Start » Laos » Ekotrekking w Laosie, czyli jak nabić “białych” w butelkę! Cz.2.
Tyle mniej więcej zostało z dżungli w płn-zach Laosie.

Ekotrekking w Laosie, czyli jak nabić “białych” w butelkę! Cz.2.

Po wstępnym ogarnięciu się z błota poprosiliśmy naszego przewodnika, aby zorganizował coś z czego można by rozpalić ognisko. Chcieliśmy wysuszyć nasze przemoknięte ubrania. Oczywiście, jak to na ekotrekking przystało nasz przewodnik skombinował trochę plastikowych butelek walających się po wiosce, które posłużyły za rozpałkę. Kiedy to zobaczyliśmy, ręce nam już opadły całkowicie, a jak się okazało nie był to koniec jego inwencji twórczej.

Powiem szczerze, że nikt nie miał za bardzo ochoty chodzić po wiosce, gdyż wszyscy zajęci byli suszeniem swoich rzeczy. Poza tym, wioska nie różniła się wiele od poprzedniej. Te same zmęczone twarze, wymuszone uśmiechy, niechętne spojrzenia, podobne śmieci. Znów największą radochę sprawiły nam dzieciaki, które od razu poprawiały humor. I żeby mnie tutaj ktoś źle nie zrozumiał. My wcale nie oczekiwaliśmy, aby Ci ludzie pozowali nam do zdjęć, ochoczo z nami konwersowali i aby byli super naturalni, kiedy kolejna grupa białasów przychodzi do ich wioski z aparatami na szyi. To wszystko jest według mnie złym pomysłem i mimo, że agencja organizująca taki trekking przekazuje część naszych pieniędzy dla tych ludzi, to czują się oni chyba dość nieswojo w tej sytuacji. Ja czułem się jeszcze bardziej nieswojo i już nigdy więcej takiego błędu nie popełnię. Koniec dygresji.

Eko-wioska.
Eko-wioska.

Przy kolacji, która się spóźniła dobrą godzinę, co Francuzów doprowadziło do białej gorączki, a nas wcale nie zdziwiło, nasz przewodnik wyczuł, że coś jest nie tak. Zaczął więc sypać żartami i udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Zrozumiał, że sytuacja wymyka się mu spod kontroli. W akcie desperacji zakupił dla nas całą skrzynkę piwa, na które wcale nie mieliśmy ochoty. Podobnie jak poprzedniego wieczora, było „100 pytań do” szefa wioski, ale nasz przewodnik tłumaczył tylko połowę z tego, co mówił nasz gospodarz. Po kolacji, która nie różniła się niczym od wcześniejszych posiłków, wróciliśmy do ogniska i po krótkich i raczej cichych międzynarodowych śpiewach, zaczęliśmy ustalać plan działania na następny dzień. Zgodnie stwierdziliśmy, że niezależnie od tego czy będzie padało czy nie, chcemy jak najkrótszą trasą wrócić do drogi głównej, gdzie miał czekać na nas transport do Luang Nam Tha.

Rano poinformowaliśmy o naszej decyzji przewodnika, który wyglądał na bardzo niezadowolonego z naszych ustaleń. Zaczął nas przekonywać, że właśnie tego dnia czekają nas największe atrakcje całej wycieczki, a poza tym musimy iść ustaloną wcześniej drogą, bo innej nie ma. Wiedzieliśmy, że kłamał, bo wcześniej dowiedzieliśmy się, że ubita droga wychodząca z tej wioski wiedzie prosto do głównej drogi… Stało się coś najgorszego, co może przytrafić się przewodnikowi w czasie wycieczki: zupełnie stracił kontrolę nad grupą.

Zmęczeni, przemoczeni i przepełnieni chęcią powrotu, po prostu zaczęliśmy iść ubitą drogą. Chłopak próbował jeszcze nas zatrzymać tłumacząc, że tędy, do głównej drogi będziemy szli ponad sześć godzin. Jakoś nas nie przekonał, a przejście tego dystansu zajęło nam mniej niż trzy godziny. Kłamstwo ma krótkie nogi, tym bardziej jeśli jest zupełnie nieprzemyślane. Wracając ubitą drogą w stronę drogi głownej doszliśmy po około 40 minutach do wioski, w której spaliśmy dnia poprzedniego – w Kim i Sanne zagotowało. We mnie nie mniej. Zamiast wysłać wczoraj dziewczyny krótszą drogą (doszłyby bez problemu), te prawie nie połamały nóg przy zejściu. To już był zupełny koniec. Nie reagowaliśmy na naszego byłego przewodnika w żaden sposób i szliśmy ciągle przed siebie.

Święta brama, o której nic się nie dowiedzieliśmy.
Święta brama, o której nic się nie dowiedzieliśmy.

Ostatnia wioska przez, którą przechodziliśmy wprawiła nas w zupełne osłupienie. Najpierw nasz były przewodnik uprzedził nas, że przed nami jest święta brama, której nie możemy dotykać, ani przez nią przechodzić. Gdy ją zobaczyliśmy zagotowaliśmy. Po pierwsze, była zarośnięta. Po drugie, walały się koło niej setki śmieci, a my właśnie kończyliśmy ekotrekking. Nie mogliśmy słuchać jego opowieści. Poszliśmy dalej.

Gdy doszliśmy do drogi głównej, przewodnik, na którego czekaliśmy pół godziny, bo nie nadążał za nami, {joomplu:1822}stwierdził, że teraz będzie obiad. Uwierzycie? Totalny absurd. Czas oczekiwania na transport do Luang Nam Tha, spędziliśmy bardzo produktywnie – na spisywaniu wszystkich zastrzeżeń, jakie mieliśmy do zorganizowanego ekotrekkingu. Jadąc już do miasta nasz były przewodnik poprosił nas, aby na karteczkach, które nam rozda napisać nasze wrażenia o trekkingu, przepraszam ekotrekkingu i ewentualnie zgłosić jakieś niedociągnięcia. Niedociągnięcia?!. Tak, ewentualnie je zgłosimy. Stwierdziliśmy jednak zgodnie, że feedback (informacja zwrotna) trafi prosto do jego szefa, a nie na karteczki.

Do spotkania doszło, ale nasze komentarze do organizacji tego ekotrekkingu były raczej rzucaniem grochem o ścianę, bo szef (nie wiemy do dziś czy to faktycznie był prawdziwy szef tej firmy, gdyż ubrany był w dziurawe spodnie i porozciągany t-shirt) po wszystkim uśmiechnął się i zaproponował nam piwo, jako rekompensatę… Załamaliśmy się zupełnie. Ten Pan niczego nie zrozumiał z naszego przekazu, albo bardzo mało i prawdopodobnie będzie dalej trzepał tylko kasę i zniechęcał kolejne grupy turystów do dżungli w północnym Laosie.  Na moje pytanie dlaczego dziewczyny, gdy upewniały się co do niezbędnego obuwia na trekking otrzymały odpowiedź, iż trampki w zupełności wystarczą, szef nie raczył zareagować. Uśmiechnął się pojednawczo. Gdy dalej ciągnąłem, czy zdaje sobie sprawę z tego, iż prawie połamały nogi, uśmiechnął się drugi raz. Na koniec zadałem mu pytanie, które wyjaśniło mi wszystko do końca: „Kto pisał Ci tę ofertę, którą czytają turyści, zanim zdecydują się na ekotrekking z Twoją agencją?” Odpowiedź brzmiała: „Mój znajomy z zagranicy.” Nie pytaliśmy o więcej. Po prostu zupełnie zdegustowani wyszliśmy z jego biura.

Malowniczo wyglądające wioski - na plakatach i na zdjęciach TYLKO.
Malowniczo wyglądające wioski – na plakatach i na zdjęciach TYLKO.

To co przeczytaliście powyżej i w poprzednim wpisie, to subiektywna relacja z ekotrekkingu w dżungli w okolicy Luang Nam Tha. Nie chcę tego oceniać. Nie chcę nikogo obwiniać, ani polecać lub zniechęcać. Nie podam też nazwy tej agencji, gdyż nie o to w tym chodzi. Podejrzewam, że poza kilkoma wyjątkami, wszystkie agencje zachowują się tam podobnie (potwierdzili te opinie inni obcokrajowcy, których spotkaliśmy w dalszej naszej podróży, a też mieli przykre doświadczenia z ekotrekkingami w północnym Laosie). Zabawa klockami lego bez instrukcji, jak co po kolei układać doprowadza do takich, a nie innych sytuacji.

Ta relacja, mam nadzieję, zwróci Waszą uwagę (być może potencjalnym klientom, którejś z tamtejszych agencji) na problem, który wg mnie może zepsuć reputację całego regionu. Zastanówcie się więc dwa razy, zanim na cokolwiek się zgodzicie, a przede wszystkim upewnijcie się, kto będzie Waszym przewodnikiem. Może też warto postawić pytanie, czy w ogóle grupowe wizyty w takich wioskach i przyglądanie się ich mieszkańcom (local tribes) jak rybkom w akwarium ma jakikolwiek sens?

Tyle mniej więcej zostało z dżungli w płn-zach Laosie.
Plantacja bananów – tyle mniej więcej zostało z dżungli w płn-zach Laosie.

Przeczytaj pierwszą część relacji z ekotrekkingu.

O autorze: Andrzej Budnik

Alternatywny podróżnik, zapalony bloger i geek technologiczny. Połączenie tych dziedzin sprawia, że w podróż przez australijski interior czy nowozelandzkie góry zabiera do plecaka drona, który pozwala mu przywieźć niepublikowane nigdzie wcześniej zdjęcia i oryginalne ujęcia wideo. Swoją duszę zaprzedał górom w północnym Pakistanie i tadżyckim Pamirze, które odkrywał podczas 4-letniej podróży lądowej przez Azję i Australię. Od wielu lat zaangażowany w aktywizację polskiego środowiska podróżniczego. Założyciel i obecnie współautor najstarszego, aktywnego bloga podróżniczego w Polsce – LosWiaheros.pl. Nominowany do Travelerów 2010 i Kolosów 2013. Zwycięzca konkursu Blog Roku w kategorii Podróże i Szeroki Świat w 2007 roku. Zawodowo licencjonowany pilot drona w firmie CrazyCopter.pl specjalizującej się w fotografii lotniczej i wideo z drona. Łącząc od lat pracę zdalną i podróże stara się promować styl życia określany Cyfrowym Nomadyzmem.

Podobny tekst

Gdyby nie było pieniędzy

Scenariusz jest prosty: idziesz do sklepu, wkładasz do koszyka wybrane produkty, idziesz do kasy, wyjmujesz …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *