| Bułka z masłem po wietnamsku |
| Autor Andrzej Budnik | |
| Piątek, 21 Maj 2010 07:43 | |
|
Pakujemy się zadowoleni do autobusu i czekamy chwili aż opuścimy Wietnam. Nie domyślaliśmy się jednak, że przygoda tuż przed nami. 10 minut po starcie w autobusie panuje jakiś dziwny ruch. Łypiemy okiem i widzimy pilota, który zbiera paszporty. Podchodzi i do nas – dajemy mu swoje paszporty bez słowa, a ten na nas dalej spogląda. Pytam więc o co chodzi. Odpowiedź wyjaśnia wszystko: „Poproszę 50$ na wizy” – odpowiada uśmiechnięty. Automatycznie sięgam do kieszeni, ale im głębiej moja ręka w niej się znajduje, tym trzeźwiej zaczynam myśleć. „Skąd taka kwota” – pytam pilota. W odpowiedzi dostaje uśmiech i wyjaśnienie, że wiza kosztuje 25$, a że nas jest dwoje to razem 50$. Patrzę na kupkę paszportów, którą już zgromadził i dość głośno mówię, że przecież wiza turystyczna do Kambodży kosztuje 20$, a nie 25$. W odpowiedzi pilot spokojnie mówi, że tak było do tej pory, ale po Nowym Roku się zmieniło i od dziś wizy są po 25$. „Ale wkręt. Wietnamczyk co mistrzowie ściemy i kombinatorstwa. Spokojnie mogą konkurować z Hindusami” – pomyślałem i wziąłem od niego nasze paszporty dodając, że sami sobie zrobimy te wizy. Zbity z tropy pilot dodaje, że sami nie możemy tego zrobić. Rezygnuję z dalszej wymiany zdań, bo jest to zupełnie bez sensu. Jestem zbyt pewien swego, żeby z nim dyskutować i jeszcze bardziej napinać sytuację. Interesujące natomiast było zachowanie reszty białasów za nami, którzy grzeczni płacili po 25$ od osoby (mimo, iż na pewno słyszeli naszą dyskusję) nie pytając nawet o szczegóły i prawie bijąc pokłony z wdzięczności przed pilotem. Dziwić się potem, że pilot zachowuje się tak, a nie inaczej. To biały człowiek swoimi pieniędzmi go zepsuł. Dojeżdżamy na granicę. Piernikiem lecimy do kolejki, żeby wyprzedzić naszego pilota i pozostałe autokary. Po drodze wypełniamy jakieś kwitki wyjazdowe. Przy okienku na naszych oczach pilot mówi coś do urzędnika, a ten przekłada nasze paszporty na drugą kupkę. Gul mi skacze, ale zewnętrznie prezentujemy pełen spokój. Oczywiście czekamy dwa razy dłużej, a przy tym i cały autokar – nie wiem, jaka w tym logika, bo sam pilot musiał na nasz czekać, ale to już jego biznes. Ciekawsza okazuje się jednak kambodżańska część granicy, która tuż przed nami… Najpierw jakiś urzędnik kieruje nas bezpośrednio do kolejki odprawy paszportowej, ale po chwili orientujemy się, że wizy musimy załatwić gdzieś indziej. Szukamy więc jakiejś budy. Jest na zewnątrz budynku. Podajemy nasze paszporty. Nikt jednak nimi nie jest zainteresowany. Tak, jakby nas nie było. Czuję się tak, jakbym był przeźroczysty. Po chwili pojawia się nasz pilot, odbiera stertę paszportów i uśmiecha się do nas. Już rozumiem, że maczał w tym palce. Zaczynam więc jednoznacznie pokazywać urzędnikom, że stoimy przed nimi. W końcu jeden, z wyglądu najmłodszy, bierze od nas paszporty i prosi o 22$. Pokazuję mu palcem karteczkę przyklejoną na szybie, gdzie stoi jak wół, że wiza kosztuje 20$. W odpowiedzi słyszę: „Tak, ale pod warunkiem, że sami wypełnicie swoje formularze wizowe.” Acha, czyli 2$ to niby tak za wypełnianie formularzy? Dobry patent usprawiedliwiający lewą kasę. Wypełniamy formularze, podajemy paszporty, płacimy po 20$, odbieramy paszporty z wizami i pędzimy do odprawy paszportowej. Hmm… znaczy się to dość spore uproszczenie, bo kolejki były niby cztery, ale wszyscy byli zwarci w jednej kupie. Żadnej logi. Pełen chaos. Zdecydowaliśmy się bez pardonu przedrzeć się przez środek tego zgromadzenia i położyć nasze paszporty na szczycie górki paszportów, która stała przed jednym z urzędników. Urzędnik nawet nie zareagował. Po chwili pojawia się nasz pilot, odebrał swoje paszporty i bezczelnie przełożył nasze na inną kupkę. Urzędnik znów nie reaguje, tak jakby go tam nie było. Bierze kolejny paszport – oczywiście z tej kupki, na której były przed momentem nasze paszporty. Mija dobre 20 minut i w końcu przychodzi pora na nas. Krótka piłka, żadnych zbędnych pytań - jesteśmy w Kambodży. Tylko naszego autobusu już nie ma… Widząc taką tabliczkę można się ucieszyć :) Po kolejnych kilku godzinach w autobusie wysiadamy w stolicy Kambodży. Miasto jest dziwne, choć nie umiem opisać dlaczego. Przechodzimy jedną ulicę w kierunku, w którym powinny być jakieś hotele i z uśmiechem na twarzy spostrzegam, że jesteśmy na polskiej ulicy. Pół godziny później jesteśmy już zakwaterowani, a kolejne pół godziny później też i po pierwszym posiłku w Kambodży. Wszystko to za 10$, które zaoszczędziliśmy na wizie do Kambodży. Jutro zaczynamy od „pamiątek” po reżimie Pol Pota… to chyba najlepsze wprowadzenie do najnowszej historii narodu khmerskiego.
|

