Start » Ekwador » Nariz del Diablo z Riobamby i wykolejony pociąg

Nariz del Diablo z Riobamby i wykolejony pociąg

Trzesienie ziemi, ktore odczulismy w Peru bardziej nam pokrzyzowlo plany niz moglo by sie wydawac. Z Riobamba wiedzie bardzo malownicza trasa, ktora od miejscowosci Alausi nazywa sie “Nariz del Diablo”, czyli “diabli nos”. Wszystko dlatego, ze jadacy torami pociag raz zjezdza gwaltownie na dol, aby potem wspinac sie pod gore. I tka kilka razy. Szczegolnie fascynujaco wyglada to z…. dachu pociagu.

Niestety… pech byl podwojny, gdyz miesciac przed nami, trase Nariz del Diablo pokonywalo m.in. dwoch Japonczykow. Mieli oli wielkiego pecha – nie zauwazyli jednego z tuneli zaaferowani robieniem zdjec z dachu pociagu. Skonczylo sie na dwoch obcietych glowach i calkowitym zakazie jazdy na dachu pociagu… Przykre bardzo, ale my o tym dowiedzielismy sie dopiero, jak wsiedlismy do pociagu, a dokladniej to przez przypadek zaczalem rozmowe z Danielem, Niemcem z Kolonii, ktory tak samo wkurzony jak ja stal pomiedzy wagonami pociagu i robil jakies slabe ujecia (jak i ja), bo to nie to samo co na dachu, jednak znacznie lepiej niz w wagonie. Oczywiscie dostalismy obstawe dwoch peruwianskich pracowniko kolei, zebysmy czasem nie wypadli z pociagu.

Na dachu ekwadorskiego pociągu.
Na dachu ekwadorskiego pociągu.

W pewnym momencie pociag sie zatrzymal i na drugi wagon (towarowy) zaczeto ladowac jakies belki drzewa. Popatrzylismy na siebie z Danielem porozumiewawczo i wygrzalismy na dach pociagu (nasi opiekunowie ladowali drzewo). Niestety zauwazyli to inni pasazerowie rownie niecierpliwi widac jak my i po kilku minutach caly dach ostatniego wagonu byl nabity ludzmi. Poploch wsrod obslugi, ale nie mieli wyjscia. Nikt nie chcial zejsc. pociag ruszyl. Wrazenia niesamowite. Zdjecia obledne, ale nie tym razem (bo sa na plytce, a ta w plecaku w hostelu).

Trasa przez Nariz del Diablo, Ekwador.
Trasa przez Nariz del Diablo, Ekwador.

Po kilkunastu minutach jazdy strasznie zaczelo trzepac i rzucac pociagiem. Wykoleil sie NASZ wagon. Tego nie bylo w planie, ale zaloga sobie swietnie z tym poradzila. Filmik nagrany, w lutym zobaczycie, jak sie za pooca fizyki ustawia pociag na torach. Wszyscy byli pod wrazaeniem i rozlegly sie ogromne brawa. Niestety nie pozwolono nam juz jechac na dachu, bo do stacji koncowej bylo 5 minut, a wyraznie nie chciano, aby pociag wjechal z pasazerami na dachu. Wniosek z tego taki, ze faktycznie obowiazuje taki zakaz i chyba cala frajda przejazdu Nariz del Diablo juz sie skonczyla. Choc… hmmm… tutaj pieniadze moga duzo zdzialac.

Ciągłe zjazdy i podjazdy tworzą Diabli Nos - Nariz del Diablo.
Ciągłe zjazdy i podjazdy tworzą Diabli Nos – Nariz del Diablo.

Po przybuciu do Alausi, zjedlismy obiad i wyszlismy na Panamericane, lapac autous do miejscowosci Cuenca lub Loja. Zlapalismy do Cuenki za 4 usd, a na dworcu w Alausie nie bylo tanszych bileto niz za 5 usd. Jak zwykle super promocja dla gringos, ale nie znami juz te numery. Nie po miesiacu w Ameryce Poludniowej.

Poznym popoludniem bylismy w Cuence, gdzie zaraz zlapalismy przesiadke do Loja, do ktorej dotarlismy pozno wieczorem. Na przeciwko dworca jest super hostel za 20 usd od osoby cena wyjsciowa. LosWiaheros zaplacili 12 za dwojke 🙂 Kochamy sie targowac!

ekwador_nariz_del_diablo_P1000680

Nastepny dzien, to zwiedzanie Loja i problemy kolejne problemy z wymiana pieniedzy, ale o tym Eliza pisala, wiec sobie daruje. Loja nas nie uzekla, ale to pewnie dlatego, ze od rana padalo, a zeczo sie rozpogadzac, dopiero jak wyjezdzalismy. Zwiedzanie w deszczu i w sloncu to spora roznica. Nastepny przystanek to Piura w Peru i wizywa u naszego amigo peruano.

PS: A wiecie, ze juz mamy przyjaciol w Ameryce Poludniowej? Wysiadamy na dworcu w Cuence i ktos do mnie mowi “Hola amigo!” Nastepny jakis naciagacz sobie mysle, ale odwracam sie i patrze… kojarze… kurde moj znajomy policjant, ktory pomagal nam zrobic pierwsze kroki na ziemii ekwadorskiej tuz po kradziezy. Pogadalismy chwilke i myknelismy na autobus do Loja. Przyjemnie, ze tak czlowieka zagadal. Szkoda tylko, ze tka zle sie kojarzy… ale to juz przeszlosc.

O autorze: Andrzej Budnik

Alternatywny podróżnik, zapalony bloger i geek technologiczny. Połączenie tych dziedzin sprawia, że w podróż przez australijski interior czy nowozelandzkie góry zabiera do plecaka drona, który pozwala mu przywieźć niepublikowane nigdzie wcześniej zdjęcia i oryginalne ujęcia wideo. Swoją duszę zaprzedał górom w północnym Pakistanie i tadżyckim Pamirze, które odkrywał podczas 4-letniej podróży lądowej przez Azję i Australię. Od wielu lat zaangażowany w aktywizację polskiego środowiska podróżniczego. Założyciel i obecnie współautor najstarszego, aktywnego bloga podróżniczego w Polsce – LosWiaheros.pl. Nominowany do Travelerów 2010 i Kolosów 2013. Zwycięzca konkursu Blog Roku w kategorii Podróże i Szeroki Świat w 2007 roku. Zawodowo licencjonowany pilot drona w firmie CrazyCopter.pl specjalizującej się w fotografii lotniczej i wideo z drona. Łącząc od lat pracę zdalną i podróże stara się promować styl życia określany Cyfrowym Nomadyzmem.

Podobny tekst

Napad z bronią w ręku, porwanie, pobicie… La Paz znaczy “pokój”

Dobra, czas w końcu opisać te kilka godzin, które sprawiły, że już jesteśmy w Polsce …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *