Start » Australia » Relocation deal, czyli da się tanio po Australii
Toyota Camry - 1$ za dzień.

Relocation deal, czyli da się tanio po Australii

Swego czasu na naszym „fejsbukowym  fanpejdzu” zapytaliśmy, czy ktoś zna tanie sposoby na podróżowanie po Australii. Pojawiło się obce nam wtedy hasło relocation deals. Dziś już wiemy, że bardzo to lubimy. Prawie nowy samochód wprost z wypożyczalni do Twojej dyspozycji na około tydzień, limit 3000 km i zwrot kosztów za paliwo. Idealna oferta, czyż nie?

Brzmi nieźle i faktycznie jest to świetna opcja na przemieszczanie się po dość drogiej Australii, jednak żeby dostać taką propozycję, trzeba mieć odrobinę szczęścia. Zacznijmy może od tego, czym jest „relocation deal”. Wiecie na pewno doskonale, że Australia jest ogromna, a niektóre miasta porozrzucane po jej najdalszych krańcach. Tysiące kilometrów są standardem, a agencje wypożyczające samochody od czasu do czasu muszą je przemieszczać po kosztach z jednego miasta, gdzie auto właśnie zostało oddane do innego, gdzie jest na nie zapotrzebowanie. Im pilniejsze jest przewiezienie samochodu, tym lepszą ofertę można dostać. My dostaliśmy idealną:  4-letnia Toyota Camry z pełnym elektronicznym wyposażeniem  za 1 AUD/dzień i limitem 3000 km na trasie Darwin-Cairns. De facto dostaliśmy gratis 200 km, a za każdy kilometr ponad limit musielibyśmy zapłacić 28 centów. Najlepsze jednak to, że dostaliśmy aż 500 AUD na paliwo, co jest kwotą bardzo dużą w porównaniu z innymi ofertami jakie znaleźliśmy.

Road train, czyli australijski TIR
Road train, czyli australijski TIR

Często wygląda to niestety mniej optymistycznie i mimo, iż samochód dostajecie np. za 1-5 AUD/dzień to firmy nie pokrywają kosztów paliwa lub pokrywają je do pewnych granic. Przykładem może tu być inna propozycja, jaką rozważaliśmy: 4-letnia Toyota Landcruiser na 7 dni za 5 AUD/dzień. Limit kilometrów 4,5 tys., jednak tylko 250 AUD na paliwo, a jak się domyślacie ten potwór 4×4 lubi trochę wypić. Pewnie do interesu musielibyśmy sporo dołożyć, choć z drugiej strony auto 4×4 i zachodnie wybrzeże Australii też mogłoby być piękną przygodą. Często zdarzają się też relocation deals na campervany lub minivany, jednak te jak zauważyliśmy mają zwykle stosunkowo krótki czas na jaki dostaje się samochód, a do najszybszych one nie należą. Może kiedyś to przetestujemy. Oczywiście w biurze, gdy odbieraliśmy samochód dostaliśmy stertę dokumentów obciążających nas na jakieś kosmiczne kwoty, jeśli cokolwiek stałoby się pojazdowi. Na koniec zapytano nas czy chcemy ubezpieczenie za 25 czy za 75 AUD na dzień?  Z duszą na ramieniu wybraliśmy opcję bez ubezpieczenia i o Toyotkę dbaliśmy bardzo, bo jaki sens w relocation deal, jeśli musielibyśmy do interesu aż tyle dołożyć? Nasza przygoda zaczęła się od przyzwyczajenia się do samochodu z automatyczną skrzynią biegów, co zajęło mi około 5 minut i potem już  przestałem macać prawą ręką po drzwiach samochodu w poszukiwaniu skrzyni  biegów. Samo jeżdżenie lewą stroną problemem nie było, gdyż od marca podróżujemy po krajach, gdzie jeździ się lewą stroną drogi(Tajlandia, Malezja, Singapur, Indonezja, Timor Wschodni – swoją drogą kawał świata jeździ po lewej stronie, już nie wspominając wielkich Indii).

Długie proste odcinki drogi w Australii.
Długie proste odcinki drogi w Australii.

Gdy wyjechaliśmy z Darwin minęliśmy tylko jedno większe miasto , a dalej już było tylko pusto, pusto i pięknie, aż do Townsville na wschodnim wybrzeżu. Co jakiś czas zadanie ekstra, czyli trzeba wyprzedzić „road train”. Zadanie to jest o  tyle ułatwione, że proste odcinki drogi w Australii miewają nawet po kilkadziesiąt kilometrów.  Niestety problem pojawia się o zachodzie słońca  – jadąc sobie, na szczęście nie za szybko, spostrzegam skaczącą kulkę, która zmierza wprost pod koła naszego samochodu. Słynne w Australii znaki drogowe z kangurami chyba wszystkim są znane, jednak nie zdawałem sobie sprawy, że zwierzaki te są aż tak niebezpieczne. Niedużo brakowało i kolejny zwierz straciłby życie. Mówię kolejny, gdyż jadąc przez busz widać co kilka kilometrów zabite kangury, niektóre z ostatniej nocy, inne już w gorszym stanie. Jeżdżenie po zmroku można sobie zupełnie darować, bo bezpieczna prędkość przy kangurach wyskakujących z krzaków tuż pod maskę samochodu, to może 60km/h, a dystanse przeogromne.

Australijska klasyka - kangurze znaki drogowe ;)
Australijska klasyka – kangurze znaki drogowe 😉

W takim wypadku lepiej zjechać z drogi i przespać się, a wybór jest spory. Są tu liczne motele oraz płatne i darmowe kempingi. My korzystaliśmy z tych ostatnich i przyznam szczerze, że Australia rośnie w naszych oczach i to bardzo. Obszerne, często zaciszne zajazdy z toaletami, bieżącą wodą, często grillem i zadaszonymi stolikami. Czasem zdarzają się też prysznice i punkty do opróżniania toalet. Co warte uwagi – na każdym takim zajeździe toalety były czyste i dostępny był papier toaletowy! Czy tak nie mogłoby być w Polsce? Cóż, chyba jeszcze do tego nie dorośliśmy, bo od razu nasi rodacy muszą ławki podrapać, kible obsrać (tak, OBSRAĆ, bo przecież ciężko jest nie raz do nich trafić), albo walnąć jakieś wstrętne graffiti lub głupi napis, że niby dla potomnych. A tutaj, jest czysto schludnie i wszystko to za darmo i nie sądźcie, że ja Polski nie lubię. Po prostu wiem, że jednak może być czysto i normalnie! Australia ciągle mnie pozytywnie zaskakuje! Na razie jeszcze nie skorzystaliśmy z motelu, ale kiedyś się na to szarpniemy. Ileż filmów się widziało, gdzie bohaterzy przemierzając samochodem tysiące kilometrów lądują wieczorem w motelu, który znajduje się w małym miasteczku przy skrzyżowaniu dwóch głównych ulic. To wszystko się zgadza i filmy nie kłamią. Po drodze mijaliśmy kilkanaście miejscowości o populacji nie większej niż 200-300 osób. Ich mankamentem jest jednak to, że jest tam zwykle jedna stacja benzynowa i im dalej w głąb Australii, tym droższe paliwo sięgające nawet 2 AUD.

Kolejny klasyk - wiatrak o zachodzie słońca.
Kolejny klasyk – wiatrak o zachodzie słońca.

Zdecydowanie największe wrażenie zrobiły na nas piękne krajobrazy i puste, proste drogi. Ciekawie też było zobaczyć wiatraki o zachodzie słońca i co by nie powiedzieć znak ostrzegający przed grasującymi kangurami. Byle tak dalej i byle więcej – Australia naprawdę zaczyna nam się podobać! Dziś dojechaliśmy już do Cairns, oddaliśmy samochód,  ale nie zatrzymujemy się tu na noc. Miasto samo w sobie do zaoferowania dużo dla nas nie ma, a noclegi są dość drogie. CS zupełnie nas zawiódł i wręcz dostaliśmy odpowiedzi od ludzi, że za dużo mają zapytań  i w większości przypadków odmawiają. Czyżby aż tak popularny był CS w Australii? Faktem jest, że prawie na każdym kroku spotykamy tabuny Niemców i Francuzów, którzy przyjechali do Australii z wizą work & travel! Trochę to martwi, ale coś się i na to poradzi. Na razie wpadliśmy na prosty pomysł szukania noclegów na przedmieściach większych miast lub w niedalekiej odległości od nich, co świetnie działa. Nie wiem, czy ludzie są na tyle leniwi, że wyszukują hostów tylko w największych miastach, które są bazami turystycznymi? Jeśli tak, to lepiej dla nas – zdecydowanie wolimy ustronne miasteczka z prowincjonalnym klimatem.

Wjazd na australijska farmę, która może być wielkości np. Belgii.
Wjazd na australijska farmę, która może być wielkości np. Belgii.

Poniżej kilka porad praktycznych dla osób, które zainteresowały się relocation deal i chciałyby tego spróbować. Podajemy też kilka stron, gdzie te oferty można znaleźć. Więcej fotek z drogi Darwin – Cairns tutaj. Co brać pod uwagę szukając relocation deal?

  1. Gdy znajdziesz interesującą Cię relokację sprawdź dokładnie, ile kilometrów od siebie leżą oba miasta, aby dzwoniąc na infolinię być przygotowanym do negocjacji.
  2. Sprawdź ile pali średnio samochód, który dostajesz do dyspozycji. Dzwoniąc zapytaj do jakiej kwoty refundowane jest paliwo (jeśli nie jest to wyszczególnione na stronie internetowej). Nie pytaj, czy jest refundowane, bo możesz usłyszeć, że nie jest. Niektóre firmy są bardziej, inne mniej elastyczne w tym temacie.
  3. Podane daty przy ofertach nie oznaczają, że masz dany samochód na taki właśnie okres – zwykle nie przekracza on tygodnia, często jest to 4-5 dni, ale warto zapytać, czy nie da się dłużej. Raz zaproponowano mi jeden dzień gratis, bo z Darwin do Perth jednak jest daleko, innym razem zaoferowano nam dodatkowy dzień za 1 normalnej stawki za wynajęcie samochodu.  Warto też dopytać wcześniej, do której godziny ostatniego dnia trzeba oddać samochód, gdyż czasem trzeba to zrobić do 8 rano, co w praktyce oznacza, że mamy jeden dzień krócej niż początkowo nam się wydawało.
  4. Musisz mieć ważną kartę kredytową, która będzie potrzebna przy odbiorze samochodu. Nasz firma wzięła w zastaw 1000 AUD w razie uszkodzenia samochodu i oddała je z powrotem, gdy dostarczyliśmy samochód. Wszystko odbywa się oczywiście bezgotówkowo.
  5. Jeśli przejeżdżasz przez mniej zurbanizowane tereny Australii, czyli z grubsza przez zachodnią i środkową część kraju dobrze jest zaplanować tankowania. Benzyna w Darwin i na wschodnim wybrzeżu jest po około 120-130 centów, a w mniej uczęszczanych rejonach ceny sięgają nawet 2 AUD za litr. Nie w każdej miejscowości można też kupić benzynę i zdarza się, że nie ma jej przez 250-300 km, bo np. się skończyła, a nowa dostawa jeszcze nie dotarła. Jest to tym bardziej ważne, że przy relocation deals raczej nie ma czasu na utknięcie w jednym miejscu na dzień lub dwa.
  6. Trasę, którą mamy do pokonania, warto zaplanować z wyprzedzeniem. Jazda przez kilka godzin  po prawie idealnie prostej drodze naprawdę może być męcząca i wg mnie można łatwo stracić czujność, szczególnie pod wieczór, gdy zwierzęta wychodzą na drogi. Nie radzę więc zakładać, że przez pierwsze 4 dni zrobimy po 1000 km dziennie, a przez kolejne trzy będziemy leżeć na plaży. Trasę lepiej podzielić równomiernie na cały okres, w którym auto masz do dyspozycji.
Toyota Camry - 1$ za dzień.
Toyota Camry – 1$ za dzień.

Kilka linków, gdzie można znaleźć relocation deals:

Więcej fotek z drogi Darwin – Cairns tutaj., a kto chce może przeczytać  drugi odcinek z cyklu da się tanio po Australii

O autorze: Andrzej Budnik

Andrzej Budnik
Alternatywny podróżnik, zapalony bloger i geek technologiczny. Połączenie tych dziedzin sprawia, że w podróż przez australijski interior czy nowozelandzkie góry zabiera do plecaka drona, który pozwala mu przywieźć niepublikowane nigdzie wcześniej zdjęcia i oryginalne ujęcia wideo. Swoją duszę zaprzedał górom w północnym Pakistanie i tadżyckim Pamirze, które odkrywał podczas 4-letniej podróży lądowej przez Azję i Australię. Od wielu lat zaangażowany w aktywizację polskiego środowiska podróżniczego. Założyciel i obecnie współautor najstarszego, aktywnego bloga podróżniczego w Polsce – LosWiaheros.pl. Nominowany do Travelerów 2010 i Kolosów 2013. Zwycięzca konkursu Blog Roku w kategorii Podróże i Szeroki Świat w 2007 roku. Zawodowo licencjonowany pilot drona w firmie CrazyCopter.pl specjalizującej się w fotografii lotniczej i wideo z drona. Łącząc od lat pracę zdalną i podróże stara się promować styl życia określany Cyfrowym Nomadyzmem.

Podobny tekst

W Australii czuję się jak w domu

Wysiadamy z samolotu, przechodzimy przez kontrolę paszportową, celną, narkotykową oraz kwarantannę i stajemy przed drzwiami …

4 komentarze

  1. Andrzej Budnik

    Liznąłeś? Będąc w UK to ktoś mnie prawie na siłę posadził za kierownicą! 😉 Przyznać jednak trzeba – doświadczenie się przydało. Dziękuję 🙂
    Praca… ale co, prosisz o tekst pt. „Da się znaleźć pracę w Australii”? 😛 Si, da się… pracy tam dużo i płacą w silnym obecnie AUD…

    PS: Umknął mi jakoś ten komentarz. Wybaczysz mam nadzieję. Sorry…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *