| Diyarbakir, czyli jak Kurdowie walczą o swoją niepodległość oraz męskie łzy w oczach |
| Sobota, 22 Sierpień 2009 08:36 | |||
|
Kiedy docieramy do domu Mehmeta okazuje się, że jest tam spora grupka dzieci Trochę też na migi i przez „słowa-klucze” dogadujemy się z siostrami Mehmeta. Oczywiście od razu zostaliśmy ugoszczeni pyszną i obfitą kolacją, nasi gospodarze to Kurdowie, więc inaczej być nie może. Mehmet opowiedział nam ciekawą i trochę dramatyczną historię jego rodziny, ale z szacunku do tego człowieka, który się przed nami otworzył, nie będziemy jej tu opowiadać. Rodzina jest liczna, bo Mehmet ma dziewięcioro rodzeństwa, przy czym trójka z nich, jest z pierwszego małżeństwa ojca. Mama Mehmeta urodziła więc siódemkę dzieci, ale wcale tego po niej nie widać. Wygląda młodo jak na swój wiek, jest szczupła i bardzo sprawna a do tego próbuje porozumieć się z nami, ale mówi tylko w j. kurdyjskim, którego my nie znamy, poza podstawowymi wyrażeniami. Cały czas przyglądała nam się z ciekawością, tak samo jak my jej. Ciekawą osobą okazuje się najmłodsza (24 lata) siostra Mehmeta, która działa w partii socjaldemokratycznej i aktywnie uczestniczy w ruchu feministycznym. Próbowała nam trochę opowiedzieć o kobietach działających w PKK, ale trudno było nam cokolwiek zrozumieć, w każdym razie domyślamy się wielu rzeczy, w końcu działanie w tajnej organizacji nie jest Polakom obce... i zaczęły się nocne Kurdów i Polaków rozmowy, które zostały przerwane ogarniającym nas snem i zmęczeniem po ciężkim i długim dniu podróży z irackiego Kurdystanu. Następnego dnia po pysznym śniadaniu przygotowanym przez mamę Mehmeta i pożegnaniu z żeńską częścią rodziny, wybraliśmy się na zwiedzanie miasta. Po tym niesamowitym spotkaniu udajemy się na zwiedzanie Diyarbakir. W zadumie opuszczamy mury zrujnowanego pałacu, który za rok, po remoncie, będzie pewnie wyglądał atrakcyjnie. Mehmet podwozi nas na wylotówkę na Tatvan, a pożegnanie z nim okazuje się wzruszającym przeżyciem. Wymieniamy ciepłe słowa i nagle Mehmet mówi, że musi już jechać, bo się zaraz rozpłacze... jego drżący głos i mokre oczy potwierdzały tę zapowiedź, więc nie przedłużaliśmy pożegnania, żeby nie stawiać siebie i jego w głupiej sytuacji. Mehmet to gościnny Kurd, ale też wrażliwy i ciepły człowiek. Na drodze staliśmy może 3 minuty, bo udało nam się złapać stopa do samego Tatvan. Podróż okazała się ciężka, może nie tyle dla nas co dla kierowcy. Ostatnie 100km to droga przez góry, która w kilku odcinkach była zniszczona przez osuwiska. To był prawdziwy plac budowy i jechaliśmy ok 20-30km/h. Poza tym było już kompletnie ciemno, a w dodatku w powietrzu unosiły się tabunu kurzu, które utrudniały widoczność. Wreszcie dotarliśmy do upragnionego Tatvan około północy. W ciemności znaleźliśmy wymarzone (teoretycznie ustronne) miejsce na biwak - następnego ranka zobaczyliśmy jednak, gdzie tak naprawdę spaliśmy...
|
|||
| Zmieniony ( Piątek, 28 Sierpień 2009 22:22 ) |

