Start » Laos » Jak wygląda sylwester w Laosie?

Jak wygląda sylwester w Laosie?

Po mocnych wrażeniach jakich dostarczyła nam jaskinia Kong Lo, czas na rozrywkę. Dziś Noc Sylwestrowa, którą spędzimy w towarzystwie Laotańczyków. Trzeba też poczynić postanowienia na Nowy Rok…

Wizyta w jaskini Kong Lo była ekscytująca, ale teraz trzeba pomyśleć o powrotnym transporcie do miasteczka Na Hin. Cierpliwie czekamy na sawngthaew, którego jednak nigdzie nie widać, ale w sumie nie spieszy się nam. Czekamy i dzielimy się wrażeniami z jaskini. Nagle widzimy, że z dala nadjeżdża terenowa Toyota, więc wyciągamy rękę w wiadomym geście – autostopowym – ku naszej radości samochód zatrzymuje się. Są to Tajowie wracający z jaskini. Zabierają nas do Nahin, mimo, że w samochodzie prawie już nie ma miejsca i mimo, że niedokładnie tam jadą. Jeszcze częstują nas soczystymi mandarynkami. Nasunęła nam się myśl, że po pierwsze w Tajlandii mieszkają sympatyczni ludzie i autostop chyba działa tam dobrze, a po drugie, że moglibyśmy wreszcie spróbować w ten sposób pojeździć po Laosie. Tak właśnie zrobimy jutro. W pierwszy dzień Nowego Roku będziemy łapać stopa. Takie mamy postanowienie. Ciekawe tylko co z tego wyjdzie…

Tymczasem w Na Hin wynajmujemy za jakieś grosze bambusową chatkę na „koguciej nóżce”. Właściciel bardzo się cieszy z naszej wizyty i opowiada nam trochę o sobie i swojej rodzinie, a potem tłumaczy, że wieczorem  w miasteczku będzie zabawa sylwestrowa. Przekonuje nas, że powinniśmy tam pójść, bo na pewno będzie wesoło. Tak też czynimy.

Prawie jak rosyjska ruletka
Prawie jak rosyjska ruletka

Nietrudno odgadnąć gdzie jest ta impreza, bo muzyka daje czadu na całego już od wczesnego popołudnia. Czyżby rozgrzewanie głośników? Całe miasteczko przygotowuje się do świętowania, a my urządzamy sobie sylwestrową kolację na tarasie naszej bambusowej chatki. Jest bardzo romantycznie, tylko my dwoje i stare psisko, które pochrapuje siarczyście u wejścia do domku. Syci, odświeżeni i odziani w najmniej brudne ciuchy, udajemy się wreszcie na tę imprezę. Imprezę w rytmie lao :)

Gdy docieramy na miejsce zabawa trwa na całego. W ten ciepły (!!) grudniowy wieczór zebrali się tu prawie wszyscy mieszkańcy Na Hin. Kapela gra żywe laotańskie melodie, a biesiadnicy chętnie do nich tańczą. A jak tańczą? Każdy osobno, nie trzymają się za ręce, a już na pewno nie przyklejają się do siebie przy wolnych kawałkach tak, jak to bywa u nas na szkolnych dyskotekach ;) Z resztą kapela gra tylko utwory o dość żwawym tempie. Po każdym kawałku jest krótka przerwa, bo wszyscy biegną do swoich stolików by na chwilę usiąść, ochłonąć i napić się zimnego Beerlao. Mimo, że tego wieczora piwo ma cenę  zaporową, to leje się ono litrami. Po kilku minutach przerwy znów keybord zaczyna nadawać rytm, gitara elektryczna brzęczeć, a wokalista stara się wydać jak najgłośniejsze dźwięki. Ci, którzy nie dają się porwać laotańskim rytmom pozostają przy stolikach i bardzo żywiołowo dyskutują. O czym? Ciężko nam powiedzieć, bo używają większej ilości słów niż znane nam Sabai Dee (dzień dobry) i korb chai (dziękuję).

Oprócz tańców, trunków i dyskusji są też inne atrakcje: można wygrać misia lub grilowanego kurczaka zbijając balony, można przegrać trochę pieniędzy w dziwnej grze w odgadywanie zwierząt i można też kupić wielką pakę popcornu nie mając świadomości, że jest on okropnie słodki… My korzystamy niestety z tej trzeciej atrakcji. Na grilowanego kurczaka nie mamy ochoty, na misia nie mamy miejsca w plecaku, a grze tylko się przyglądamy, bo nie wiemy o co dokładnie w niej chodzi. Śmiem podejrzewać, że kiedy zaczęlibyśmy w nią grać, to już by się postarano, aby reguły nagiąć do potrzeb Laotańczyków ;) Domyślamy się, że trzeba postawić pieniądze na jakieś zwierzę na planszy, potem prowadzący rzuca kostką i wygrywa ten, kto postawił na zwierzę, które wypadło na kostce. Prowadzący grę, (coś w rodzaju krupiera, ale to wersja bardzo rustykalna) korzysta z faktu, że niektórzy gracze są jest już podpici i oszukuje ich raz po raz. Dziwnym trafem jego kupka pieniędzy powiększa się najszybciej.

muzyka_musi_byc_sylwester_w_laosie

Na imprezie oprócz miejscowych, bawią się też turyści z różnych stron świata, którzy łącząc się w jedną grupę stworzyli swój „sektor”. Niespodziewanie spotykamy dziewczynę z Polski. Ucinamy sobie dość długa pogawędkę, wymieniamy się doświadczeniami z podróży i wspominamy Polskę. Rozmowa tak nas pochłonęła, że o mały włos przegapilibyśmy północ. Koleżanka oddala się do swoich znajomych, a my przygotowujemy aparaty, by sfotografować, jak Laotańczycy witają Nowy Rok. Zdjęcia wychodzą jednak kiepskie, bo jest tu za ciemno.

5-4-3-2-1 i wybuchają szampany lub „nabuzowane” butelki piwa. Wszyscy składają sobie życzenia, potem {joomplu:1890}wracają do stolików, niekoniecznie swoich, bo towarzystwo już się przemieszało, najbardziej wytrwali ponownie ruszają w tany. Muzyka gra, zabawa trwa dalej. Pytamy jednego z biesiadujących tubylców czy jakieś atrakcje są jeszcze przewidziane tego wieczoru. Dowiadujemy się, że tańce będą pewnie do rana, ale nic specjalnego dziać się nie będzie. Tłumaczy nam też, że dla nich to jest taki „mały” Nowy Rok i nie świętują go tak hucznie jak ten „właściwy”, czyli buddyjski. Hmm… Mały Nowy Rok? Laotańczycy jako naród dość zrelaksowany, wykorzystują chyba każdą okazję aby się pobawić. A co :)

Laotańskie tańce sylwestrowe (przepalony dźwięk to efekt huku, jaki tam panował)

 

Tańce do białego rana nas nie dotyczą, bo po dniu pełnym wrażeń mamy już trochę dość. Poza tym jutro wcześnie zwijamy się stąd i mamy zamiar wyruszyć w głąb Laosu autostopem.

W noworoczny poranek dziarsko wstajemy, szybko zbieramy swoje rzeczy i jesteśmy gotowi do drogi. Plan jest taki, że najpierw musimy złapać coś do miejscowości Lak Sao, a potem dojechać do jeziora Theum Dam. Kiedy dojedziemy do jeziora, to tam już na pewno złapiemy coś do większej miejscowości Thakhek. Idziemy więc łapać stopa. Płacimy za nocleg, żegnamy się, a nasz gospodarz (o dziwo bez objawów syndromu dnia poprzedniego) z uśmiechem oznajmia nam, że specjalnie dla nas zatrzymał sawngthaew jadący do Lak Sao. Z rozczarowaniem patrzymy na ten pojazd, w którym już prawie 15 minut czekali na nas pasażerowie i kierowca. Głupio by było nie wsiąść. W takim razie tym sawngthaew podjedziemy do Lak Sao, a tam już „przygoda, przygoda…” Po drodze mijamy laotańskie wioski, a imprezy jeszcze tam trwają. Ludzie radośnie podrygują w rytm muzyki ryczącej z głośników i machają do nas z uśmiechem pokazując pełne butelki lao whisky domowej roboty. Gdy docieramy do Lak Sao, pytamy miejscowych o dalszą drogę, ale wszyscy mówią, że w stronę jeziora mało kto jeździ, a właściwie to nikt. Jakoś nie chce nam się w to wierzyć. Stajemy na wylotówce i machamy. Problem w tym, że faktycznie nic nie jedzie. Po dwóch godzinach przyznajemy się do porażki i zwijamy manatki. Wracamy do Na Hin sawngthaew, ale stamtąd już na pewno będziemy łapać stopa do głównej drogi nr 13! I łapiemy, po 10 minutach stania zatrzymał się samochód i uprzejmy kierowca podrzucił nas do tej 13. To bardzo ruchliwa trasa i na pewno ktoś się zatrzyma.

gra_w_rzutki_dart_w_laosie

Machamy ręką, ale samochody tylko trąbią ostrzegając, żebyśmy zeszli z drogi. Robi się ciemno i szansa, że ktoś się zatrzyma drastycznie maleje. Kiedy ja próbuję zatrzymać samochód, podjeżdża do nas na skuterku jakiś Laotańczyk, z którym Andrzej zaczyna rozmawiać po rosyjsku. Okazało się bowiem, iż pan ów jest inżynierem-chemikiem i kształcił się na moskiewskim uniwersytecie. Zatrzymał się przy nas i zwrócił nam uwagę, że w Laosie autostop nie działa i jak zobaczy to policja, to konsekwencję mogą być tego przykre (głównie dla kierowcy). Nie chciało nam się w to jakoś wierzyć, bo dwa razy już stopa złapaliśmy, ale prawda jest taka, że nie były to drogi główne. Nie zrażamy się jednak jego ostrzeżeniami i próbujemy dalej. Od naszego nowopoznanego inżyniera dowiadujemy się, że on też jedzie do Thakhek i czeka na autobus. A co ze skuterem, dlaczego nim nie jedzie? Chłopina dał się porwać noworocznemu szaleństwu i  zapił, a teraz ma, jak to zgrabnie określił, duże stężenie alkoholu we krwi. Chemik, więc chyba zna się na tym, nie? ;)

Po około 45 minutach nadjeżdża autobus do Thakhek. Szybka decyzja – wsiadamy. Trochę zbici z tropu jednak odpuszczamy autostopowanie. Dziś zdecydowanie nic nie układało się po naszej myśli. I tak oto, nasze noworoczne postanowienie poszło na spacer do lasu…

Gdy docieramy na miejsce jest już późno, a do centrum miasta daleko. Przy samym dworcu autobusowym znajdujemy obskurny hotelik, gdzie za małe pieniądze można spędzić noc. Korzystamy z tego luksu, a jutro naradzimy się co robić dalej.

O autorze: Andrzej Budnik

Alternatywny podróżnik, zapalony bloger i geek technologiczny. Połączenie tych dziedzin sprawia, że w podróż przez australijski interior czy nowozelandzkie góry zabiera do plecaka drona, który pozwala mu przywieźć niepublikowane nigdzie wcześniej zdjęcia i oryginalne ujęcia wideo. Swoją duszę zaprzedał górom w północnym Pakistanie i tadżyckim Pamirze, które odkrywał podczas 4-letniej podróży lądowej przez Azję i Australię. Od wielu lat zaangażowany w aktywizację polskiego środowiska podróżniczego. Założyciel i obecnie współautor najstarszego, aktywnego bloga podróżniczego w Polsce – LosWiaheros.pl. Nominowany do Travelerów 2010 i Kolosów 2013. Zwycięzca konkursu Blog Roku w kategorii Podróże i Szeroki Świat w 2007 roku. Zawodowo licencjonowany pilot drona w firmie CrazyCopter.pl specjalizującej się w fotografii lotniczej i wideo z drona. Łącząc od lat pracę zdalną i podróże stara się promować styl życia określany Cyfrowym Nomadyzmem.

Podobny tekst

Hangout On Air z Anią Demczur wprost z Ukrainy

Czwarty telemost podróżniczy będzie wyjątkowy, bo z Ukrainy! Tak blisko Polski, a tak naprawdę nie wiadomo, co dzieje się u naszych …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *