|
Ile razy miałem już taką lub podobną sytuację? Ile razy krew zagotowała mi się w żyłach, gdy ktoś zaczynał robić ze mnie idiotę? Myślałem sobie – muszę pobyć dłużej w Azji, to się nauczę i wyzbędę zachodniego myślenia. Będę bardziej wyrozumiały, zrozumiem ich lepiej, bo przecież pojęcia nie mam o różnicy (przepaści) kulturowej. Dziś myślę sobie: "Cholera, to nie jest takie proste!" 1 baht, to w przeliczeniu na polskie 10 groszy. Wartości materialnej dla Ciebie jak i dla mnie nie ma wielkiej. Co dopiero dla Amerykanina lub Australijczyka? Pestki!
Ten 1 baht jednak ma tu wartość symboliczną. Ktoś powie: „nawet bym sobie głowy nie zawracał/a na Twoim miejscu”. Zapłaciłbym, ile chce – więcej, nawet zaokrągliłbym do góry, żeby nie musiał mi sprzedawca wydawać reszty. Spoko, można i tak. Wszystko jest subiektywne.  Na szczęście wszyscy się różnimy od siebie i zachowujemy się po swojemu. Ja, gdy podchodziłem do półki z kawą myślałem, że się pomyliłem sprawdzając wcześniej cenę. Nie miałem zamiaru wytykać Tajowi jego błędu, ale tak wyszło. W tym momencie on (sprzedawca) stracił (po azjatycku) twarz i jakiekolwiek kompromisowe wyjście z tej sytuacji nie mogło się zdarzyć. Musiało zawrzeć, albo we mnie albo w nim. Albo w nas obu!
Zaraz po tej akcji czułem się źle, bo zachowałem się w stosunku do kogoś tak, jakbym nie chciał, aby ktoś inny zachował się w stosunku do mnie. Wracałem motorem do domu z rozbitymi myślami, analizując całe zdarzenie.
Przyjechałem do Azji, aby ją zrozumieć i co zrobiłem? Czy Azję tak naprawdę da się w 100% zrozumieć? Można poznać zwyczaje w niej panujące, można spodziewać się pewnych reakcji i zachowań autochtonów. Zapytam Was jednak, ile razy złapaliście się na takim myśleniu: „Cholera jasna, jak nielogicznie się oni zachowują. Jak głupie jest to i tamto co robią?” Szczerze, no ile? Bo ja setki! I mimo, iż czasem wiem, dlaczego postępują tak a nie inaczej, dalej wydaje mi się to nielogiczne.
Zrozumieć, poznać zwyczaje w Azji panujące to jedno, ale urodzić się tutaj, wychować i funkcjonować – nie mieć punktu odniesienia do innej (w moim wypadku zachodniej) kultury to drugie. Ja mam swój punkt odniesienia, ale Anglik czy Francuz mimo, iż z tej samej zachodniej kultury pochodzi, już patrzy na te same sprawy inaczej. Nie lepiej, nie gorzej - inaczej. Nawet jeśli bardzo będziemy się silić, aby coś zrozumieć i ZAAKCEPTOWAĆ, to i tak, często zupełnie podświadomie, będziemy porównywali to co w Azji z tym, co w naszym kraju.
Jeden baht stał się nagle pretekstem do tego, aby sprowokować zderzenie kulturowe. Gdybym bez mrugnięcia okiem zapłacił więcej byłbym uboższy o kilkadziesiąt kilogramów przemyśleń na temat azjatyckiej utraty twarzy. Byłbym też uboższy o prawie 200 Waszych opinii z ankiety, które chcieliście mi przekazać. I mimo, iż o utracie twarzy wiem od dawna, to analizując tę sytuację, mam wrażenie, że o niej nigdy nie słyszałem.
Ponad 40% z Was odpowiedziało, że właściwym zachowaniem byłoby „odrzucenie kostek lodu w sprzedawcę” . Przyznajmy szczerze - mocne zachowanie. Tylko 3,5% z was powiedziało, że powinienem wrócić do sklepu i zapłacić tyle, ile na początku ode mnie sklepikarz zażądał. Ta druga opcja dałaby mi podwójne zwycięstwo: sprowokowanie zderzenia kulturowego i wybrnięcie z niego bez urazy dla Taja. Płacąc mu 13 bahtów, przyznałbym mimowolnie – tak, miałeś rację i nie byłoby mowy o utracie jego twarzy. Tak powinienem zachować się jako dojrzały i odpowiedzialny podróżnik, ale w środku mnie zagrały inne nuty, buntownika i może chama. Piasek dostał się między tryby i zachrzęściło. Pokazanie mu FUCK YOU sprawiło, że uszły ze mnie emocje i mi trochę ulżyło, ale tak naprawdę to nie wiem, czy Taj mnie nawet zrozumiał?  (pozostałe wyniki) Przepaść między Azjatą (w tym przypadku Tajem) a Polakiem jest ogromna, a im dłużej podróżuję tym większa ona mi się wydaje. Tak, większa – nie mniejsza. Zauważam jak na wielu płaszczyznach się różnimy. Różnimy się środowiskowo, kulturowo, religijnie, historycznie czy też kulinarnie. Podróżując po Azji silimy się i przesuwamy swoją barierę otwartości na inną kulturę, ale ile razy zdarzyło wam się, że szlak was trafiał, gdy o 5 rano w jakimś dużym mieście zaczynają nawoływać do modłów muezini? Żeby jeszcze wszyscy śpiewali, a to nie raz jest pomieszanie trzasku startej taśmy magnetofonowej z zakurzonymi głośnikami na minarecie... ani to piękne, ani romantyczne. Po prostu wkurzające...
Kiedyś w Malezji graliśmy w siatkówkę plażową ze studentami z uniwersytetu. Była końcówka ostatniego seta – piątego, decydującego. Emocje sięgały zenitu, a tu nagle nasi znajomi kończą grę i zwijają siatkę? WTF? Popatrzyli na nas jak na nielogicznie myślących – no przecież tam gdzieś daleko zaczął śpiewać muezin. No tak, wszystko jasne, ale i tak miałem niedosyt z niedokończonego meczu. Jak to nie skończyć takiego seta? Przerwać już tak pod sam koniec?. Takich przypadków są dziesiątki, jeśli nie setki. Rozumiem to, ale... Ile czasu musi minąć, żeby się w 100% przestawić? Czy w ogóle jest to możliwe? A jak już się przestawię na tutejsze (azjatyckie) myślenie, to czy ja was zrozumiem? Może gdy wrócę z Azji nie będę wiedział o co chodzi Polakom w moim własnym kraju? Ciekawe jak to będzie... co sądzicie? PS: Jeśli nie masz pojęcia, do czego nawiązuję w tym tekście, przeczytaj to.
|