Start » Chiny » Spływ rzeką Jangcy, Wuhan i podróż do łagrów, czyli pociąg relacji Szanghaj-Pekin

Spływ rzeką Jangcy, Wuhan i podróż do łagrów, czyli pociąg relacji Szanghaj-Pekin

Już wiecie, że udało nam się spłynąć rzeką Jangcy, zanim jednak to nastąpiło musieliśmy dojechać do miejscowości, z której wypływają statki. Z Gulin jechaliśmy pociągiem łącznie ponad 30 godzin, z czego drugim pociągiem 27 – przez sporą cześć stojąc w tłumie Chińczyków. Różne myśli przychodziły nam przez myśl, łącznie z rezygnacją z podroży tym pociągiem, lub dopłacenie do biletu i przespanie się w kuszetce. Niestety klasa “soft sleaper” była też zapchana, a dojechać jakoś trzeba było. Umęczyliśmy się niesamowicie – każdy znalazł dla siebie po jakimś czasie skrawek podłogi i jakoś przebolał tę podróż, będąc myśli, że to najgorsza podróż podczas tej wyprawy.. I tu się myliliśmy…

Najpierw jednak był spływ. Wyruszyliśmy 11 sierpnia o 20.00, żeby dotrzeć do Yichang o 4 w nocy, skąd zaraz przetransferowano nas autobusem do Wuhan. Początkowo chcieliśmy spłynąć do samego Wuhan, ale jak się okazało, od tego roku spływy organizowane są tylko do Yichang, gdyż do Wuhan trzeba płynąć dzień dłużej, a sama trasa nie jest już interesująca. Wuhan to miasto, które Chińczycy określają jednym z trzech pieców Chin – i rzeczywiście upał był nieznośny. Tak jak i podczas całego spływu. Na statku było nieraz 45 stopni w cieniu, na szczęście przyjemny wiatr nas ciągle chłodził, nie chroniąc niestety od słońca 🙁 O opalaniu nie było mowy, tym bardziej, że chińskie filtry przeciwsłoneczne nic nie mają wspólnego z filtrami przeciwsłonecznymi. Po pierwszym dniu już się o tym przekonaliśmy, dosłownie na własnej skórze.
Sam spływ jednak zaliczamy do bardzo udanych. Troszkę się zregenerowaliśmy i w końcu, choć przez 3 dni nie musieliśmy myśleć o noclegu, jedzeniu i transporcie. Był to spory komfort psychiczny. Niestety trzy przełomy Jangcy nie są tak urokliwe (albo pewnie nie są JUŻ tak urokliwe) jak się to widzi w TV czy na zdjęciach. Woda jest coraz wyżej i różnica pomiędzy wierzchołkami gór, a taflą wody się ciągle zmniejsza… Jak pisałem jednak w smsie, spore wrażenie wywarła na nas Wielka Zapora. Przeprawialiśmy się przez nią przez ponad 3 godziny – w sumie 4 śluzy. Jest to dość efektowne i bardzo ciekawie z technicznego punktu widzenia rozwiązane. Zgodnie stwierdziliśmy, że to była dobra decyzja – spłynąć Jangcy.Gdy dotarliśmy do Wuhan czekała na nas kolejna decyzja – gdzie dalej jechać. Opcje były dwie. Do Pekinu, lub do Pekinu przez Szanghaj. Wynik glosowania 3:1 dla wersji drugiej sprawił, że prawie dwa dni spędziliśmy w tym największym mieście Chin. Miasto jest naprawdę piękne – szczególnie nocą. Podświetlone drapacze chmur, wieże i jeszcze raz drapacze chmur – to wszystko robi ogromne wrażenie, szczególnie w nocy. Tutaj można spokojnie stwierdzić, że właśnie takiego miasta oczekiwaliśmy – tak widzieliśmy go na filmach i takie ono właśnie jest. Wszędzie rozmach i przepych. Co ciekawe tu jak buduje się bloki mieszkalne to nie dwa, trzy, czy pięć na raz, ale 30!! A co się będą rozdrabniać;)

Jedno z przygotowanych do zalania miast.
Jedno z przygotowanych do zalania miast.

Po tych kilkudziesięciu godzinach spędzonych w Szanghaju wylądowaliśmy w stolicy Chin, ale wcześniej była kolejna przeprawa kolejką chińską… W sumie trwało to tylko 22 godziny, ale po ok. 5 godzinach w wagonie wszyscy mieliśmy serdecznie dość. Mielismny miejscówki, ale tak zapchanego pociągu nasze oczy jeszcze nie widziały. 118 miejsc siedzących w wagonie przypadało na oko na ok. 250 Chińczyków – sami sobie możecie wyobrazić, co to oznaczało. Początkowo zajęliśmy miejsca w naszych kochanych przedsionkach, tak, aby można było się zdrzemnąć… Po około godzinie jazdy Kasia i Piotrek zostali wyrzuceni, ze swoich miejsc przez szefa wagonu – nam z Konradem udało się zostać, choć jak się potem okazało, to był duuuży błąd strategiczny. Wyjeżdżając z Szanghaju temperatura sięgała 40 stopni w cieniu, pociąg był nagrzany, tym bardziej, że był tam podstawiany. Po ok 4 godzinach jazdy zaczął się horror. Dziesiątki, jak nie setki Chińczyków zaczęły się dosiadać na poszczególnych stacjach i w końcu temperatura w pociągu sięgała ok 45 stopni, a w naszych (moim i Konrada) przedsionkach blisko 50 stopni. Wszystko przez to, że koło przedsionków były drzwi końcowe wagonu, które były otwarte, co automatycznie zamykało nasze przedsionki. Rzesze Chińczyków zastawiły swoimi wielkimi torbami drzwi, tak, że nie dało się nawet wydostać z tej pułapki, a robiło się coraz bardziej gorąco. Konrad, jak mówi, gdy w końcu wyszedł ze swojego, to miał omamy z gorąca… Mi natomiast zaczęły przychodzić na myśl opowiadania Borowskiego o łagrach i tym, co panowało podczas transportu więźniów do obozów… Może skończę tutaj opis tego, co przeżyliśmy w tym pociągu… Lepiej nie denerwować naszych mam. Ważne jednak, że udało nam się dojechać i jesteśmy w Pekinie. Tym czasem zmykam na plac Tienanmen, który jest tuż za rogiem kafejki, z której piszę do Was te słowa.

Trzymajcie kciuki. Przed nami jeszcze dwa przejazdy chińskimi pociągami…

O autorze: Andrzej Budnik

Alternatywny podróżnik, zapalony bloger i geek technologiczny. Połączenie tych dziedzin sprawia, że w podróż przez australijski interior czy nowozelandzkie góry zabiera do plecaka drona, który pozwala mu przywieźć niepublikowane nigdzie wcześniej zdjęcia i oryginalne ujęcia wideo. Swoją duszę zaprzedał górom w północnym Pakistanie i tadżyckim Pamirze, które odkrywał podczas 4-letniej podróży lądowej przez Azję i Australię. Od wielu lat zaangażowany w aktywizację polskiego środowiska podróżniczego. Założyciel i obecnie współautor najstarszego, aktywnego bloga podróżniczego w Polsce – LosWiaheros.pl. Nominowany do Travelerów 2010 i Kolosów 2013. Zwycięzca konkursu Blog Roku w kategorii Podróże i Szeroki Świat w 2007 roku. Zawodowo licencjonowany pilot drona w firmie CrazyCopter.pl specjalizującej się w fotografii lotniczej i wideo z drona. Łącząc od lat pracę zdalną i podróże stara się promować styl życia określany Cyfrowym Nomadyzmem.

Podobny tekst

Podróż to jeszcze, czy już wyprawa?

Ludzie mają to do siebie, że lubią nazywać i określać wszystko, co ich dotyczy. W …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *