na konflikt interesów, balsamem na urażoną ambicję. Przykład nr 1. Nigdy nie byłam fanem motocykli. Nawet przyznam, że trochę bałam się jazdy motorem jako pasażer, nie mówiąc już o prowadzeniu. Andrzej natomiast jest ich miłośnikiem i uwielbia motorowe wycieczki, a im bardziej droga stroma, kręta lub/i wyboista tym oczywiście lepiej - dla niego lepiej. Na pierwszą taką wycieczkę (w Pakistanie) dałam się przekonać po długich negocjacjach i tylko pod warunkiem, że nie będzie szaleństw. Początki nie były przyjemne, tym bardziej, że Karakorum Highway nie należy do najłatwiejszych tras i w dodatku w dużej części była rozkopana. Ja denerwowałam się, że niewygodnie, że za szybko jedziemy, a Andrzej krzyczał, że za kurczowo się go trzymam, że ciągle się wiercę i przez to nie może utrzymać równowagi. Denerwował się też, że nie pochylam się razem z nim na zakrętach, tylko staram się trzymać pion. Kilka pierwszych przejażdżek to nerwy, pretensje i fochy, nie mieliśmy z tego żadnej frajdy. Oboje potrzebowaliśmy czasu, aby przywyknąć do nowej sytuacji - ja do motoru, a Andrzej do pasażera. Po jakimś czasie nawet polubiłam nasze motorowe wypady, a 14-dniowy off-road po bezdrożach Timoru Wschodniego, to jedna z najciekawszych przygód w Azji. Zdecydowanie udoskonaliłam swoje umiejętności i jestem teraz motorowym pasażerem, idealnym :)
Przykład nr 2. Kocham wodę i wszystko, co z nią związane. Uwielbiam pływać, uwielbiam morskie fale, fascynuje mnie świat podwodny. Andrzej owszem, lubi trochę się popluskać, schłodzić, ale to tyle w tym temacie. Woda nie sprawia mu frajdy. Przekonanie go do kursu nurkowania wydawało się niemożliwe. Skoro jednak ja pokonałam swój strach i wsiadłam na motor, to on postanowił przełamać się do oddychania pod wodą na 30 metrach głębokości. Nie obyło się oczywiście bez marudzenia, zwłaszcza, że trzeba było wcześnie wstawać na zajęcia. Kiedy jednak opanowaliśmy podstawy, nurkowanie okazało się ciekawym, bardzo relaksującym sportem. Świat pod wodą jest niesamowicie wciągający, magiczny i po pierwszym nurkowaniu chce się tam wracać. Jeszcze raz i jeszcze raz... Szkoda tylko, że to taki drogi sport.
W jednym i w drugim przypadku musiał nastąpić kompromis: ja wsiadłam na motor, bo Andrzej zgodził się na przyszły kurs nurkowania. W efekcie końcowym i jedno i drugie sprawia nam wiele radości. Poza tym wspólne podziwianie podwodnego świata, zarówno jak wspólna podróż motorem, kiedy jest się przytulonym do ukochanej osoby, dostarcza dwa razy więcej wrażeń, emocji i frajdy. Kompromis – tak, ale trzeba umieć walczyć o swoje. Kłótnie? Mamy ich kilka za sobą. Niektóre nawet bardzo zażarte i dramatyczne, zakończone łzami. Mimo, że tyle w nich złej energii, często działają oczyszczająco. Trzeba walczyć o swoje racje, ale trzeba umieć z takich konfliktów się wydostać. Ta podróż trwa już długo i nie zawsze jest czystą przyjemnością. Przychodzą chwile kiedy jesteśmy zmęczeni, znudzeni, albo chorzy i mamy wszystkiego dość. Wtedy właśnie najłatwiej o kłótnię. W takim momencie sfrustrowany człowiek wylewa swój żal na najbliższą osobę. Do szału doprowadza mnie kiedy Andrzej zaczyna „czepiać się” mnie o jakieś głupoty, nieważne szczegóły, tylko dlatego, że ma zły humor. I vice versa. Małe problemy potrafią wtedy urosnąć do ogromnych rozmiarów i bomba wybucha. Trzeba tego w jakiś sposób się pozbyć, bo nieszczęście jest tuż za rogiem i uważnie nam się przygląda. Jakże blisko było nieszczęście w trakcie tego trekkingu w Pakistanie, gdy rozstaliśmy się przy lodowcu? Takich sytuacji staramy się unikać jak ognia! Przecież wystarczy chwilę ochłonąć, zastanowić się i przede wszystkim szczerze porozmawiać.
Jeszcze na początku naszej podróży, kiedy byliśmy w Yazd, w południowej części Iranu, przytrafiła nam się sprzeczka. Andrzej zmęczony upałem i całodniowym zwiedzaniem, nie miał już siły jechać kilka kilometrów za miasto, aby zobaczyć wieże milczenia. Dla mnie było to akurat jedno z najbardziej interesujących miejsc i bardzo mi na nim zależało. Doszło do sprzeczki i oczywiście postanowiłam, tam pojechać sama. Jednak mój pomysł samotnego zwiedzania nie spodobał się Andrzejowi i pojechaliśmy tam razem, co jeszcze bardziej mnie zdenerwowało.
Położone na wzgórzach wieże milczenia okazały się malowniczym, magicznym miejscem, zwłaszcza, że zbliżał się już zachód słońca. Było tam naprawdę pięknie, ale nie do końca, bo zwiedzaliśmy je osobno... byliśmy na siebie obrażeni i z tym ciężkim „bagażem” nie mogliśmy w pełni cieszyć się chwilą. Złość minęła dopiero następnego dnia, przy wspólnym śniadaniu, w postaci irańskiego chlebka, prosto z pieca :) Tak, po prostu. Walczyć, ale znać swoje granice. Mamy wiele wspólnych zainteresowań, oboje kochamy wędrówki górskie, uwielbiamy szwendać się po lokalnych targach, lubimy odkrywać nowe smaki. Każde z nas ma jednak swoje marzenia, a ich realizacja nie zawsze wydaje się możliwa dla tej drugiej strony. W niektórych tematach można osiągnąć kompromis, ale trzeba wiedzieć gdzie są granice. Marzeniem Andrzeja, przed wyruszeniem w tę podróż, był trekking do bazy pod K2. Była ku temu okazja, kiedy byliśmy w Pakistanie. Jednak sposób w jaki chciał to zrobić, moja słaba kondycja i niechęć do noszenia plecaka o wadze 25 kg sprawiły, że nie zdecydowałam się z nim pójść. To jest moja granica. Andrzej to zrozumiał i nie namawiał mnie, abym poszła z nim pod K2, tylko dlatego, że akurat nie było nikogo innego chętnego. Wiem, że pewnego dnia Andrzej tam wróci, z odpowiednim sprzętem i w odpowiednim towarzystwie. Zrealizuje swoje marzenie. Teatr lalek to moja pasja. Długo i z uporem szukałam prawdziwych wayang goleg na Jawie. Wreszcie mi się udało znaleźć grupę prawdziwych artystów. Wszyscy mieszkali w jednej wiosce, gdzie twórczo pracowali. Miałam wtedy możliwość pojechać do tej wsi, aby przyglądnąć się wszystkiemu co się tam dzieje. Wiem jednak, że dla Andrzeja byłoby to już za wiele. Owszem, z wielką radością oglądał spektakl wayang goleg, ale spędzić miesiąc wśród ludzi, których pasji się nie rozumie może stać się męczarnią. Wiem o tym, dlatego nie prosiłam go o to. Na Jawę jeszcze wrócę na pewno. Lepiej przygotuję się do tego i spędzę trochę czasu w gronie prawdziwych mistrzów wayang goleg. Zrealizuję swoje marzenie. Być razem, działać razem.
Nie ma nic przyjemniejszego jak dzielenie pasji z ukochaną osobą. Nasza podróż to nasza pasja. Zaczęła się dzięki temu, że się spotkaliśmy w odpowiednim momencie naszego życia. Każde z nas osobno od dawna o takiej podróży marzyło po cichu, ale dopiero razem znaleźliśmy odwagę, aby o niej powiedzieć głośno. Cały czas inspirujemy się wzajemnie. Nie chcemy tego zmarnować. Czy znamy się jak łyse konie? Mam nadzieję, że jeszcze nie.
Może i Wy macie jakieś swoje sposoby na wspólne dogadywanie się w podróży?
|