Start » Chiny » Andrzej to złapał

Andrzej to złapał

Dlaczego właściwie zamiast dalej na północny-zachód, zaczęliśmy się kierować dokładnie w odwrotną stronę? Dlaczego znów spędziliśmy 20 godzin w najtańszej klasie chińskiego pociągu, zamiast pedałować ile sił w nogach? W jakim celu przyjechaliśmy z przyjemnego górskiego chłodu w rejon deszczowy, gorący i duszny? Właśnie po to, aby Andrzej mógł się zakochać!

A wszystko przez Muriel i Lluisa – parę sympatycznych Katalończyków. To oni jeszcze w Birmie, na środku jeziora Inle a potem w górach Laosu, niestrudzenie i z wielką pasją opowiadali nam o wspinaczce skałkowej. Szwędają się tak razem po świecie z plecakami wypełnionymi linami, karabinkami, ekspresami i innym sprzętem. Wspinają się gdzie tylko mogą. Są szaleni. Podczas pożegnalnego wieczoru w Laosie padło zdanie: Wy jedziecie do Chin, my też jedziemy do Chin. Spotkajmy się tam i powspinajmy razem! No to się spotkaliśmy… i powspinaliśmy.

Lluis, Muriel, Andrzej i Alicja w Yangshuo, Chiny
Lluis, Muriel, Andrzej i Alicja w Yangshuo, Chiny

Yangshuo, jeden z chińskich hitów turystycznych, jest też rajem dla wspinaczy skałkowych. Ściany wszechobecnych wapiennych stożków oferują całą gamę tras o różnej trudności. Właśnie dlatego Muriel i Lluis postanowili przyjechać tu na kilka tygodni, aby wspinać się do woli. Właśnie dlatego my postanowiliśmy tu przyjechać, bo oni mieli nas uczyć. Nastąpiło więc trzecie nasze spotkanie: Cześć, cześć, co u Was, dobrze, a co u Was, też dobrze, no, to jutro się wspinamy? OK!

Stałam w uprzęży wspinaczkowej pod wapienną ścianą i obserwowałam jak szczupła Muriel po prostu tańczy wspinając się po tej skale, a wielki jak niedźwiedź Lluis jest w stanie rozciągnąć się tak, że dostaje do najodleglejszych punktów zaczepienia.

Zastanawiałam się jak ja niby mam się tam wspiąć? Przecież to prawie pionowe i prawie gładkie! Specjalne buty wspinaczkowe cisnęły tak strasznie, że prawie nie czułam palców. Wgramoliłam się jak jakiś kloc na kilka metrów, potem metr wyżej i zostałam tak niezgrabnie rozpięta na skale. Co teraz? Przełóż prawą nogę do tyłu, lewą daj do góry, prawą rekę przesuń do środka, lewą daj wyżej i podciągaj się – instruowali mnie z dołu Muriel i Lluis. Łatwo powiedzieć… Naszła mnie jakaś fala złości: na siebie, że dałam się na to namówić, na tę ścianę , że taka trudna, na buty, że tak cisną, na pogodę, że tak duszno i znów na siebie, że taki ze mnie słabeusz. Taka bezsensowna złość na wszystko i na nic. Dopadł mnie też strach, choć nie byłam wysoko i przecież Lluis asekurował mnie na tzw wędkę.

W jednej sekundzie wyrzuciłam z siebie potok niecenzuralnych słów i ruszyłam dalej. Dogramoliłam się wreszcie na szczyt i… nastąpiło poczucie zwycięstwa, bo wdrapałam się, wgramoliłam, wpełzłam, choć wspinaczką tego bym nie nazwała, ale dotrałam na górę. W nagrodę mogłam przez parę chwil popatrzeć na okoliczne góry całe pokryte szaloną, zieloną roślinnością. Pięknie.

Bajkowe Yangshuo - trochę jak z filmów o Chinach.
Bajkowe Yangshuo – trochę jak z filmów o Chinach.

Przez tę jedną minutę, a może dwie, kompletnie zmęczona, zadowolona i zupełnie sama, czułam się jak w jakimś innym świecie. To chyba dla tego momentu, tego poczucia zakończenia trudnego zadania i wolności, ludzie chcą się wspinać. Fajnie, ale chyba nie dla mnie.

A Andrzej? Jak koziołek wskakiwał z jednej skałki na drugą. Wspinał się jakby nie sprawiało mu to żadnej trudności, jakby robił to od lat… Nasi Katalońscy przyjaciele byli zdumieni – Człowieku, Ty masz do tego świetne warunki fizyczne! Andrzejowi aż oczy błyszczały kiedy zjechał w dół po zdobyciu kolejnej ściany. Hej, to mi się naprawdę podoba! – krzyczał z entuzjazmem. Złapał bakcyla.

Z naszymi katalońskimi przyjaciółmi spotykaliśmy się prawie codziennie o tej samej porze, w tej samej pierogarni. Po obowiązkowej porcji chińskich pierożków mkneliśmy rowerami w stronę skał, o ile nie padał deszcz. Andrzej wspinał się instruowany przez Muriel, Lluis przygrywał nam na nowo zakupionej okarynie, a ja strałam się to wszystko udokumentować.

Muriel on the rock
Muriel on the rock

Pewnego dnia deszcz złapał nas tuż pod samą ścianą i musieliśmy schować się w małej jaskini. Ze wspinania nici, ale siedząc tak we czwórkę i zajadając ciastka, czuliśmy się jak na wagarach… Ech, w dobrym towarzystwie czas mija miło, ale szybko. Muriel opowiedziała nam wtedy historię pobliskiej skały:

Pierwsi wspinacze, którzy w Yangshuo zdobywali kolejne ściany i robili ścieżki wspinaczkowe, mieli trudności, aby przekonać miejscjową ludność o tym, że nie robią nic złego. Pracujący w polu rolnicy podejrzliwie obserwowali wspinających się na skały cudzoziemców i nie mogli zrozumieć po co oni to robią. Gdy zobaczyli, że wspinacze wbijają w skałę jakiejś dziwne pręty, natychmiast porzucili pracę w polu i przybiegli pod ścianę. „Zostawcie nasz skarb!!!”- krzyczeli. „Jaki skarb? My tu nie dla skarbu jesteśmy, wspinamy się na skalne ściany. To taki sport.” – przekonywali miejscowych wspinacze. Wzburzenie wśród miejscowych rolników rosło, zwłaszcza gdy zobaczyli, że wspinacz wbija metalową śrubę na samym szczycie skały. I znów: „Zostawcie nasz skarb!!!”. Tym razem zrobiło się groźnie i trzeba było sprowadzić dobrego tłumacza, aby sprawę wyjaśnił. Okazało się, że miejscowi byli przekonani, że te śruby wbijane są po to, żeby skałę można było przypiąć linami do samolotu, który wyrwie ją z ziemi i zabierze gdzieś daleko. A ta skała to właśnie był ich skarb.

Historia niby zabawna, a tak naprawdę smutna. Pokazuje po raz kolejny jak głęboka jest między nami przepaść kulturowa i jak sprawy dla nas proste i oczywiste w innym zakątku świata mogą wydawać się kompletnie niezrozumiałe.

Czy będziemy jeszcze się wspinać? Andrzej na pewno, a ja nie wiem, pewnie jeszcze spróbuję. Aktualne okoliczności nie do końca sprzyjają temu, żeby ten sport uprawiać, bo mamy rowery i chcemy nimi jechać dalej, ale może znów, gdzieś w drodze nadarzy się okazja, żeby się trochę “porozciągać”.

O autorze: Andrzej Budnik

Alternatywny podróżnik, zapalony bloger i geek technologiczny. Połączenie tych dziedzin sprawia, że w podróż przez australijski interior czy nowozelandzkie góry zabiera do plecaka drona, który pozwala mu przywieźć niepublikowane nigdzie wcześniej zdjęcia i oryginalne ujęcia wideo. Swoją duszę zaprzedał górom w północnym Pakistanie i tadżyckim Pamirze, które odkrywał podczas 4-letniej podróży lądowej przez Azję i Australię. Od wielu lat zaangażowany w aktywizację polskiego środowiska podróżniczego. Założyciel i obecnie współautor najstarszego, aktywnego bloga podróżniczego w Polsce – LosWiaheros.pl. Nominowany do Travelerów 2010 i Kolosów 2013. Zwycięzca konkursu Blog Roku w kategorii Podróże i Szeroki Świat w 2007 roku. Zawodowo licencjonowany pilot drona w firmie CrazyCopter.pl specjalizującej się w fotografii lotniczej i wideo z drona. Łącząc od lat pracę zdalną i podróże stara się promować styl życia określany Cyfrowym Nomadyzmem.

Podobny tekst

LosWiaheros w Pytaniu na Śniadanie

To był bardzo niespodziewany telefon. – Dzień dobry. Chciałabym Państwa zaprosić do programu Pytanie na Śniadanie. Będziemy rozmawiać …

7 komentarzy

  1. no jak nic widac, ze Andrzej to urodzony Kozioł…:) Zazdroszcze wspaniałej zabawy..:)

  2. Jak najbardziej miałam na myśli takiego kozła górskiego oczywiście…;)

  3. Fajna kraina. Tez tam bylismy w 2007r. tylko sie nie wspinalismy… A poza tym to rowniez Wy natchneliscie nas. Wlasnie pakujemy sie i ruszamy dookola Swiata :o) Dzieki…
    http://ourvoyages.com/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *