Start » Iran » Irańska gościnność po raz pierwszy… i nie ostatni
Błękitny meczet.

Irańska gościnność po raz pierwszy… i nie ostatni

Pierwszy dzień w Iranie minął nam bardzo szybko. Być może dlatego, że chłonęliśmy wszystko, co widzieliśmy garściami. Wszystko było dla nas nowe – język alfabet, sposób bycia ludzie, architektura, zwyczaje i reguły w tym kraju panujące, a zwłaszcza… pieniądze.

Jak się robi owocowe “szejki” w Iranie

W Iranie obowiązującą walutą jest Rial. W przeliczeniu 1 $ to 10 000 Riali, ale aby nie było za prosto, w powszechnym obiegu walutą jest nieistniejący Toman, a dokładniej to Rial, ale przeliczany na Tomany. Dziwne? Bynajmniej… jest to jak najbardziej logiczne i naturalne. Jak pytasz ile kosztuje szejk bananowy, to odpowiedź brzmi 600, a tak na prawdę trzeba zapłacić 6000, czyli 0,6 USD.

No, to teraz jak to wygląda w praktyce pierwszego dnia pobytu w Iranie? Chcę kupić piwo – nierealne, ale do tego jeszcze wrócimy ;) Chcę więc kupić wodę – słyszę 300 (w domyśle Toamnów), no więc daje 300 ale Riali, bo takie są banknoty a gość na mnie z oczami i powtarza: „three hundret”! No więc, ja na niego z oczami i daję mu to cholerne trzysta, a ten znów: „three hundret”! „Kurde to w końcu ile ta cholerna woda kosztuje?” – nucę pod nosem po polsku i pokazuję mu banknoty jakie mam. Ten ze stoickim spokojem wyciąga sobie 3000, czyli 300!! „Dżizys… no tak, przecież 1 Toman to 10 Riali” – myślę sobie. Takie to proste….i jakie logiczne.

O co chodzi? A no ponoć o to, że łatwiej wszystko przeliczać na Tomany, które de facto nie istnieją i płacić w Rialach, które równają się 1/10 Tomana. Irańczycy, jak nam to tłumaczą, ułatwiają sobie w ten sposób życie i w związku z wysokimi nominałami ucinają jedno zero tworząc tym samym łatwiejszą do wymówienia walutę (szybciej jest wymówić pięćset niż pięć tysięcy) o wartości 1/10 oficjalnej waluty Iranu. Oczywiście ten mały niuans wychodził psuł nam krew przez około 3-4 dni aż się nie przyzwyczailiśmy. Nawet jak się już przyzwyczailiśmy, to dalej uważam, że wcale to życia nie ułatwia, ale świetnie nadaje się do zrobienia w kanta białego pytającego o cenę taxi i słyszącego cenę o 10 razy mniejszą niż finalna. I co najgorsze – wszystko jest ok! Kto nie zna lokalnych zwyczajów, ten traci… Jak ja kocham Azję!!! :)

LosWiaheros z Nasserem z iformacji turystycznej w Tabrizie.
LosWiaheros z Nasserem z iformacji turystycznej w Tabrizie.

Wracając jednak do Tabrizu… zostajemy tutaj dwa dni – pierwszy to typowa marszruta krajoznawcza. {joomplu:723}Meczety, ciekawe budynki, parki etc. Atrakcją największą był jednak Nasser, który pracuje w informacji turystycznej w Tabrizie i „wymiata po polsku”. Jak się dowiedzieliśmy miał dość emocjonalny epizod w swoim życiu związany z Polską, jednak w efekcie końcowym poślubił Irankę, bo nie mógł zostać z przyczyn formalnych w Europie. Nasser to wg mnie obowiązkowy punkt bardzo ubarwiający nieco szary Tabriz. Na prawdę polecam wizytę w Informacji Turystycznej na końcu Ferdosi Street i pogadanie z Nasserem. Na drzwiach jego biura można zauważyć zresztą sporo naklejek z Polski :) Miło!

Tuż koło informacji turystycznej zaczyna się bazar, na którym ponoć jest łącznie ponad 5 tys. kg złota. Jak dodają miejscowi: „i ani jednego policjanta – tak bezpiecznym krajem jesteśmy”. Ciężko racji im nie przyznać. Iran faktycznie jest bardzo bezpieczny, a ludzie niesamowicie otwarci, pomocni i gościnni, o czym przekonaliśmy się już podczas pierwszych dni pobytu w Iranie.

Polując z aparatem w ręku w parku przy Błękitnym Meczecie na kobiety w czadorach, podchodzi do nas parka dziewczyn. }Zagadują po angielsku, ale jednak na tyle im to kiepsko idzie, że z pomocą przychodzą im kolejne i kolejne… w końcu wokół nas szukających chwili wytchnienia z dala od szalonego ruchu ulicznego, jesteśmy otoczeni przez 10 Iranek. Nagle pojawia się kolejna piękność i rezolutnym gestem przedstawia się czystą angielszczyzną i siada koło mnie. Zaczyna się rozmowa, której trwa dłuższą chwilę i której efektem jest nasza wizyta w sklepie z komórkami, gdzie Fateme, bo tak ma na imię owa piękność, pomaga nam kupić sim kartę IranCell’a. Z nią i jeszcze jedną Iranką umawiamy się na jutro na popołudnie na obiad. Dziewczyny mają przyjechać po nas do hotelu.

Wieczorem siedząc sobie w hotelu i popijając schłodzone zimne piwo… bezalkoholowe, nagle słyszymy pukanie do drzwi. Widzimy głowę jakiegoś Irańczyka, a po chwili do naszego pokoju wchodzi Michał, na którego mieliśmy czekać właśnie w Tabrizie. Żeby było śmieszniej, to Michał trafił do naszego hotelu bez sprawdzania maila, gdzie wysłaliśmy mu dokładne namiary na siebie. Po prostu wybrał z przewodnika ten sam hotel, co my. Jeden z najtańszych! :) Szczęśliwi, że nasz towarzysz podróży na cały Iran sam się znalazł, zasypiamy aby sprostać wrażeniom dnia kolejnego.

Islam ma swoje wymogi, Alicja szuka nieobcisłych spodni.
Islam ma swoje wymogi, Alicja szuka nieobcisłych spodni.

Poza kolejnymi standardowymi punktami programu pt. zwiedzanie Tabrizu i szukanie ciuchów dla Alicji odpowiadającym wymogom {joomplu:725}Islamskiej Republiki Iranu, czekamy na spotkanie z dziewczynami. Oczywiście przez cały dzień telefon się rozdzwania do czerwoności, bo plany zmieniły się przynajmniej pięć razy, w końcu spotykamy się. Okazuje się, że dziewczyny w obstawie ich rodzeństwa i cioci, chcą zabrać nas do parku, z którego właśnie wróciliśmy. A co, jedziemy! Tam robimy sobie mały piknik a przy okazji Fateme (przyszła aktorka) prezentuje nam swoje umiejętności recytatorskie i piosenkarskie. Zresztą posłuchajcie i oceńcie sami. Dla mnie była to nie lada atrakcja, Na pewno fajniejsza niż bazar i meczet razem wzięty ;)

Starsza Iranka zjeżdżająca na zjeżdżalni w swoim czarnym czadorze.
Starsza Iranka zjeżdżająca na zjeżdżalni w swoim czarnym czadorze.

My też się odwdzięczyliśmy polskimi wierszami i piosenkami po czym kończąc 10 z rzędu wspólną sesję zdjęciową udajemy się zaproszeni przez wujka Rocalle do wesołego miasteczka, gdzie nas po prostu wgina w ziemię. Irańczycy, a głównie Iranki, które przemykają w swoich czadorach przez ulice ożywają po zmroku w parkach rozrywki. Jeżdża na czym się da i jak się da wydając przy tym wszelkie możliwe dźwięki przystające do zachwytu i podniecenia o piskach nie wspominając. Szok!!!

Największe jednak wrażenie zrobiła na mnie ciotka Roghayeh, która w swoim czarnym czadorze zjeżdżała {joomplu:823}na zjeżdżalniach z dziecinnym uśmiechem na twarzy i z powiewającym czadorem za sobą. Ciekawostką jest to, że wesołe miasteczka są bardzo popularne w Iranie. Zarówno w Tabriz jak i w Ardabil, w którym byliśmy w następnej kolejności, widzieliśmy całe masy ludzi, które już po zmroku (Allah nie widzi) szalały w wesołych miasteczkach, a w szczególności kobiety.

Koło południa dnia następnego wykwaterowaliśmy się w Tabrizie z hotelu i wylegliśmy na ulicę w liczbie osób 4 plus nasi znajomi z wczoraj, którzy nas żegnali. Zacząłem łapać taxi, ale wszystko akurat jechało pełne aż w końcu zatrzymał się samochód, w którym siedziało dwóch młodych chłopaków. Zapytali, czy mogą pomóc. Opowiedziałem, że staram się znaleźć jakieś taxi do dworca autobusowego, na co oni otwarli klapę bagażnika i równocześnie powiedzieli: „Ładujcie się!” Podwieźli nas na dworzec i nie chcieli żadnych pieniędzy mimo iż naciskaliśmy 3 razy jak to w zwyczaju irańskim jest przyjęte. Zaprowadzili nas do autobusu do Adrabilu i chcieli jeszcze zapłacić za nasze 4 bilety, ale już tym razem stanowczo się oparliśmy i zapłaciliśmy za nie sami. A to naprawdę dopiero początek irańskiej gościnności, która w Iranie nas spotkała.

Do Ardabil jechaliśmy starym Mercedesem… fajny gruchot na krótkie trasy. Po dotarciu na miejsce skontaktowaliśmy się z naszym hostem, który poinstruował taksówkarza, gdzie nas powinien podwieźć i po 15 minutach byliśmy po raz pierwszy w prawdziwej irańskiej rodzinie. Wrażenie było niesamowite! Najważniejsza kwestia to, aby przy powitaniu nie wyciągnąć ręki (mężczyzna) do muzułmanki, bo to straszny nietakt. Trzeba się mocno kontrolować w tej kwestii.

Mieszkanie, jak mieszkanie z tą różnicą, że nie ma mebli, że są perskie dywany i że się je, śpi i siedzi na podłodze. Jest klimacik. Pierwszy raz robi spore wrażenie tym bardziej jeśli jest się przyjmowanym przez tak fajną rodzinę jak Karima, który jednak szczególnie zszokował nas dnia następnego, ale o tym później.

Joseph, Keyvan, Marta i Alicja
Joseph, Keyvan, Marta i Alicja

Karim zabrał nas do parku i nad jezioro pod wieczór i jak na nieirańską pogodę przystało było stosunkowo zimno – przydał się polar, bo Ardabil jest położony w górach. {joomplu:740}Szybko się z Karimem zgadaliśmy, że fajka wodno to jest to, co wszyscy lubimy najbardziej, więc poszliśmy do takiego specjalnego miejsca, gdzie faje można sobie zamówić. Znów tyle wrażeń: fajka wodna, dym unoszący się w powietrzu, specjalne siedziska na których się siedzi i super towarzystwo Karima i jego przyjaciela Josepha! Sporo żartów, ciekawych rozmów, poważnych i niepoważnych. Karim wytłumaczył nam dużo kwestii dot. Iranu i jego specyfiki, przez co lepiej mogliśmy go zrozumieć mimo, iż kwestia religii dalej jest dla nas niepojęta, ale do tego jeszcze wrócimy. Po długim i owocnym wieczorze wróciliśmy do domu i dostaliśmy kolację od mamy Karmia. Objedliśmy się niemiłosiernie pysznym irańskim jedzeniem w Ardabilu jeszcze podobnym do Tureckiego. A co ciekawe! Cały region Azerbejdżanu w Iranie mówi w większości po turecku, w domu szczególnie i są czynione mocne starania, aby oderwać się od Iranu i dołączyć do Turcji. Mało realne się to wydaje, ale warto o tym wiedzieć.

Następnego dnia już wyjeżdżaliśmy w stronę Teheranu, bo czas nas trochę ograniczał weekendem, który nadchodził i tym, że musimy złożyć wniosek wizowy w chińskiej ambasadzie, a w Iranie niedzielą jest piątek, więc musieliśmy z Ardabil wyjechać najpóźniej we wtorek wieczorem. Po śniadaniu Karim dał nam szansę zobaczyć jak świetnie gra na santoor – irańskim instrumencie. Długo nie mogliśmy wyjść z podziwu. Na filmiku poniżej dołączyła do niego jeszcze jego siostra na bębnie. Sami zresztą posłuchajcie jak to wyszło:

Kompleks Sheikh Safi-ad-din Is'haq
Kompleks Sheikh Safi-ad-din Is’haq

Do godziny 19, kiedy to mieliśmy autobus do Teheranu mogliśmy zagospodarować jeszcze całe popołudnie, więc pierwszy wybraliśmy się do {joomplu:539}Mauzoleum Sheikh Safi-Od-Din, które wywarło na nas niesamowite wrażenie. Dookoła kryształy, złocenia, malutkie kawałki lusterek, którymi wyłożone są całe ściany sprawiają, że człowieik czuje się zagubiony i trochę przytłoczony przepychem. Samo mauzoleum jednak ma trochę inny charakter niż do tego przywykłem. Ciała szejka nie widać, jak np. Lenina lub Mao w Pekinie ;) za to jest sarkofag, który jest przez Irańczyków jest traktowany z dużym namaszczeniem. I wszystko byłoby ok, gdyby nie mały incydent z Michała aparatem, który upadł na ziemię i się trochę pogruchotał. Canon trochę waży, ale na szczęście rozbił się tylko filtr a samo szkło przetrwało. Szczęście w nieszczęściu zdjęcia dalej da radę robić, ale zoom był na zasadzie wyciągnij-wepchnij ;)

Wieczorem wyjechaliśmy w stronę Teheranu, dopiero w którym przyszło nam poznać Iran, a w szczególności jego szaleńczy ruch uliczny, którego staliśmy się uczestnikami.

O autorze: Andrzej Budnik

Alternatywny podróżnik, zapalony bloger i geek technologiczny. Połączenie tych dziedzin sprawia, że w podróż przez australijski interior czy nowozelandzkie góry zabiera do plecaka drona, który pozwala mu przywieźć niepublikowane nigdzie wcześniej zdjęcia i oryginalne ujęcia wideo. Swoją duszę zaprzedał górom w północnym Pakistanie i tadżyckim Pamirze, które odkrywał podczas 4-letniej podróży lądowej przez Azję i Australię. Od wielu lat zaangażowany w aktywizację polskiego środowiska podróżniczego. Założyciel i obecnie współautor najstarszego, aktywnego bloga podróżniczego w Polsce – LosWiaheros.pl. Nominowany do Travelerów 2010 i Kolosów 2013. Zwycięzca konkursu Blog Roku w kategorii Podróże i Szeroki Świat w 2007 roku. Zawodowo licencjonowany pilot drona w firmie CrazyCopter.pl specjalizującej się w fotografii lotniczej i wideo z drona. Łącząc od lat pracę zdalną i podróże stara się promować styl życia określany Cyfrowym Nomadyzmem.

Podobny tekst

Gdyby nie było pieniędzy, czyli zakupy w Afganistanie

Scenariusz jest prosty: idziesz do sklepu, wkładasz do koszyka wybrane produkty, idziesz do kasy, wyjmujesz pieniądze lub kartę …

5 komentarzy

  1. Hej! Czytam Wasz blog już od dwóch dni i podziwiam. Muszę przyznać, że dolaliście oliwy do ognia jeśli chodzi o moje pragnienie wyjazdu do Iranu. 

  2. co do tej waluty w Iranie, to z tego co rozmawiałem z lokalnymi
    znajomymi używanie tomanów zamiast rialów (rial oficjalny) jest swoistym
    rodzajem mini buntu przeciw systemowi. państwo ustaliło pewien system,
    to ludność manifestuje że coś im się nie podoba i wprawdzie nie
    rezygnują z używania systemowych pieniędzy, ale powiedzmy symbolicznie
    używa swojej własnej waluty. no i poza tym serio łatwiej płacić jednym zerem mniej. to tak jak w Polsce kiedyś płaciliśmy milionami…
    nie wiem czy wszyscy to w ten sposób traktują, ale przynajmniej mi to
    do kontekstu pasuje, bo masa ludzi, z którymi rozmawiałem wyrażała swoje
    powiedzmy “niezadowolenie” panującym ustrojem. no i tak na marginesie,
    orientując się w cenach trochę już (po dwóch dniach) można się
    spodziewać czego od nas chcą – ciekawostka, można rozumować kwestiami
    ile Khomeiniów zapłacić (bo jego podobizna na papierku ;) a i tak
    najczęściej się płaciło zielonym i niebieskim banknotem (bądź ich
    wielokrotnością). No, ale ciekawy też motyw…trzy-STA nawet w polskim
    szybciej się gada niż trzy-TY-SIĄ-CE, co nie? ;))

  3. Wspaniały blog, wciągam się coraz bardziej i mam zamiar Was “dogonić”, tak by czytać aktualne wpisy, ale nie będę się spieszył, bo warto delektować się smakowitą lekturą. Jedynie te wyskakujące przy nieopatrznym ruchu myszą tweetery i inne fejsbuki nieco przeszkadzają w odbiorze. Wszelkiego powodzenia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *