Start » Australia » Rozstrzygnięcie konkursu jachtostopowego!
Monika i Michał Przybysz.

Rozstrzygnięcie konkursu jachtostopowego!

Trzy tygodnie temu ogłosiliśmy konkurs jachtostopowy. Alicja napisała krótką historyjkę, która kończy się po sztormie w momencie, gdy bohaterowie docierają na nieznaną wyspę. Poniżej zamieszczamy trzy teksty, które chcielibyśmy nagrodzić książkami autorstwa Moniki i Michała Przybysz.

Tekst numer 1, autor: Łukasz z Krakowa

 

No tak… stało się. Czytając Robinsona Crusoe, czy oglądając Terminal nigdy nie sądziłem, że mógłbym znaleźć się w pewnym sensie w wyludnionym albo wręcz odosobnionym dla mnie miejscu  – to była moja pierwsza myśl po otwarciu oczu. Kiedy zamglony obraz wyłaniał się przede mną , a głowa bolała mnie niemiłosiernie, pomyślałem, że pewnie zaraz się obudzę i zobaczę, że dalej płyniemy. Leżałem jednak na plaży przykryty jakimś starym kocem, przy brzegu delikatnie bujał się nasz jacht, ale nikogo wokół nie było. Dostrzegłem wnet, zrywając się na równe nogi, niewyraźne kształty jakiś postaci, istot, zjaw… Zawahałem się jednak, w głowie mojej szalała burza i usiadłem na piachu… Gdzie ja jestem (?), co się stało (?),… co z ludźmi z jachtu?

Na wyprawę wybraliśmy się paczką przyjaciół. Było nas pięcioro. Każdy z bagażem doświadczeń i chęci poznawania nowych i nieznanych zakątków…

Oczywiście, co do nowoodkrytego miejsca nie miałem już teraz wątpliwości.

Płynęliśmy na koniec świata – ku Wyspom Salomona. Ocean wokół był przeogromny, ale pełni zapału i wiary w odkrywanie nowych lądów nie zważaliśmy na żadne przeciwności.

Po woli każda minuta i sekunda tego gigantycznego sztormu stawała mi przed oczami. Przecież zrobiliśmy wszystko, byliśmy przygotowani na każdą ewentualność, a jednak siła morza zepchnęła nas w nieznane.

Ktoś zbliżał się do mnie. Szybkim i stanowczym krokiem szedł w moim kierunku. Nie próbowałem nawet się podnieść. Nie miało to sensu. Nie wiedziałem, czy to grawitacja, czy dalej trwający sen.

Luke, Luke – już w porządku? Dobrze się czujesz? Usłyszałem znajomy głos i odetchnąłem z ulgą, ale też i z przerażeniem. Była to rzeczywistość, tak zwana oczywista oczywistość. Mocna dłoń pomogła mi się podnieść. Wszystko stało się jasne. Jeszcze kilka godzin temu walczyliśmy z żywiołem na naszym jachcie. Musiałem nieźle oberwać w głowę skoro nic nie pamiętałem, ale zaradność współtowarzyszy uratowała mi życie.                                                              

Jesteśmy w archipelagu Wysp Salomona, na pewno gdzieś w tej okolicy. Nie mogliśmy aż tak zboczyć z kursu. Słyszałem te słowa, ale … zdawały się one być jakieś niepewne, stonowane.  Nie wiedzieliśmy, gdzie dokładnie jesteśmy, bo jak się okazało cały sprzęt szlag trafił, a telefon, który mógł nas połączyć z nawigacją satelitarną – nie działał, wydając tylko piskliwie przeraźliwe dźwięki.

Dopiero teraz rozejrzałem się dookoła. 3 mojej widoczności zajmował przepiękny widok błękitnego oceanu. Tak, już na samą myśl o wyprawie taki widok pojawiał się w mojej głowie. Nie sądziłem jednak, że będę zmuszony go obserwować z takiego położenia. Pozostałą przestrzeń wypełniał dziki las tropikalnych drzew. Pochodząc z klimatu umiarkowanego, ciężko było mi nazywać drzewa palmami, więc myśl o sosnach i świerkach dawała mi jakąś nutkę nadziei.      

Trzeba było działać. Wytatuowaliśmy na plaży przeogromny napis SOS, gdyż zawsze marzyliśmy o takim filmowym akcencie ;) i zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej. Ogarniała nas jednak chęć odpoczynku, zrelaksowania się. Marzenia z dzieciństwa o błogim leniuchowaniu wśród palm, na piachu bezludnej wyspy, gdzieś na Oceanie stawały się realne. Nie mieliśmy siły psuć i naruszać tego stanu, więc położyliśmy się. Nie pamiętam już teraz, ale chyba obudziłem się pierwszy, usłyszawszy przeraźliwy trzask. Nie. Raczej był to łomot, uderzenie, coś w rodzaju wystrzału.

Wstawajcie – krzyknąłem przejmującym głosem. I znowu jak jeden mąż ustawiliśmy w jednym szeregu. Znowu przypomnieliśmy sobie nasze przygotowania do tej wyprawy. Znowu razem prężnie ruszyliśmy przed siebie, aby odkrywać nieznane. Tym razem było jednak trochę inaczej. Niewiadome położenie, nieznana przyszłość., a do tego coraz dziwniejsza sytuacja.

Biegiem ruszyliśmy w stronę gęstego zbiorowiska palm. Kokosy kipiały, chcąc uraczyć nas jadłem, ale nie było na to czasu.

Odgłosy stawały się coraz głośniejsze, a my bezbronni, bez nadziei na jakąś pomoc zaczęliśmy znikać w cieniu olbrzymich drzew. Jeden obok drugiego. Trzymaliśmy się naszej zasady do końca – nie rozdzielać się.

Ku naszemu zaskoczeniu, zaledwie kilkanaście metrów przed nami, ukazał się przebłysk – słońce zaczęło wpuszczać swoje promienie. Co to za wyspa? Taka mała? Krok nasz stał się wolniejszy, wręcz przystanęliśmy, żeby nie wpaść w ręce „wroga”, kimkolwiek on był. Strzały też ucichły, co dodatkowo obudziło naszą czujność. Niczym komandosi podeszliśmy do ściany dzielącej plażę od korytarza palm. Przestrzeń była pusta… Przynajmniej tak nam się wydawało. W jednej chwili ogarnął nas strach i przerażenie. Ziemia się otwarła, a z jej wnętrza… wyskoczyli amerykańscy żołnierze.

Co to k… jest, co jest grane!!!!

„STOP. Koniec  ujęcia. Mamy to.”

 

Znaleźliśmy się w samym środku kręcenia sceny serialu „PACYFIK”…

 

Monika i Michał Przybysz.
Monika i Michał Przybysz.

foto z archiwum: Moniki i Michała Przybysz

 

 

——-

Tekst numer 2, autorka: Agata z Głowian

 

I stoimy wszyscy i patrzymy. Nawet nasz super doświadczony kapitan przeciera oczy, czyści okulary i patrzy. Wszyscy tak stoimy przed dobre parę chwil. No bo jak tu nie stać i nie patrzeć jak przed nami wyspa. Wyspa? ale jaka wyspa? Lśni jak diament, zachwyca i zwala z nóg. Czyżby to był raj na ziemi? A może my właśnie trafiliśmy do raju? Słońce świeci swoim najpiękniejszym blaskiem i zdaję się być niemal żywą namacalną istotą.

Z zachwytu serca wyrywa mnie nagle mój sprytny mózg, który zawsze coś kombinuje liczy i przelicza za i przeciw, ocenia sytuacje, kombinuje, kalkuluje itp.

Rozum: No i  gdzie Ty u licha jesteś?

Serce:  (mówi cicho) Cichooo rozum

Rozum: No pewnie cicho, cicho rozum, łatwo powiedzieć. A jeśli za chwilę za krzaków wyskoczy dzikie plemię, dziki lew albo dziki słoń. To kto będzie miał robotę?

Serce:  Ty rozum, ale beze mnie byłbyś pusty, nijaki i jałowy ha

Rozum:  Serce tylko spokojnie, przestań się tak niemiłosiernie tłuc.

Serce: Ok. rozum. Nawiążemy współpracę i pójdziemy tam razem?

Rozum: Ok. Serce, nawet jak nie będę chciał tam iść to i tak mnie tam zabierzesz serce. Znam Cie. So – let’s go together ;-)))

Nasza łódź powoli dobija do brzegu. Wyskakujemy z łódki prosto do cieplutkiej wody. Pod nogami czuję hm…czy to aksamit? Czy piasek? Piasek ale jak aksamit. Raj. Jestem w raju. Juchuuu!!!

Stoimy na brzegu i obserwujemy zarośla i wysokie palmy. Hm… jest tutaj ktoś? Ciekawe…rozglądamy się za jakimiś oznakami życia, nieśmiało stawiając kolejne kroczki do przodu.  Po pewnym czasie nasze nogi poruszają się coraz śmielej. Kroczą pozwalając oczom cieszyć się wspaniałą przyrodą. Wyspa wydaje się bezludna. Wokoło panuje cisza. W oddali tylko słychać spokojny śpiew fal uderzających o brzeg raju. Pełna sielanka.

I nagle z zachwytu  serca wyrywa mnie mój sprytny mózg, który zawsze coś kombinuje liczy i przelicza za i przeciw, ocenia sytuacje, kombinuje, kalkuluje itp.

Rozum: Serce nie zostaniesz tutaj. Zapomnij!!!

Serce: Rozum mieliśmy współpracować a nie kłócić się…

Rozum: Wiem, ale nie mogę z Toba współpracować, kiedy słyszę co kombinujesz.

Serce: Zobacz rozum jak tu jest pięknie i cicho, zostańmy tutaj na jakiś czas.

Rozum: Nie.

Serce: Proszę

Rozum: Nie i koniec. Za dużo pracy mnie tutaj czeka. Jedzenie, spanie, pranie, serce to trzeba wszystko zorganizować. Nie zgadzam się i koniec.

Serce: Ci rozum. Słyszysz?

Rozum: Co?

Serce: Te odgłosy. Ktoś tam jest, na pewno. Mówię Ci rozum.

Rozum: nic nie słyszę serce.

Serce: Patrz, patrz tam za palmą. Małpka z małpiątkiem. Wow

Rozum: No i co serce? No małpa. W tył zwrot, naprzód marsza serce. Zabieramy się stąd.

Serce: Patrz rozum. Zauważyła nas, patrzy na nas. Ma smutne oczy i wydaje się być głodna. Siedzi biedactwo bez ruchu i patrzy błagalnie wielkimi brązowymi oczami. Musimy tam podejść rozum.

Rozum: Nie ma mowy serce. Ona może być niebezpieczna, agresywna. Nawet nie wiesz serce co to za rodzaj małpki.

Serce: Wiem, rozum ale ona potrzebuje pomocy. Musimy podejść.

Rozum: Nie

Serce: Może współpraca?

Rozum: Dlaczego ja zawsze jestem na przegranej pozycji? Ok. współpraca.

Serce: Bo Ty rozum, beze mnie byłbyś pusty, nijaki i jałowy ha

Powoli zbliżamy się do włochatej małpy. Skąd ona się tutaj wzięła? Wokoło nie ma żywej duszy!!!

Jej spojrzenie budzi litość, łzy mi się cisną do oczu. Stoję od niej na wyciągniecie ręki i czekam na reakcję. Te oczy mówią wszystko. Podchodzę i próbuję przewidzieć jej reakcję. Natomiast maluch jest przerażony i wtula się w sierść matki. Ona jednak wie, ze nie chcemy jej skrzywdzić i przysłał nas tu sam Bóg, gnając nasz statek przez toń oceanu. Postanawiamy nakarmić zwierzę i podać mu wody. MuMu bo tak ją szybko nazwaliśmy szybko nawiązuje współpracę. Przyjmuje jedzenie, picie. Maluch (MuMu junior) również szybko się do nas przywiązuje. Przyjmuje pożywienie i wodę. Posilając się MuMu i MuMu Junior podnoszą się i zaczynają się bawić, skakać a nawet przytulają się o mnie. Skąd się tutaj wzięłyście skarby? Zastanawiam się…

Cały dzień spędzam na beztroskich zabawach z moimi nowymi przyjaciółmi. Nadchodzi jednak wieczór i przychodzi czas by zastanowić się co dalej. Czuje, że nie mogę ich tuta zostawić na pastwę losu i pewną śmierć. Postanawiamy, że zabierzemy je z nami a później znajdziemy im bezpieczny dom. Prowadzę nowych podróżników za rękę na naszą łódź. Nie protestują, nie są zaskoczone, wskakują śmiało na łódź uśmiechając się cały czas. Wyruszamy w dalszą drogę. Po kilku dniach, współpraca idzie nam świetnie. MuMu jest niesamowicie inteligentna. Rozumiem się z nią bez słów a jej skromność i wdzięczność często wywołują łezkę na moim policzku. Na razie żeglujemy, więc jest dobrze. Nie wiem jednak co będzie się działo w moim sercu i rozumie jeśli przyjdzie czas rozstania. A może MuMu i MuMu junior na zawsze zostaną z nami?

I nagle z zachwytu serca wyrywa mnie mój sprytny mózg, który zawsze coś kombinuje liczy i przelicza za i przeciw, ocenia sytuacje, kombinuje, kalkuluje itp.

Rozum: Nie, nie, nie i koniec. Zapomnij serce

Serce: Cichooo rozum.

KONIEC

Monika i Michał Przybysz.
Monika i Michał Przybysz.

foto z archiwum: Moniki i Michała Przybysz

 —–

Tekst numer 3, autor: Tomasz z Rudnik

(20 lipca 2005r.)

Ostrożnie otworzyłem suwklapę i wychyliłem głowę. Było cicho, na morzu ani jednej fali. Krzyknąłem na resztę załogi i wszyscy wyszliśmy na pokład jak się okazało była to jedyna część, które nie doznała większych obrażeń. Maszt był złamany, a prawdę mówiąc w ogóle go nie było, dryfował daleko od nas. Zgodnie stwierdziliśmy, że nigdzie dalej nie popłyniemy. Nagle kapitan Marek krzyknął w prawdziwie hollywoodzkich stylu  „ląąąąąąd”. Rozejrzałem się w koło i dostrzegłem małą wyspę. Z naszych map wynikało, iż jest to jedna z wielu wysp Fidżi. Po kilku godzinach wytężonej pracy dobiliśmy do złocistych brzegów wyspy. Helios kończył wędrówkę po widnokręgu swym ognistym rydwanem, a my jak na prawdziwych mężczyzn przystało postanawiamy odłożyć problem na jutro i pójść spać.

Wcześnie rano budzi nas huk rozbijanych fal o nie dalekie skały. Sytuacja wydaje się być nieciekawa. Siedzimy na jakiejś wyspie na południowo-wschodnim Pacyfiku, radio nie działa, a zapasów żywności zostało co najwyżej na kilka dni. Jedynym plusem okazuje się to, że jak sama nazwa wskazuje na bezludnej wyspie ktoś mieszka. Jack – 3 członek załogi, na plaży odnajduje prowizorycznie wykonaną maczetę. Postanawiamy wspiąć się na najwyższy szczyt wyspy i odszukać ludzi zamieszkujących wyspę. Droga nie była długa ale 95% wilgotność robi swoje. Po dotarciu na miejsce wykręcam ze swojej koszulki cały pot i ku swojemu zdziwieniu w oddali widzę słup czarnego dymu. Już wtedy obrazek ten wydał mi się znajomy ale nie miałem pojęcia skąd. Wracamy na plażę i w milczeniu oddajemy się konsumpcji. Marek i Jack zasnęli w cieniu palm, a ja wziąłem do ręki radio i pomyślałem, że wykorzystam moje wrodzone umiejętności techniczne. Po 2 godzinach mozolnej pracy radio było gotowe i potrzeba było jedynie odpowiedniej wysokości aby zadziałało. Zawiesiłem je na najwyższym drzewie i wcisnąłem ON. Usłyszałem głos i choć nie rozumiałem ani słowa wszystko było jasne. Najpierw czarny dym teraz francuska nadająca wiadomość od 16 lat. Znajdowaliśmy się na tej samej wyspie, na której rozbił się samolot lotu 815 Oceanic Airlines. Wszystko do siebie pasowało, bo w telewizji nie dawno skończyła się pierwsza seria Zagubionych, która wcale nie była fikcją. Nie wiedziałem co mam robić nawet czy powinienem o wszystkim powiedzieć moim towarzyszom. Pobiegłem na plaże jak najszybciej tylko potrafiłem i spostrzegłem idących w moim kierunku Marka i Jack’a.

– Tomku mamy dla ciebie bardzo ważną informację…

– Nie, nie panowie to ja pierwszy muszę wam coś powiedzieć.

Z wypiekami na twarzy i cały roztrzęsiony opowiedziałem im o moich spostrzeżeniach. Reakcja obydwu buła co najmniej dziwna. Jack kpiąco powiedział „it’s very interesting”, a Marek z atakiem śmiechu leżał na piasku. Przekazali mi tą ich bardzo ważną informację i zacząłem żałować tego, że im przerwałem.  Jak się okazało rzeczywiście znajdowaliśmy się na wyspie z serialu Zagubieni ale po drugiej stronie wyspy jest cała ekipa i dziesiątki kamerzystów. Panowie zgodnie stwierdzili, że za dużo oglądam telewizji. W towarzystwie zachodzącego Słońca udaliśmy się w stronę planu i tak zakończyła się nasza przygoda na jednej z 322 wysp Fidżi…

Jacht w Papui.
Jacht w Papui.
foto z archiwum: Moniki i Michała Przybysz

—–

 

W imieniu naszym, Moniki i Michała oraz wydawnictwa Wydawnictwa Zysk i S-ka, wszystkim uczestnikom konkursu bardzo dziękujemy, a zwycięzcom gratulujemy bujnej fantazji! :)

PS: Tak tylko prywatnie chcieliśmy zapytać, czy w Polsce jest teraz jakaś moda na seriale, których akcja dzieje się na bezludnej wyspie? Mamy dziwne wrażenie, że tak… ;)

O autorze: Andrzej Budnik

Alternatywny podróżnik, zapalony bloger i geek technologiczny. Połączenie tych dziedzin sprawia, że w podróż przez australijski interior czy nowozelandzkie góry zabiera do plecaka drona, który pozwala mu przywieźć niepublikowane nigdzie wcześniej zdjęcia i oryginalne ujęcia wideo. Swoją duszę zaprzedał górom w północnym Pakistanie i tadżyckim Pamirze, które odkrywał podczas 4-letniej podróży lądowej przez Azję i Australię. Od wielu lat zaangażowany w aktywizację polskiego środowiska podróżniczego. Założyciel i obecnie współautor najstarszego, aktywnego bloga podróżniczego w Polsce – LosWiaheros.pl. Nominowany do Travelerów 2010 i Kolosów 2013. Zwycięzca konkursu Blog Roku w kategorii Podróże i Szeroki Świat w 2007 roku. Zawodowo licencjonowany pilot drona w firmie CrazyCopter.pl specjalizującej się w fotografii lotniczej i wideo z drona. Łącząc od lat pracę zdalną i podróże stara się promować styl życia określany Cyfrowym Nomadyzmem.

Podobny tekst

Hangout On Air wprost z Karaibów

Bardzo jesteśmy podekscytowani, bo za chwilę przeniesiemy się wszyscy na Karaiby, gdzie właśnie dopłynął jachtostopem z Gibraltaru Przemek …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *