Start » Chiny » Park Narodowy Terlej i pierwszy kontakt z Chinami – Armia Terakotowa

Park Narodowy Terlej i pierwszy kontakt z Chinami – Armia Terakotowa

“Are you from Israel?” – takie pytanie zadają nam niektórzy Chińczycy, z którymi przychodzi się nam targować o prawie każdą rzecz. Wniosek z tego, nie chwaląc się oczywiście, że Mongolia nas dość dobrze zaprawiła w negocjowaniu cen i teraz nam to nieźle wychodzi.
Jak już się pewnie domyśliliście, od kilku dni jesteśmy w Chinach, a dokładnie w chwili obecnej w Xi’an, ale może od początku.Tak jak pisałem ostatnim razem, przed wyjazdem z Ułan-Bator wybraliśmy się do  parku narodowego, który okazał się naprawdę przepiękny – przeszliśmy prawie 35 kilometrów, co nas trochę wykończyło, zważywszy, że było około 35 stopni w cieniu, ale było warto. Na swojej drodze spotkaliśmy owce, kozy, jaki i nawet wielbłądy, nie wspominając o susłach, które czmychały nam pod nogami.Wieczorem w planach mieliśmy kolację w naszej ulubionej restauracji, jednak jak przyszliśmy to była już zamknięta. Mimo tego zapukaliśmy do drzwi i ku naszemu zdziwieniu drzwi się otwarły. Jedzonko zaserwował nam sam szef, którego poznaliśmy poprzedniego dnia. Było jak zwykle pyszne. Na odchodnym powiedzieliśmy mu, że musi dodać do wiszących w restauracji flag jeszcze jedną – polską. Przyjął to bardzo dobrze i powiedział, że następnego dnia postara się ją kupić i zawiesić – tak się też stało :)14 lipca zgodnie z planem wyjechaliśmy w stronę granicy z Chinami, gdzie spodziewaliśmy się podobnych wrażeń, jak na granicy rosyjsko-mongolskiej – niestety 😉 wszystko poszło sprawnie i po ok. godzinie od “zaokrętowania się” w wynajętym busie, przejechaliśmy granicę i byliśmy już w Chinach, które przywitalny nas tęczą i napisem WELCOME TO CHINA. W Erlian – przygranicznym mieście zetknęliśmy się po raz pierwszy z językowymi problemami i dookoła otaczającymi nas “krzaczkami” 😉 Po krótkim szoku, jednak otrząsnęliśmy się i poszliśmy na stację kolejową, żeby kupić bilet. Okazało się, że najbliższy pociąg mamy dopiero za 20 godzin. Został więc autobus do Jinning i stamtąd pociąg do Datongu. W Datongu spędziliśmy dwie pierwsze noce na chińskiej ziemi. Same Chiny od razu nam się spodobały – nie da się ich porównać do żadnego innego kraju. Nawet sąsiadująca Mongolia jest zupełnie inna. Dużym plusem są niskie ceny, oczywiście poza miejscami turystycznymi (wstępy są makabrycznie drogie). W restauracji można się najeść już za pół dolara. Noclegi i przejazdy też są tanie – zostajemy tu na dłużej;)Jak się pewnie domyślacie, próbujemy różnych chińskich potraw – z różnym skutkiem. Jedne są wyśmienite, inne trochę gorsze, lecz trzeba ryzykować. Najlepszą metodą jest wejście do kuchni danej restauracji i pokazanie palcem, co się chce zjeść. W “kulinarnych podbojach” prym wiedzie Konrad, który najbardziej eksperymentuje.

Wracając jednak do naszej trasy. W Datongu i okolicach zobaczyliśmy, co było najważniejszego do zobaczenia i 17 lipca czmychnęliśmy do Xi’an, z którego już jutro wyjeżdżamy. Do Xi’an jechaliśmy pociągiem przez 18 godzin w najtańszej klasie “hard seater” wraz z rzeszą Chińczyków. Dostanie się do pociągu graniczyło z cudem, ale udało się, a po chwili jazdy nawet mieliśmy miejsca siedzące. Ciekawostką jest sam “proces” wsiadania do pociągu. Najpierw na dworcu, skanowany jest bagaż, potem wszyscy zbierają się w jednym holu, gdzie od wejścia na peron dzielą nas bramki. Po przyjeździe pociągu na peron, bramki się otwierają i wszyscy w szaleńczym pędzie (my też) biegną do pociągu – tam kolejny bój o wejście do wagonu, a jak i ta sztuka się uda, to czeka nas kolejne starcie tym razem o miejsce siedzące, gdyż klasa “hard seater” charakteryzuje się tym, że nie ma miejscówek. W samym pociągu jest też dość klimatycznie – co chwila przejeżdżają środkiem wózki z różnym jedzeniem lub piciem, połowa Chińczyków pali papierosy, a druga połowa charczy i pluje na podłogę. O śmieceniu już nie mówię… do tego chyba trzeba się po prostu przyzwyczaić, choć widok młodej i ładnej dziewczyny odchrząkującej i spluwającej trochę nas zaskoczył! Wracając jeszcze na peron – tam właśnie spotkaliśmy się po raz pierwszy z “segregacją ludzi”. Bardziej wpływowi obywatele wchodzą na peron bocznym wejściem poza kolejnością i zajmują najlepsze miejsca w wagonie – wszystko to dzieje się na oczach innych.

Po przyjeździe do Xi’an zakwaterowaliśmy się w hostelu studenckim i ruszyliśmy na miasto. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie klimat, który tu panuje. W sumie nie jest tak gorąco, ale jest tu bardzo wilgotne powietrze, co sprawia, ze człowiek nawet jak siedzi w bezruchu, to po kilku minutach jest cały mokry. Ale co to dla nas;) Zwiedziliśmy sobie dwie pagody, świątynie i meczet. Oraz dzielnicę islamską. Dziś byliśmy zobaczyć Terakotową Armię i trochę się rozczarowaliśmy. Pomijam cenę za wstęp – 90Y (prawie 9 USD bez zniżek studenckich), chodzi tu przede wszystkim o komercję. My nazwaliśmy to wręcz fabryką, która zarabia ciężkie pieniądze. Fakt faktem, że nie można tego miejsca ominąć będąc w Chinach, ale to co się tam dzieje, przechodzi wszelkie granice. Spokojnie można by tu popolemizować na temat chłonności turystycznej. No cóż, ale to już nie nasz problem. My pooglądaliśmy, porobiliśmy fotki i wróciliśmy na kolację do Xi’an. Jutro wyjeżdżamy do Louyang, które jest miejscem wypadowym do klasztoru Shaolin (tu pozdrowienia dla Bogusi) 🙂 Dobra, na razie to tyle – niedługo następny meldunek.

PS: Może Wy znacie odpowiedz, na nurtujące nas ciągle pytanie – “Dlaczego Chińczycy myślą, że wszyscy rozumieją ich język?” Ja wiem, że jest ich ponad 1,2 miliarda, ale to przecież nie cała populacja naszej planety;) No cóż, oni do nas po chińsku, my do nich po polsku;), oni znów po chińsku i dobijamy targu – liczy się efekt ostateczny – dobicie targu.

O autorze: Andrzej Budnik

Alternatywny podróżnik, zapalony bloger i geek technologiczny. Połączenie tych dziedzin sprawia, że w podróż przez australijski interior czy nowozelandzkie góry zabiera do plecaka drona, który pozwala mu przywieźć niepublikowane nigdzie wcześniej zdjęcia i oryginalne ujęcia wideo. Swoją duszę zaprzedał górom w północnym Pakistanie i tadżyckim Pamirze, które odkrywał podczas 4-letniej podróży lądowej przez Azję i Australię. Od wielu lat zaangażowany w aktywizację polskiego środowiska podróżniczego. Założyciel i obecnie współautor najstarszego, aktywnego bloga podróżniczego w Polsce – LosWiaheros.pl. Nominowany do Travelerów 2010 i Kolosów 2013. Zwycięzca konkursu Blog Roku w kategorii Podróże i Szeroki Świat w 2007 roku. Zawodowo licencjonowany pilot drona w firmie CrazyCopter.pl specjalizującej się w fotografii lotniczej i wideo z drona. Łącząc od lat pracę zdalną i podróże stara się promować styl życia określany Cyfrowym Nomadyzmem.

Podobny tekst

Austriackie miasteczko Made in China!

Gdy po raz pierwszy dowiedziałem się o jego istnieniu, to pomyślałem, że albo jakiś dziennikarz …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *