Start » Australia » Wielkanocne wspominki australijskie
Bezkres australijski

Wielkanocne wspominki australijskie

Minął ten szalony okres rozjazdów po Polsce, które z jednej strony przemiłe, bo to okazja do wielu spotkań. Z drugiej strony męczące, bo to kilka tysięcy kilometrów przez Polskę, setki przesiadek… ale z trzeciej strony to dla nas rewelacyjna okazja, aby przenieść się w podróż jeszcze raz i drugi i trzeci, bo opowiadając o tej podróży emocji nie umiemy oddzielić i za każdym razem czujemy się, jakbyśmy byli tam, gdzieś daleko…  Ostatni tydzień pokazów był zdecydowanie australijski. Firma Albion House poprosiła nas o poprowadzenie w ramach organizowanych przez nich Dni Australii, kilku prezentacji o australijskim outbacku, czyli najprzyjemniejszej dla nas części Australii – tej prawie bezludnej, ogromnej, przepięknej i jednocześnie strasznej, bo bywa, że i zabójczej. Gdy ktoś nas pyta, w którym z odwiedzonych miejsc czy krajów chcielibyśmy zamieszkać, to odpowiedź jest jedna – Australia właśnie. Skradła nam serca, uwikłaliśmy się w ten trudny romans z tamtejszą przyrodą, zwierzętami, życiem w spokoju i harmonii, ale wiemy i podkreślamy to za każdym razem – to jest nasza wyidealizowana Australia, do której pojechaliśmy na wakacje. Kto wie, jakby było, gdybyśmy musieli tam pracować i prowadzić, nazwijmy to, normalne życie? Łudzę się, że tak samo 🙂 Pewnie też tak macie, że gdy przychodzą jakieś święta, specjalne dni, to wspominacie sobie różne przyjemne chwile, które się z nimi wiążą. Mamy Wielkanoc, a moje myśli znów uciekają do Australii, bo to tam spędziłem najprzyjemniejsze Święta Wielkanocne w moim życiu. Zostawiliśmy Darwin, ominęliśmy szerokim łukiem Parki Narodowe Kakadu czy Litchfield i trafiliśmy pod Robin Falls. Było idealnie – pusto, cisza, w tle szumiały wodospady.

Naturalny masaż w krystalicznie czystej wodzie
Naturalny masaż w krystalicznie czystej wodzie

Zanim rozpakowaliśmy samochód, poszliśmy się wypluskać w krystalicznie czystej kaskadzie, która przy okazji miło nas wymasowała. Wokół hasały małe jaszczurki, na drzewach siedziały kakadu, które nad ranem zwykle odgrywają koncerty i tym samym zmuszają do wstawania niemal równo ze wschodem słońca, co akurat jest wskazane, bo to właśnie nad ranem temperatura jest najprzyjemniejsza. Po śniadaniu wybraliśmy się na spacer. Zaczęliśmy się wdrapywać na garb wodospadu. Teren był mocno trawiasty, więc trochę pietra mieliśmy, żeby nie wdepnąć w jakiegoś leniwego węża, ale idąc niezgrabnie robiliśmy na tyle dużo hałasu, że wszystkie zdążyły pouciekać. Widok z góry wodospadu, co prawda nie był imponujący, bo Australia generalnie jest płaska jak naleśnik, ale dał nam zupełnie inną perspektywę niż na dole – niekończący się horyzont, zieleń, błękit nieba i ten zapach…

Robbin Falls niedaleko Darwin.
Robbin Falls niedaleko Darwin.

Zapach australijskiego buszu to zupełnie niepojęta mieszanka, której nie jestem w stanie przyrównać do niczego znanego mi z Polski. Busz pachnie po swojemu i trzeba tam pojechać, aby to poczuć, ale też zupełnie inaczej brzmi, bo i cykady, świerszcze, czasem muchy i Bóg jeden wie, co jeszcze, robią lepszy show niż orkiestra wiedeńska podczas koncertu Noworocznego. W Australii święta bez grilla, czyli jak to ładnie nazywają Australijczycy – barbie, istnieć nie mogą. Tutaj niestety, musieliśmy się zadowolić kamiennym grilowiskiem, bo nie sposób wszystko ze sobą wozić. Rozpakowaliśmy zapasy i zaczęliśmy pichcić – skwierczało, syczało i pachniało obłędnie, a smakowało zawsze tak samo, jak się jest wściekle głodnym. Bo to nie były święta opasłe, uginające się stoły od makowców, serników i innych specjałów…. było zupełnie inaczej.

Zachód słońca w Terytorium Północnym
Zachód słońca w Terytorium Północnym

Nic nas też nie rozpraszało. Zero Internetu. Ba, zero telefonu! Baaa, zero radia! Schowani w malutkim kanionie, choć tylko 1,5 godziny drogi od Darwin, czuliśmy, że jesteśmy tylko my i natura. Po obiedzie czytaliśmy sobie książki mocząc nogi w naturalnym basenie, a pod wieczór przyjechali nasi znajomi, którzy wiedzieli gdzie się skryliśmy. Przy ognisku opowiadaliśmy sobie o życiu, podróżach, Australii, Polsce, Azji, przyszłości i rodzinie… Ognisko płonęło długo, rozmowy też i niby nic niezwykłego się nie wydarzyło, ale przede wszystkim czuliśmy taką niesamowitą harmonię i spokój, której długo szukaliśmy, a której i Wam właśnie dziś chcielibyśmy życzyć! Gdziekolwiek jesteście! Alicja i Andrzej

O autorze: Andrzej Budnik

Alternatywny podróżnik, zapalony bloger i geek technologiczny. Połączenie tych dziedzin sprawia, że w podróż przez australijski interior czy nowozelandzkie góry zabiera do plecaka drona, który pozwala mu przywieźć niepublikowane nigdzie wcześniej zdjęcia i oryginalne ujęcia wideo. Swoją duszę zaprzedał górom w północnym Pakistanie i tadżyckim Pamirze, które odkrywał podczas 4-letniej podróży lądowej przez Azję i Australię. Od wielu lat zaangażowany w aktywizację polskiego środowiska podróżniczego. Założyciel i obecnie współautor najstarszego, aktywnego bloga podróżniczego w Polsce – LosWiaheros.pl. Nominowany do Travelerów 2010 i Kolosów 2013. Zwycięzca konkursu Blog Roku w kategorii Podróże i Szeroki Świat w 2007 roku. Zawodowo licencjonowany pilot drona w firmie CrazyCopter.pl specjalizującej się w fotografii lotniczej i wideo z drona. Łącząc od lat pracę zdalną i podróże stara się promować styl życia określany Cyfrowym Nomadyzmem.

Podobny tekst

Hangout On Air z Magdą Biskup wprost z Australii

Drugi telemost podróżniczy już za nami. Tym razem pogawędkę o życiu, pracy, marzeniach i przyjemnościach …

10 komentarzy

  1. Ja mam takie swoje miejsce w Arizonie! Co roku pamięcią do niego wracam…
    Spokoju i dla was!

  2. Cudownie opisane. Mam nadzieje ze i mi uda sie w koncu wybrac do Australii. Wesolych Swiat.

  3. Ja kompletnie nie pamiętam ostatnich 3 Wielkanocy, u mnie weekend jak każdy inny…
    pzdr!

    • W Chinach mniemam? Nigdy nie było mi dane świąt owych przeżyć na Dalekim Wschodzie… jakieś oznaki chociaż są, czy dzień jak co dzień?

      • w Chnach nic, zero, ale też czemu mieliby świętować?:) Boże Narodzenie przebija się bo to okazja do zakupów więc i sklepy to wykorzystują. Po
        Wielkanoc w tej okoilcy to trzeba na Filipiny;)
        pzdr

        • Nie no tak, ale myślałem bardziej o jakichś mniejszościach chrześcijańskich w Chinach…
          Filipińska szopka jest też co roku i w Polsce 🙂

          • Pewnie coś się dzieje w kościele, ale te nie są w Chinach tak powszechn i widoczne jak w PL.
            Że by było ciekawiej to własnie czytałem jak to mniejszość chrześcijańska rośnie tu w siłę. 2010 liczbę protestantów szacowano na 58mln, z czym już przegonili Brazylię(40mln), a do 2025 ma to być już 160mln. W USA w 2010 bło to 159mln…
            Jeśli dodać do tego katolików to całość ma liczyć 247mln do 2030. Tak się maja prognozy, a jak wyjdzie w praktyce….kto wie;)
            pzdr

  4. A gdzie zrobiliście fotkę numer jeden? Czadowa!

  5. Ten wodospad – aż trudno uwierzyć, że są jeszcze takie miejsca na świecie… Naprawdę zazdroszczę takich przeżytych w pełnym skupieniu świąt, bez rozpraszających bodźców z zewnątrz czy po prostu bez tego komercyjnego bagna, w który znika wszystko to, co w świętach najważniejsze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *