Start » Indonezja » Jak my się bali płynąć na Bali
Zachód słońca nad jednym z balijskich wulkanów widziany z pokładu jachtu.

Jak my się bali płynąć na Bali

Plan ustalony. Z Gili Air wyruszamy przed zmrokiem. Płyniemy nocą, aby rano zakotwiczyć na północy Bali – w Lovinie. Nagle dostaję wiadomość: „tylko nie płyńcie na Bali nocą”! I się zaczęło…

Znajomi, którzy w Lovinie byli zakotwiczeni już od tygodnia, chcieli nas ostrzec i poinformować o niebezpieczeństwach czyhających na nocnych żeglarzy. Nieopacznie maila pokazałam Tedowi, a ten im dłużej go czytał, tym bardziej otwierały mu się oczy, na czole pojawiły się krople potu, a  ręce zaczęły mu drżeć.

W wiadomości tej znajomi opisywali jak to spędzili bezsenną noc na pokładzie swojego jachtu z powodu „dozen of fishing hut device things” jak to określili. Chodzi o rybackie bambusowe chatki zakotwiczone kilka, czasem kilkanaście mil od brzegu. W dzień nie stanowią większego problemu, bo można odpowiednio wcześniej je dojrzeć i uniknąć kolizji. Mieliśmy na indonezyjskich wodach wiele takich sytuacji. Nocą jednak sytuacja wygląda gorzej. Chatki nie są oświetlone w żaden sposób i pojawiają się po prostu znikąd. Łatwo więc o kolizję.

– Nie płyniemy nocą – postanawia Ted – musimy zmienić plan. Wypłyniemy stąd przed świtem, żeby dotrzeć do Loviny przed zmrokiem i ominąć rafy otaczające tamtejszą plażę.
– A jak po ciemku ominiemy rafy otaczające miejsce w którym jesteśmy teraz? – pytamy naszego kapitana.
Cisza. Ted siada nad mapami i zaczyna analizować, coś kreślić, coś wymazywać, obliczać, drapie się w głowę, a w końcu postanawia napić się herbaty (bez cukru, z mlekiem).

Po kwadransie Ted odstawia pusty kubek i zarządza:
– Andrzej, bierzesz ponton, GPS’a i wyznaczysz dokładną drogę, którą musimy podążać, żeby po ciemku ominąć tutejsze rafy. Chcę wypłynąć przed świtem, nie chcę żeglować nocą z przyklejoną do oczu lornetką!

Andrzej po chwili siedzi w pontonie i rusza z GPS’em w ręku w stronę rafy koralowej. Po godzinie wraca z wykonanym zadaniem i dzieli się rezultatem  z kapitanem.
– Co? Coś Ty tu natworzył? Co to za wijący się wąż? – Ted patrzy pytająco.
– Ten wijący się wąż, to jest właśnie nasza trasa między rafami, którą mamy pokonać! – mówi z uśmiechem Andrzej.
– To niemożliwe! Nie ominiemy tego dziadostwa po ciemku! Musimy wymyślić coś innego.

Znów dyskusja, nowe propozycje, obliczanie, planowanie, gdybanie itd. W końcu zapada decyzja. Wracamy do planu pierwszego, czyli płyniemy nocą. Ted wyznacza nowy kurs tak, żebyśmy płynęli w miarę daleko od brzegu wyspy i ominęli rybackie chatki.

Żeglujemy w stronę Bali.

Mamy dobry wiatr. Czasem nawet za dobry. Wieje 26-30 węzłów i musimy zwalniać, żeby nie płynąć za szybko. Fale coraz większe, łódka kołysze się niemiłosiernie, a ja muszę zejść do kuchni i przygotować kolację. W takich warunkach nawet zaparzenie herbaty jest trudne, a gotowanie ma więcej wspólnego ze sztuką cyrkową niż kulinarną. Najbardziej nie lubię, kiedy sałatka wyskakuje z miski i muszę ją łapać  zanim znajdzie się na podłodze. Liczy się refleks i balans. Tym razem w dodatku zepsuło się zamknięcie szafki, w której są talerze (plastikowe). Przy każdym mocniejszym przechyle drzwiczki otwierają się, a talerze, jak latające spodki fruwają po całej kabinie.

Plaża na Gili Air. w tle zakotwiczone jachty.

Fale tłuką o pokład i woda leje się do środka, więc trzeba pozamykać wszystkie okna. Momentalnie robi się duszno jak w saunie. Z gara, w którym gotuje się makaron bucha gorąca para.  Nie ma czym oddychać.

Nagle czuję charakterystyczny ścisk żołądka. Wybiegam na pokład zanim będzie za późno i co widzę? Jeden z najdziwniejszych zachodów słońca: w dali balijski wulkan Agung, a nad jego szczytem pomarańczowa kulka. Mija kilka minut i słońce jest już dokładnie za wulkanem. To wszystko wydaje się tak blisko, a my mamy płynąć tam całą noc?! W dodatku zapowiada się jakiś dramatyczny tor przeszkód…

Po kolacji ustalamy kolejność wacht. Moja od 23:00 do 2:00. Próbuję się trochę przespać, ale w środku jest zbyt gorąco. Jeszcze trochę śpiąca wychodzę na pokład, aby przejąć wachtę. Na pytanie o rybackie chatki Ted uspakaja mnie i mówi, że niczego takiego nie widział, a poza tym jesteśmy za daleko od brzegu.

Zostaję sama na pokładzie. Jest zupełnie ciemno. Księżyc pojawi się dopiero po północy. Wiatr nie tak silny jak wieczorem, ale suniemy ok 6 węzłówę. Przy tej prędkości spotkanie z chatką mogłoby się skończyć mało ciekawie, ale przecież chatek nie ma, bo jesteśmy daleko od brzegu…

Tak spokojnie mija pierwsza godzina wachty. W nocy zaznaczamy na mapie aktualną pozycję jachtu co godzinę. Kilka minut przed północą zbieram się, żeby zejść na dół i sprawdzić współrzędne. Nagle widzę przed dziobem jachtu czarną plamę. Co to? Wygląda jak olbrzymi strach na wróble… To rybacka chatka! Aaaaa!!!

Rzucam się do steru, wyłączam automatycznego pilota i daję mocno w prawo. Kilka metrów od lewej burty widzę ten cholerny rybacki domek z bambusa, wymiary ok 2x2x2 i wielki liść palmowy na czubku dachu. Było blisko! Jak to możliwe? Tyle metrów kwadratowych powierzchni, a ta chatka musiała się pojawić tuż przed naszym jachtem i właśnie na mojej zmianie?! Jeśli byłam lekko znudzona i zaspana, to już nie jestem – adrenalina zrobiła swoje.

Teraz z kolei mam jakieś omamy i wszędzie już widzę tylko te chatki. Na szczęście wyszedł księżyc i trochę oświetla drogę. Łatwiej będzie dojrzeć przeszkody. Czuwam tak i czuwam, wypatruję następnych „strachów na wróble”, ale nic się nie dzieje. Czas w takim momencie jakoś szybciej płynie i nawet nie zauważyłam kiedy na pokład przyszedł zaspany Andrzej. Moja opowieść o spotkaniu z domkiem jest dla niego skutecznym budzikiem, a ja wreszcie mogę odetchnąć z ulgą. Zasypiam od razu.

Rano, ok 8 jesteśmy prawie na miejscu. Donoszą nam o tym widziane z daleka maszty innych jachtów i grupa delfinów płynących tuż obok nas. Welcome back to Bali! 🙂 No to teraz strach się bać…

O autorze: Andrzej Budnik

Alternatywny podróżnik, zapalony bloger i geek technologiczny. Połączenie tych dziedzin sprawia, że w podróż przez australijski interior czy nowozelandzkie góry zabiera do plecaka drona, który pozwala mu przywieźć niepublikowane nigdzie wcześniej zdjęcia i oryginalne ujęcia wideo. Swoją duszę zaprzedał górom w północnym Pakistanie i tadżyckim Pamirze, które odkrywał podczas 4-letniej podróży lądowej przez Azję i Australię. Od wielu lat zaangażowany w aktywizację polskiego środowiska podróżniczego. Założyciel i obecnie współautor najstarszego, aktywnego bloga podróżniczego w Polsce – LosWiaheros.pl. Nominowany do Travelerów 2010 i Kolosów 2013. Zwycięzca konkursu Blog Roku w kategorii Podróże i Szeroki Świat w 2007 roku. Zawodowo licencjonowany pilot drona w firmie CrazyCopter.pl specjalizującej się w fotografii lotniczej i wideo z drona. Łącząc od lat pracę zdalną i podróże stara się promować styl życia określany Cyfrowym Nomadyzmem.

Podobny tekst

Hangout On Air wprost z Karaibów

Bardzo jesteśmy podekscytowani, bo za chwilę przeniesiemy się wszyscy na Karaiby, gdzie właśnie dopłynął jachtostopem …

5 komentarzy

  1. Widze ze przygody was nie omijaja. Dobrze ze jakos doplyneliscie:) A tobie Alicjo gratuluje refleksu i mimo wszystko odwagi. mimo ze sporo umiecie to taka nocna warta dla nowych zeglarzy w takim rejonie to jest cos:)

  2. To widać, że już stare wilki morskie prawie jesteście… Pogratulować!  Trochę strachu się najedliście, ale mimo to wielu dalszych, fajnych przygód Wam życzę 🙂

  3. @e6b32126d5d3c8f18ca8b228cd18c5f4:disqus okazuje sie, ze tego typu “urozmaicenia” na wodzie wystepuja w Indonezji dosc czesto. Czasem cieszymy sie, ze to nie nasz jacht 😉
    @740be26ba3822fcf91aba701a7aad805:disqus nie takie stare i nie wilki, tylko tygrysy 🙂

  4. Jesteście niesamowici. Tak trzymać! 🙂 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *