mapa europy
Polacz z Facebook
Strona Główna Tajlandia Czy nam do końca odbiło?
Czy nam do końca odbiło?
Autor Andrzej Budnik   
Piątek, 24 Luty 2012 00:22

Afryka... Marzy nam się Czarny Ląd już od jakiegoś czasu, ale jachtu nie było. Mieliśmy już bilety lotnicze do Birmy, więc mogliśmy też kupić potem do Afryki, bo już ideologia lądowej podróży się skończyła. Tylko... za dwa bilety do Afryki z Bangkoku jesteśmy w stanie podróżować kilka miesięcy, więc to bez sensu. Urodził się więc pomysł inny. Nazywa się on - rowery.

LosWiaheros na rowerach

Gdy czytacie ten tekst, my już pedałujemy i zapewne ledwo zipiemy pod jakimś tajskim pagórkiem, a przecież do Europy na tych rowerach dojechać chcemy. Lamenty zostawmy jednak na koniec...  skupmy się na faktach.

O rowerach myśleliśmy już kiedyś, ale z nas żadni wyczynowcy i zdecydowanie lepiej (Alicja tego nie popiera, ale mi tu nie cenzuruje dzisiaj) czujemy się na motorze. Motorem jednak do Chin tak średnio, bo strasznie nie lubimy papierologii w wydaniu azjatyckim - pozwoleń, przewodników rządowych i wszelkich pieniędzo-zjadaczy biurokratycznych. Wolimy je zainwestować lub wydać na życie w podróży. Padło więc na rowery Tuż przed wylotem do Birmy kupiliśmy dwa białe rumaki i wsiedliśmy w samolot do Birmy.

Gdy wróciliśmy z „eksplorowania” grot koło Mandalay, odebrałem maila od kapitana zakotwiczonego na Phuket. Napisał, że płynie do Afryki i że nie może się do nas dodzwonić! „No rzesz k... mać!” -  wykrzyknęła moja dusza, lewe płuco i narząd mowy”. Odpisałem: „Spoko, to my zaraz bilet kupujemy powrotny, ale jest problem. Mamy dwa rowery, które trzeba do masztu przytroczyć” Noo... teraz tak myślę, że może lepiej było go przed faktem dokonanym postawić, ale jakby się nie zgodził to co? Pół Birmy by nam przepadło i Afryka i ech... ani gołębia, ani wróbla by nie było.

Afryka musi poczekać. Mam tylko nadzieję, że przez najbliższy rok Chińczycy jej za bardzo nie zmienią. My kierujemy się co prawda w stronę Afryki, ale drogą bardzo okrężna, bo przez Tajlandię północną, Laos północny oraz prowincje Yunan, Syczuan i Xinjiang, na których w Chinach skupić się chcemy najbardziej. Dalej Azja Centralna, czyli kraje, dla których zdecydowaliśmy się właśnie na taki a nie inny scenariusz podróży. Tyle wiemy raczej na pewno, choć dziwnie to brzmi. Dalej mogę sobie gdybać. Gdyby ktoś spytał mnie rok temu, gdzie się nas można spodziewać, to odrzekłbym – wyspy Pacyfiku, Ameryka Łacińska? No jakoś tak... ale za skarby wszystkich piramid egipskich - nie w Azji! A tu proszę, nie dość, że Azja to jeszcze na rowerze.

Zapytacie, czy wracamy do Polski? Odpowiemy: I tak i nie. Czujemy, że stęskniliśmy się za najbliższymi i przyjaciółmi. Trochę ludzkich uczuć w końcu z nas zaczyna się wydobywać. Poza tym, no nie wiem, jak to napisać, ale taka jest prawda. Rok za rokiem w intensywnej podróży może zmęczyć. Powtórzę jeszcze raz -  podróże czasem męczą. O ironio, jak przeczytam te słowa dwa tygodnie po powrocie do Polski, to pewnie monitor pokiereszuję, ale tak to dziś wygląda. Jesteśmy przede wszystkim zmęczeni wszelkiego rodzaju transportem publicznym i tu kolejny plus dla rowerów i niezależności, jaką mam nadzieję nam dadzą.

Jest jednak ciągle ta Afryka, która śni nam się od dawna. Śnią mi się burze piaskowe i zwierzęta na sawannie i ciągnie tam strasznie. No i rowery to by tam pewnie dały radę. Mamy więc, z grubsza licząc, jakieś 15 tys. km po Azji, aby sprawdzić, czy nam się pedały plus dwa kółka podobają czy nie. Jak nie, to na ciężarówkę i podwieziemy się pod górkę przez Pamir, a potem z górki już będzie. Jak się spodoba, to strasznie ciekawi jesteśmy jeszcze czegoś innego.

Po części trasa rowerowa pokrywać się będzie z regionami, które już znamy, ale przemierzaliśmy je  autostopem, autobusem lub pociągiem. Doświadczenia z Indonezji widzianej od strony lądu, jak i potem z perspektywy jachtu, każą nam sądzić, że rowery będą zupełnie nowym doświadczeniem. Coś nam cicho podpowiada, że odkryjemy te kraje na nowo i doczekać się już nie możemy.

Problem poważny jest jeden - czy damy radę kondycyjnie? Z Tajlandii do Polski z deka dalej niż ze Stryszawy do Suchej Beskidzkiej, co było szczytem moich możliwości do tej pory. Pojęcia też nie mamy z czym się te rowery dziś je: jakieś hamulce tarczowe, resory, dziwne opony bezdrutowe, sakwy i ich mocowanie. Kiedyś to było prostsze - składak i już. Teraz wyznaj się w tych nazwach, bagażnikach, linkach dziwnych.

Do tego dochodzi jeszcze trochę zobowiązań w podróży i to jest dla nas zupełna nowość. Zaufały nam dwie firmy: MK Tramping oraz Crosso, które nas odciążyły finansowo i zdecydowanie łatwiej będzie nam dzięki nim zrealizować pomysł rowerowy. Na stronie więc zrobiło się trochę bardziej kolorowo, a Wy mam nadzieję do tych reklam szybko się przyzwyczaicie. Sponsorzy nie wymagali od nas, abyśmy tę część wyprawy nazywali jakąś ekspedyszyn - za co im wielkie dzięki! :)

Tutaj właśnie podziękowania należą się też Wam – osobom, które nas czytają, śledzą nasze przygody i lubią nas w taki czy inny sposób. Gdyby Was nie było, sponsorzy i reklamy by się nie pojawili – takie prawa rynku i choćbyśmy Afrykę ciągnikiem na wstecznym przemierzyli, czy Pustynię Gibsona na czworaka przeszli, to bez Was byłoby trudniej. Dziękujemy Wam więc bardzo, że jesteście z nami coraz częściej i w coraz większych ilościach! Zdecydowanie dzięki Wam możemy więcej!

Podziękować też chcemy osobiście trójce osób, bez których „projekt rowery” logistycznie do zrealizowania byłby dużo bardziej trudny, kosztowny i męczący.

Darek Dąbrowski na swoich barkach przywlókł nam z Polski prawie 20-kilową paczkę sprzętu i polskiego jedzenia, co byśmy podładowali trochę akumulatory przed startem. Nie zważał przy tym na fakt, że miał też grupę turystów na karku ;) W drodze powrotnej zabrał nasze plecaki... łezka nam się zakręciła.

Maciek Klimowicz - tak, ten co w bok skacze. Za pomoc w Bangkoku i przechowanie kabanosów (w swojej lodówce) i nie tylko ;)

Bartek Piziak – za kawał dobrej roboty w Polsce i pomoc w logistyce.

Dzięki Panowie!

Podziękowania należą się także rodzicom, którzy całą paczkę przygotowali (ach te makowce, kabanosy, sernik i żurek!!!) i przekazali w ręce Darka. Nie do opisania była radość z pierwszego od prwie trzech lat sernika, który przełykaliśmy... Ochh!

Noo, to tyle wyznań, zeznań i podziękowań. Jedziemy! Pedałujemy, znaczy się! Kciuki trzymajcie! My zaś przemyśliwujemy nad zmianą formy naszych tekstów na blogu, więc z góry ostrzegamy, że może się tutaj trochę pozmieniać.





 


Reklama

Profesjonalne tłumaczenia użytkowe.
Bilety Lotnicze

Powiadamiacz

Nie piszemy na blogu regularnie i szanujemy Twój czas. Zamiast sprawdzać, czy pojawiło się tutaj coś nowego wpisz poniżej swój e-mail i dodaj do powiadamiacza. Od tej pory, gdy tylko coś napiszemy, będziesz o tym wiedzieć.

Możesz też śledzić bloga poprzez:
Kanał RSS   iGoogle

Ostatnio komentowane

Wyszukiwarka

Nasze wspomnienia z 2011

W drodze od: