Start » Iran » Zielone rowery i latające dywany (Esfahan)
Meczet Jameh w Esfahanie.

Zielone rowery i latające dywany (Esfahan)

Po powrocie z gór postanowiliśmy  zostać jeszcze 2 dni w Esfahanie. Miasto jest tak ciekawe, że z pewnością zasługuje na dłuższy przystanek. Najlepiej wspominam dzień, w którym wypożyczyliśmy sobie darmowe rowery i ruszyliśmy na podbój miasta. Zagubiliśmy się w jego ulicach…


Rowery miały jaskrawozielony kolor, były piękne i za darmo, ale za to ich sprawność nie była na piątkę… Co jakiś czas zmagaliśmy się ze spadającymi łańcuchami, krzywo przykręconymi pedałami, ale za darmo, więc nie narzekaliśmy. Andrzej czuł się jak ryba w wodzie sprawnie manewrując między pojazdami, które poruszały się wg zasady azjatyckiej, czyli kto większy, ten ma pierwszeństwo. A ja z lekkim przerażeniem co jakiś czas zjeżdżałam na chodnik i wolałam manewrować między ludźmi, bo wg azjatyckiej zasady byłam na nim największa! Znalazł się nawet kawałek ścieżki rowerowej, ale raz po raz spokój rowerzystów zakłócali motocykliści, którzy uznali, że ścieżka jest przeznaczona dla nich. Przekonani też byli o tym, że skoro mają większe pojazdy niż rowerzyści, to mają pierwszeństwo i co chwilę trąbili na nas bezczelnie i uporczywie żeby zrobić im miejsce… Mimo wszystko wycieczka rowerowa była bardzo udana, bo mieliśmy okazję dotrzeć w wiele miejsc, oszczędzając czas i pieniądze.

W Esfahanie na rowerze
W Esfahanie na rowerze

Ulubionym zajęciem Andrzeja było przesiadywanie na głównym placu Esfahanu i pstrykanie zdjęć z ukrycia Irankom. W tym czasie mogłam bez wysłuchiwania narzekań mojego ukochanego towarzysza pochodzić sobie sama po esfahańskim bazarze. Wreszcie mogłam spokojnie poprzyglądać się szalonym barwom rozmaitych przypraw i napawać się ich zapachami, podpatrzeć jakie buty kupują sobie Iranki i pogapić się bez ograniczeń jak w bazarowych warsztacikach powstają misternie ręcznie malowane metalowe talerze i dzbanuszki. Na szczęście pojemność naszych plecaków jest bardzo ograniczona i przez to w ogóle nie skupiamy się na kupowaniu jakichkolwiek pamiątek. W innym przypadku chyba bym się tu zrujnowała…

Bazar w Esfahanie.
Bazar w Esfahanie.

Dużą atrakcją jest też część bazaru w której sprzedaje się dywany. Ich wybór jest naprawdę ogromny, tak pod względem kolorów i wzorów jak i wielkości i kształtu. Można stać się szczęśliwym posiadaczem dywanu o stonowanych beżach, różnych odcieniach czerwieni lub o pstrokatych kolorach, również wybór wzorów jest szeroki: od esów-floresów po figury geometryczne. Dywany najczęściej są tkane ręcznie. Ich ceny są bardzo wysokie, a trzeba też zorganizować transport. Jeżeli klient nie może go zabrać ze sobą, to najczęściej wysyła się taki dywan statkiem, czyli dywany nie są latające, tylko pływające.

Jeszcze w Polsce, długo przed naszym wyjazdem, przeczytałam książkę Anny Briongos „W jaskini Ali Baby” tę samą, która zainspirowała nas do zorganizowania wycieczki w góry Zagros. Opisane są w niej autentyczne przeżycia i przygody autorki, która spędziła kilka miesięcy w Esfahanie goszcząc w domu pewnego sprzedawcy dywanów. Próbowałam odnaleźć ten sklepik, ale nie mogłam sobie przypomnieć gdzie dokładnie on się znajduje. Bardzo żałowałam, że nie mam w tym momencie przy sobie książki, w której jest dokładny opis jak do sklepu „Ali Baby” dotrzeć. Zapytanie kogoś nie miało sensu, bo nikt się nie przyznawał, że wie gdzie to jest, a każdy zapraszał do swojego sklepu, tłumacząc, że najlepsze dywany są właśnie w jego sklepie… Następnym  razem lepiej się przygotuję do tych poszukiwań, bo do Esfahanu wrócę jeszcze na pewno!

A może perski dywan?
A może perski dywan?

Na placu Chomeiniego można spędzić godziny. Latem najlepiej przyjść tu po południu, gdy słońce już tak nie przypieka, a stopy można ochłodzić w wielkiej, płytkiej fontannie, co czyni wiele osób. Dlaczego można spędzić tu godziny? Otóż mozaiki którymi ozdobione są meczety przy placu są tak bogate i barwne, że nie sposób od nich oderwać wzrok.

Po kilku nieudanych próbach wreszcie udało nam się odwiedzić górujący na placem Meczet Piątkowy, również cały w mozaikach, ale największą uwagę przyciągały małe kotki ganiające w zrolowanych dywanach w jednej z wielkich sal Meczetu. Ich mama żałosnym miałczeniem wołała je, siedząc wysoko na balkonie. Kotki nic sobie z tego nie robiły i świetnie się bawiły, zachowując jednak czujność wobec natrętnych turystów. Kiedy któryś zbliżał się do kotka, ten jednym susem czmychał za stertę dywanów i  od czasu do czasu wysuwał łepek by sprawdzić czy intruz już się oddalił i można kontynuować zabawę.

Meczet Jameh w Esfahanie.
Meczet Jameh w Esfahanie.

Punktem obowiązkowym w Esfahanie jest dzielnica armeńska – Julfa. Niestety dużym minusem jest to, że bilety wstępu do głównego kościoła i muzeum są dość drogie i trzeba płacić za możliwość fotografowania. Warto jednak wydać te pieniądze. Szczególnie muzeum jest bardzo interesujące. Można się w nim dowiedzieć jak wyglądało życie Ormian, o ich pogromach i wysiedleniach na dzisiejszym terenie Turcji, jest tam też wiele eksponatów przybliżających nam kulturę i historię tego ciekawego narodu. Osobliwym eksponatem jest włos, na którym umieszczony jest napis, bardzo dobrze widoczny pod mikroskopem. Warto też pokręcić się po tej dzielnicy gubiąc się w jej małych uliczkach.

Julfa - ormiańska dzielnica w Esfahanie
Julfa – ormiańska dzielnica w Esfahanie

Muszę przyznać, że żal było nam wyjechać z Esfahanu nie tylko ze względu na piękno tego miasta, ale ciężko było nam opuszczać Habiba, z którym bardzo się zżyliśmy. Przez te kilka dni obcy nam człowiek stał się naszym przyjacielem. W Iranie jest to możliwe i nie zdarzyło się to po raz ostatni w czasie naszej podróży po tym pięknym kraju pełnym sprzeczności.

O autorze: Andrzej Budnik

Alternatywny podróżnik, zapalony bloger i geek technologiczny. Połączenie tych dziedzin sprawia, że w podróż przez australijski interior czy nowozelandzkie góry zabiera do plecaka drona, który pozwala mu przywieźć niepublikowane nigdzie wcześniej zdjęcia i oryginalne ujęcia wideo. Swoją duszę zaprzedał górom w północnym Pakistanie i tadżyckim Pamirze, które odkrywał podczas 4-letniej podróży lądowej przez Azję i Australię. Od wielu lat zaangażowany w aktywizację polskiego środowiska podróżniczego. Założyciel i obecnie współautor najstarszego, aktywnego bloga podróżniczego w Polsce – LosWiaheros.pl. Nominowany do Travelerów 2010 i Kolosów 2013. Zwycięzca konkursu Blog Roku w kategorii Podróże i Szeroki Świat w 2007 roku. Zawodowo licencjonowany pilot drona w firmie CrazyCopter.pl specjalizującej się w fotografii lotniczej i wideo z drona. Łącząc od lat pracę zdalną i podróże stara się promować styl życia określany Cyfrowym Nomadyzmem.

Podobny tekst

Czy palec boży to bujda na kółkach?

Do Aktau, miasta na zachodnim krańcu Kazachstanu, przyjeżdża się głównie po to, aby złapać prom do Baku, albo właśnie takim …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *