| Autostopem do Iraku |
| Poniedziałek, 27 Lipiec 2009 04:11 | |||||||||||||||||||
|
Już tajemnicą nie jest, że podczas naszej podróży wpadliśmy z krótką wizytą do Iraku, a dokładniej do irackiego Kurdystanu, który jest autonomicznym regionem. Ta część naszej podróży była w dużej mierze zaplanowana przez Bartka Piziaka, który doleciał do Turcji samolotem. Spotkaliśmy się w Kapadocji, skąd podzieleni na dwa zespoły (Bartek z Martą i w drugim my) ruszyliśmy w stronę irackiej granicy... oczywiście autostopem :) Bartek z Martą wybrali drogę południową przez Nigde i Adanę, a potem wzdłuż syryjskiej granicy. My zaś wybraliśmy trasę przez Kayseri, Malatyę, Elazig i Diyarbakir. Wszyscy mieliśmy się spotkać w Mardin, ale się nie spotkaliśmy, a dlaczego to za chwil kilka.Nasza podróż autostopem zaczęła się tym razem od dostawcy pomidorów, który o 6 rano zaspany bardziej niż my wiózł świeże warzywa do Avanos. My jechaliśmy z kierowcą w kabinie, a nasze plecaki na pace wśród czerwoniutkich pomidorów, które rozsiewały przyjemny aromat... aż ślinka ciekła. Przy wyciąganiu plecaków ręka zadrżała, żeby choć jednego lub dwa pomidorki schować ukradkiem do kieszeni, ale jakoś się powstrzymaliśmy. Ziewający kierowca wysadził nas na skrzyżowaniu w stronę Kayseri. Mamy nadzieję, że nie zasnął gdzieś na trasie... Nie minęły 2 minuty i dość nagle zatrzymał się samochód, a w nim dwóch chłopaków – Adem i Mesut. Jak się później okazało jeden z nich był Turkiem, a drugi Kurdem. W tym oto momencie przyszło nam poczuć po raz pierwszy, co znaczy kurdyjska gościnność i pomoc. Ledwo wsiedliśmy do samochodu, a Mesut dał nam całą paczkę paluszków. Poczęstowaliśmy się kilkoma i chcieliśmy oddać, a ten na to: „Ale to całe dla Was. Jedzcie!”. Chwilę z chłopakami pogadaliśmy na migi, bo nie znali żadnego języka obcego, a potem zapadliśmy w sen. Obudziliśmy się po półtorej godziny, kiedy samochód zatrzymywał się na parkingu. Idziemy do kibelka i chcemy za niego zapłacić: „A skąd! Jesteście naszymi gośćmi! Ja płacę” – odpowiada Mesut. Głupio nam się trochę zrobiło, ale ok. Suma nie była duża. Jednak chwilę później lądujemy na śniadanku w postaci herbaty i ciastka, na które też jesteśmy zaproszeni przez chłopaków. Stanowczo się upierają, że chcą za nas zapłacić. Podczas śniadania zaczęły się dyskusje, których potem nie było końca. Co prawda nikt z nas nie mówił w języku, który rozumiałyby obie strony, ale wszystko intuicyjnie rozumieliśmy. Zarówno my jak i oni – przynajmniej tak nam się wydaje. Jak nie na migi, to obrazkowo lub poprzez dźwięki. Super zabawa, ale czas jechać dalej! A na drogę jeszcze dostajemy od Mesuta smakołyk turecki o wdzięcznej nazwie „pismaniye”. To coś w rodzaju waty cukrowej, ale: kłębuszki są mniejsze, mniej słodkie, gęstsze, mają smak wanilii i czekolady. Po drodze mijamy miasto Malatya, które jest stolicą regionu słynącego z najlepszy moreli. Jedziemy, a z samochodowych głośników sączy się jakaś tradycyjna muzyka: słychać pobrzękiwanie jakiegoś strunowego instrumentu i melancholijne zawodzenie śpiewaka. Muzyka ta bardzo nam się spodobała, więc zaczęliśmy dopytywać, jak się nazywa wykonawca, a że jakoś nie mogliśmy się porozumieć pokazaliśmy palcem na kasetę i wyraziliśmy swój entuzjazm. Mesut stwierdził, że nam da tę kasetę, ale tym razem stanowczo zaprotestowaliśmy. Skończyło się na tym, że napisali nam w notesie nazwiska kilku najlepszych wykonawców tradycyjnej muzyki tureckiej i kurdyjskiej. Śmialiśmy się potem, że jak powiemy im, że mają fajny samochód, to nam go dadzą, więc tego nie zrobiliśmy, ale jeszcze raz było nam dane przekonać się o ich gościnności. Gdy nadeszła pora obiadowa Adem zatrzymał samochód przy restauracji nad wielkim jeziorem w miejscowości Köprü. I tym razem próbujemy porozmawiać na różne tematy, w miarę możliwości oczywiście. Rozmowa schodzi na temat narodu Kurdów w Turcji. Prosimy Mesuta o to, żeby na naszej mapie Turcji narysował gdzie mieszkają Kurdowie. Mesut szybkim ruchem ręki zakreśla spory kawałek Turcji, to wstyd, ale prawie nic nie wiemy na temat Kurdów, trzeba będzie to zmienić. W restauracji było sporo ludzi i większość przyglądała się nam z nieukrywanym zaciekawieniem - nie codziennie można spotkać tu turystów. Zwłaszcza dzieci są bardzo ciekawe i próbują nawiązać z nami kontakt: pytają po angielsku o nasze imiona, wiek i o to skąd jesteśmy. Pokazujemy im na mapie Europy naszą Polskę, a dzieciaki łapią się za głowę, że przybywamy z tak daleka. Cała konwersacja kończy się wspólną fotką z dzieciakami i w drogę, bo goni nas czas – dziś trzeba dojechać do Mardin, gdzie jesteśmy umówieni z Martą i Bartim. Dojeżdżamy do miejscowości Elazig i tu nasze drogi z Ademem i Mesutem się rozchodzą. Chłopaki jadą do miejscowości Mus, a my w kierunku Mardin. Dziwna sprawa, ale przez te kilka godzin w pewien sposób zżyliśmy się nimi i wcale nie chce się nam wysiadać z ich samochodu. Pożegnanie trwa dłuższą chwilę, Adem zaprasza nas do swojego miasta Konya, a Mesut sprawdza czy wszystkie prezenty od nich, zabraliśmy z samochodu. Ludzie właściwie nam obcy, prawie nic o sobie nie wiemy, a jednak żal się rozstawać... w spojrzeniu Mesuta widać prawdziwy smutek i jakby zatroskanie, wygląda jak mały chłopiec, któremu odebrano coś cennego. Ciarki przechodzą nam po plecach, trzeba wziąć się w garść i ruszyć dalej. Nie wspomnieliśmy, ale z chłopakami zrobiliśmy połowę trasy, którą mieliśmy pokonać do granicy irackiej. Nie dość, że świetnie trafiliśmy z transportem, to jeszcze w tak świetnym towarzystwie. Za to kochamy autostop! Z Elazig szybko przedostaliśmy się kolejnym samochodem do miejscowości Diyarbakir. Kierowca tego wozu zatrzymał się dzięki interwencji siedzącego obok kolegi z pracy: Hasana. Jest mniej więcej w naszym wieku, widać, że bardzo chciał sobie z nami pogadać, ale słabo znał angielski. Mimo wszystko zapraszał nas do siebie do domu proponując nam nocleg. Tym razem jest nam to nie po drodze i dziękujemy za propozycję, ale oczywiście wymieniamy się kontaktami, na pewno się przyda! Z Diyarbakir już blisko do Mardin, ale nikt nie jedzie w tę stronę, wszyscy zmierzają do miasta o nazwie Batman. Tu trzeba jeszcze nadmienić, że pada pierwsza propozycja pracy. Emre poza tym, iż zajmuje produkcją i instalacją satelit, założył też szkołę informatyczną dzięki pomocy Microsoft. Problem jeszcze w tym, że brakuje mu kadry do nauki programowania czy budowania stron internetowych. Bardzo więc sie zainteresował faktem, iż w Polsce miałem firmę z branży IT i może dałbym się zatrudnić jako wykładowca. Cóż, jeszcze za wcześnie. Uprzejmie odmawiam tłumacząc sie faktem, iż Irak czeka ;) Koniec off-topic'a. Pstrąg był dziś na obiad, to pstrąg będzie też na kolację, na którą znów jesteśmy zaproszeni do restauracji przyjaciela naszego kierowcy w Hasankejf. Restauracja jest otoczona wielkim sadem, w którym przeważają drzewka figowe. Po kolacji żegnamy się z naszym kierowcą, który przyznaje, że goszcząc nas wyrównuje sobie rachunek u Allaha. W międzyczasie kontaktujemy się z Bartim i Martą. Niestety im droga idzie wolniej i jadą głównie TIRami, więc mają spore zaległości. Decydujemy więc, że spotkamy się już na samej granicy z Irakiem.
![]()
Komentarze (17)
![]()
Dominika
said:
|
|
... No super sie czyta taka relacje! Prosze o wiecej! Tak to jest jak podrozuje sie stopem w miejscach gdzie ludzie nie spodziewaja sie autostopowiczow. W Kraju Baskow, w wioskach/miasteczka u podnoza Pirenejow ludzie byli tak zaskoczeni ze ktos (zwlaszcza dwie dziewczyny) stoja na ulicy i lapia stopa (ponoc wogole nielegalne to jest), ze raczej z ciekawosci sie zatrzymywali. Najdluzej czekalysmy 5 min ;) Zatem powodzenia i piszcie czesciej! PS Jak Wam tak wszyscy beda placic za jedzenie to wy jeszcze wrocicie z nadmiarem gotowki ;) |
|
|
... Kiedyś miałem przyjemność pracować z Kurdem o imieniu Memed i wspominam ten okres bardzo sympatycznie. Jak przeczytałem waszą relację to tym bardziej oczyma wyobraźni zobaczyłem ten Kurdystam o którym mi Memed opowiadał i o ludziach tam żyjących. Teraz to lepiej zrozumiałem. Relacja wspaniała, piszcie i piszcie bo chce się czytać. |
|
|
... Te Wasze relacje tak mnie wciągnęły, że codziennie sprawdzam (w pracy) czy jest coś nowego, i czytam pijąc kawę lub jedząc śniadanie:) Gorąco pozdrawiam i czekam na następne.Powodzenia. Z Wami po prostu zwiedzam to czego na razie nie mogę zobaczyć, ale myślę że jak dzieci podrosną to się gdzieś wybiorę. Jeszcze raz powodzenia. |
|
|
... witajcie!!! na bierząco czytamy Wasze relacje :) świetnie Wam idzie!! trzymamy kciuki! ps. Alicja, prosiłaś, żeby Ci dać znać co z naszą (mini w porównaniu z Waszą;)), podróżą .. a zatem.. Patryk porobił przy naszej 30-letniej Niwce, tyle ile był w stanie. Wymieniliśmy parę części, zainstalowaliśmy gaz i wielki na niego zbiornik. Mamy zamiar ruszyć dziś w nocy. Trasa: Ukraina, Rumunia, Bułgaria, Turcja, Gruzja, może Armenia.. :) Mamy na to tylko 3 tygodnie. Ale i tak się cieszymy, ze wkońcu realizujemy to co zaplanowaliśmy :) Jak tylko wrócimy - odezwę się :) Pozdrawiamy serdecznie!!!!! :) |
|
| < Poprzednia | Następna > |
|---|
|
• Singapore is a FINE city mam pytanie, czy jest możliwość zamówienia w intern... |
| ablka |
|
• Dziewczyna z parku świetny artykuł, byłam w Singapurze w zeszłym roku.... |
| oliffi |
|
• Dziewczyna z parku Polecam wam ten wykład Zimbardo: http://www.youtube.co... |
| Maciek |
|
• Singapore is a FINE city a gdzie spaliście w Singapurze? bo rozumiem, że namio... |
| stefek |
|
• Dziewczyna z parku Hm. Piękna opowieść, która wywołała u mnie chwil... |
| arica |
|
• Rozmowy polsko-chińskie Ten hostel na wyspie Shamian to Guangzhou Youth Hostel,... |
| Andrzej |
|
• Denga w Tajlandii, Malezji, Si... Dzięki Agata za poprawki
Nurtuje mnie jedna kwestia...
|
| Andrzej |
|
• Dziewczyna z parku Od korzeni się nie ucieknie. My ludzie północy, oni ... |
| Zbig |