| Śladami Kajko i Kokosza – Kon Tum |
| Autor Alicja Rapsiewicz | |
| Niedziela, 25 Kwiecień 2010 09:59 | |
|
Generalnie mamy wrażenie, że Wietnamczycy są bardzo kontaktowi i pomocni. Mamy nadzieję, że tak jest w całym kraju, mimo, że jeden z mieszkańców Kon Tum ostrzega nas przed miejscowościami obleganymi przez turystów. Tam podobno Wietnamczycy na każdym kroku próbują naciągnąć i to nie tylko turystów, ale i wietnamskich przyjezdnych. Wierzyć, nie wierzyć? Niedługo sami się o tym przekonamy. Chata Rong, jak z komiksu Centralnym miejscem każdej wioski jest ogromna chata „rong house” o bardzo wysokim dachu i stojąca na drewnianych palach. Pierwsze nasze skojarzenia to chaty z komiksu „Kajko i Kokosz”! W chatach tych w Wietnamie przyjmuje się gości, odbywają się spotkania, wesela oraz inne obrzędy religijne i święta. Im bogatsza wioska, tym większa i bardziej ozdobna chata, która jest dumą każdego mieszkańca wioski. My rozglądamy się gdzieś za Smokiem Milusiem lub głównymi bohaterami Komiksu, ale nigdzie ich nie znajdujemy. Stanęły nam przed oczyma stare dobre czas, gdy z wypiekami na twarzy wracało się do domu z kiosku w ręce trzymając z kolejny komiks. Chwilę później byliśmy już daleko, daleko w świecie bajki, w którym Kajko i Kokosz opowiadali nam swoje historie. Ach, to były komiksy, to były czasy! Spacerujemy więc po wiosce w centrum miasta i ukradkiem przyglądamy się jej mieszkańcom i ich zajęciom. Próbujemy nawiązać kontakt z wszędobylskimi dzieciakami pozdrawiając je po wietnamsku, ale chyba coś źle intonujemy, bo zupełnie nas nie rozumieją i dziwnie na nas patrzą. Trzeba będzie jeszcze poćwiczyć ;). Andrzej przechodzący pierwsze znudzenie azjatyckimi targami woli spędzić wieczór oglądając wietnamskie wiadomości w hostelu, więc na zakupy wybieram się sama. Po drodze do centrum mijam ogromną szkołę, na placu której młodzież pod bacznym okiem surowego trenera doskonali się w nieznanej mi sztuce walki. Wszyscy są bardzo skupieni na wykonywanych ćwiczeniach, jednak kiedy podchodzę bliżej, niektórzy dekocentrują się i zaczynają rozmawiać miedzy sobą. Widok białego turysty nie jest tu na porządku dziennym. Trener gniewnie karci swoich podopiecznych i przywołuje ich do porządku. Wobec takiej sytuacji nie mam nawet śmiałości podejść i zapytać co to za sztuka walki. Oddalam się nieco, aby nie przeszkadzać i z dystansu przyglądam się treningowi. Przypominają mi się treningi capoeiry w Bielsku-Białej. Łezka w oku się kręci, bo rok pracy i zdobyta jasnozielona korda powoli idą na marne... Biały strój do capoeiry ściśnięty w kartonie wraz z innymi ciuchami, czeka na mój powrót do Polski. Kocham podróżować, ale czasem robi mi się smutno na myśl, ile spraw musiałam na jakiś czas zostawić w kraju. Rozmyślam tak o treningach, o capoeirze, o Polsce i słyszę jakieś chichoty za plecami. Odwracam się i widzę tłumek nastolatków, którzy obserwują mnie z wielkim zainteresowaniem. Mówię do nich „hello” a oni zgodnym chórem odpowiadają „HELLLOOOO!!!”. Pierwsze lody przełamane :) W końcu z tłumku występuje najodważniejszy i łamaną angielszczyzną zadaje mi pytanie o kraj, z którego pochodzę. Powoli zawiązuje się rozmowa, choć nie jest łatwo, bo chłopak ma silny akcent wietnamski i słabo go rozumiem. Jednak po pewnym czasie staje się on tłumaczem dla całej grupy. Dzieciaki pytają mnie o rozmaite rzeczy, głównie o to, jak wygląda życie w Europie, ale też opowiadają trochę o sobie. Rozmowa zaczyna być naprawdę ciekawa, ale robi się juz późno. Na pożegnanie śpiewają mi piosenkę – jakiś młodzieżowy hit po angielsku. Jeszcze przed chwilą, poza jedną osobą, nikt nie potrafił wymówić słowa w tym języku, a teraz wszyscy, jak jeden mąż śpiewają po angielsku! Zobacz więcej zdjęć z Kon Tum PS: Poniżej filmik z egzaminów na prawo jazdy w Wietnamie - kategoria skuter. Andrzej też się umawiał na swój test ;)
|

