Start » Birma » Birma
Hinduska część miasta, Rangun. Birma.

Birma

Długo krążyliśmy koło tego kraju. W drodze do Australii próbowaliśmy dwa razy wjechać lądem, ale nie udało się. Obecnie zewsząd dopływające do nas informacje, że Birma otwiera się coraz bardziej na świat, kazały nam się jeszcze raz pochylić nad tym krajem. Decyzja zapadła – bez względu na wszystko chcemy zobaczyć Birmę, czyli  Myanmar.
Przed przyjazdem do Bangkoku w drodze z Phuket zatrzymaliśmy się w Ranongu. Powody były dwa – chcieliśmy przebić wizę tajską i sprawdzić, czy uda nam się załadować na łódź pływającą z Ranongu na północ kraju. Okazało się to jednak dalej niemożliwe i jedyne, co mogliśmy zrobić, to zostać w przygranicznym mieście na 14 dni. OK, ale… to nas nie satysfakcjonowało.

W drodze do Bangkoku wiedzieliśmy, że jedyna legalna opcja to lot samolotem do Yangonu. Oczywiście istniała jeszcze półlegalna możliwość z Ranongu, ale była ona dla nas zdecydowanie za droga i nie gwarantowała nam niczego poza tym, że możemy być z Birmy deportowani.

Tanie bilety z BKK mieliśmy kupione już w grudniu, a im bliżej było 16 stycznia, tym większa nerwowość wdzierała się we mnie. Przejechaliśmy lądem kawał świata, włącznie z dostaniem i wydostaniem się drogą morską z Australii. Jechać dalej lądem czy złamać swoją regułę.

Alicja nie miała stresu, to ja mam ortodoksyjne podejście do podróżowania, ale tym razem ciekawość nieznanego wzięła górę nad postanowieniami. Tym samym mogę powiedzieć, że w Bangkoku skończyła się nasza ponad 2,5-roczna podróż lądowa. Co się zaczęło? Alicja mówi, że “fakultatywna wycieczka” po Birmie i trochę w tym racji ma, bo pewnie dość ciężko nam będzie wyrwać się poza turystyczny korytarz przygotowany przez wojsko.

Most u Bein, Amarapura - Birma

Została jeszcze moralność. Fakt, że dajemy nasze dolary rządzącej juncie nie przyprawia nas o pozytywne nastroje. Jednak z całych sił będziemy się starali, aby jak najwięcej pieniędzy zostawić u prywatnych przedsiębiorców.

No i ostatnia kwestia – co po Birmie? Heh… aż nas strach oblatuje, jak sobie pomyślimy, o tym co chcemy zrobić. Raz się jednak żyje. Klamka tak na prawdę już zapadła, choć zostało jeszcze kilka kwestii technicznych do załatwienia w Bangkoku. To będzie zdecydowanie nowa wartość w naszej podróży. O tym jednak po powrocie z Birmy…

 

O autorze: Andrzej Budnik

Alternatywny podróżnik, zapalony bloger i geek technologiczny. Połączenie tych dziedzin sprawia, że w podróż przez australijski interior czy nowozelandzkie góry zabiera do plecaka drona, który pozwala mu przywieźć niepublikowane nigdzie wcześniej zdjęcia i oryginalne ujęcia wideo. Swoją duszę zaprzedał górom w północnym Pakistanie i tadżyckim Pamirze, które odkrywał podczas 4-letniej podróży lądowej przez Azję i Australię. Od wielu lat zaangażowany w aktywizację polskiego środowiska podróżniczego. Założyciel i obecnie współautor najstarszego, aktywnego bloga podróżniczego w Polsce – LosWiaheros.pl. Nominowany do Travelerów 2010 i Kolosów 2013. Zwycięzca konkursu Blog Roku w kategorii Podróże i Szeroki Świat w 2007 roku. Zawodowo licencjonowany pilot drona w firmie CrazyCopter.pl specjalizującej się w fotografii lotniczej i wideo z drona. Łącząc od lat pracę zdalną i podróże stara się promować styl życia określany Cyfrowym Nomadyzmem.

Podobny tekst

Internet w podróży

Jedno z częściej zadawanych nam mailowo pytań – jak łączymy się z Internetem w podróży. …

15 komentarzy

  1. Birmę warto odwiedzić, a jeśli chcecie zobaczyć nieco mniej turystyczne miejsca, proponuję wynająć na cały dzień taksówkę (my tak zrobiłyśmy w Mandalay, gdzie odpuściłyśmy sobie zupełnie zwiedzanie miasta i objechałyśmy okolice i w Bagan, gdzie po jednym dniu uciekłyśmy spod miliarda stup i pojechałyśmy do Salay, po drodze zatrzymując się w różnych wioskach).

    Chętnie wysłałabym Wam namiary na sprawdzonych taksówkarzy ale niestety jestem teraz poza domem, a wizytówki zostawiłam w domu. W Mandalay spałyśmy w hotelu Royal Guest House i tam nam zorganizowali taksówkarza, z którym współpracują. W Bagan (a w zasadzie w Nyaung U) wzięłyśmy taksówkę z ulicy. Powodzenia!

  2. Aż na usta ciśnie się pytanie co takiego szalonego obmyśliły Wasze głowy, ale cierpliwie poczekam na ciąg dalszy odnośnie Myanmar.

  3. Mam jakieś przeczucie, że to będzie Japonia, Korea albo… jakieś miejsce w Afryce 😉

  4. Japonia chyba za droga by byla, moim zdaniem dobrze zrobiliscie ze zdecydowaliscie sie na Birme bo nie wiadomo czy kiedys jeszcze bedzie taka okazja. wiec lepiej zobaczyc wszystko co sie da jak sie jest w rejonie:) pozdrawiam

  5. A Ja wiem i nie powiem a w lodówce mam Kabanosy w napisem LosWiaheros na opakowaniu, czekają na powrót właścicieli. Zaznaczcie tam najlepsze miejsc w moim przewodniku – mam nadzieję skorzystać z waszych porad już w kwietniu! 

  6. właśnie się zastanawiałam, jak rozwiążecie tę kwestię, bo mój chłopak był w Birmie w listopadzie i twierdził, że nie da się tam legalnie dotrzeć drogą lądową. jeśli będziecie coś pisać z Birmy, liczcie się z tym, że post może się pojawić po kilku dniach. tydzień się denerwowałam, że chłop pojechał tam, gdzie wojna domowa, a potem się okazało, że wysłał mi w tym czasie dwa maile :]
    a co do złamania zasady – chyba lepiej sobie raz odpuścić i zobaczyć nowy kraj niż z niego zrezygnować 🙂 trzymajcie się 🙂

  7. Przyznać szczerze musimy, że faktycznie były plany na Japonię i Koreę i mocno nas kusiło, ale nasz nowy priorytet – odwiedzać w pierwszej kolejności to co zmienia się najbardziej/najszybciej, trochę je wykluczył.
    Birma poszła na pierwszy rzut, o reszcie już niedługo… 🙂
    Maciek, a kto je tak podpisał? Niczego takiego sobie nie przypominamy! 😉 Chleb jakiś kombinuj porządny i będzie wyżera jak się patrzy! 😛

  8. Oj tak, Birma jest super. Bylismy juz 2 razy i na pewno wrocimy.

    • A ja marze o birmie od lat. Juz raz mnie nie wpuscili niestety, a drugi raz jeszcze sie nie pojawil. Z tego co wiem mozna tak podrozowac zeby dolce zostaly u ludzi a nie u wojakow. I komu jak komu, wam sie to uda. Jak nie wam to komu? 🙂

    • A ja marze o birmie od lat. Juz raz mnie nie wpuscili niestety, a drugi raz jeszcze sie nie pojawil. Z tego co wiem mozna tak podrozowac zeby dolce zostaly u ludzi a nie u wojakow. I komu jak komu, wam sie to uda. Jak nie wam to komu? 🙂

  9. Też jestem ciekawa tej waszej Birmy. Powodzenia i opiszcie ze szczegółami.

  10. Rząd już jest cywilny. Nie ma junty wojskowej. Ci sami ludzie, ale w garniturach, a nie w mundurach. Ale idą zmiany, ponoć na lepsze. Clinton szykuje się do zdjęcia sankcji w dowód uznania. I muszę Was zmartwić, że korzystanie z usług prywatnych przedsiębiorców zamiast rządowych firm to mit wykreowany przez Lonely Planet. Owszem firmy dzielą się na państwowe i prywatne, ale nawet te prywatne wymagają pozwoleń, a to wiąże się z regularnym opłacaniem rządowi. Chesz otworzyć prywatny guesthouse? Musisz opłacić się rządowi. Więc śpiąc w tym uważnie wybranym hostelu czy guesthousie i tak wkładasz kasę do kieszeni rządu. Można by się kłócić, że wkładasz jej mniej niż w przypadku gdybyś zdecydował się na hotel państwowy, ale nie oszukujmy się to drobnica w porównaniu do kasy jaką robią na minerałach, surowcach i paru innych rzeczach. No i pamiętajcie, że np. w rządowych liniach kolejowych też pracują ludzie. I nie każdy z nich jest sługusem reżimu. ;-). Głowa do góry i róbcie swoje. Politykę zostawcie politykom.

    • Marek, ten tekst pisany był dzień przed naszym przylotem do Birmy i
      wszystko, co o tym kraju wiedzieliśmy, było wyczytane lub zasłyszane.
      Dużo rzeczy się zmieniło, a reszta wychodziła w praniu i kilka razy
      wpuściliśmy się w maili z tym naszym myślenie pt. jak nie dać zarobić
      rządzącym. Przykład: Jesteśmy w małej miejscowości 2h jazdy lokalnym
      autobusem od Hspipow i szukamy noclegu. Dwa pierwsze GH, do których
      trafiamy odmawiają nam noclegu ze względu na brak licencji. Musimy
      wybrać trzecią i ostatnią opcję – wyjscia nie ma. Dużo później
      dowiadujemy się, że GH ten należy  do lokalnej szychy, a pozostałe GH
      nie dostały licencji, bo Pan senator tak chciał 🙂 

      Licencję na biznes faktycznie się kupuje, zresztą nie tylko to.
      Jeden z taksówkarzy opowiedział nam, jak sprowadzał swojego Tuk-tuka.
      Pojazd kosztuje około 1500 USD, ale rządzący nakładają na
      przedsiębiorcę dwa podatki równe około 100% wartości sprowadzanego
      towaru, każdy. Cena końcowa to około 4500 USD. Zgadnij do czyjej
      kieszeni idę te pieniądze?

      Nie każdy jest sługusem reżimu, to prawda. Jednak nie muszę się czuć dobrze zostawiając reżimowi swoje pieniądze, prawda?

      Argument, że rząd jest cywilny ani trochę do mnie nie przemawia, bo
      nie o ubranie chodzi, a o to kim są Ci ludzie i co zrobili w
      przeszłości. Powiesz, mogli się zmienić. Możemy gdybać…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *