Start » Pakistan » Polo nie pochodzi z Anglii

Polo nie pochodzi z Anglii

Niestety nie wiedziałem tego przed przyjazdem do Pakistanu i kiedyś strzeliłem taką gafę przy Pakistańczykach mówiąc, że to Brytyjczycy przywieźli tutaj grę polo. Ciężkie pioruny nade mną zawisły, ale dostałem szansę, aby się zrehabilitować – polo festiwal.

O grze polo przed przyjazdem do Pakistanu wiedziałem tyle, że jest boisko, dwie bramki, dwie drużyny i konie, na których jeżdżą gracze podczas meczu. Aha, Ci gracze mają jeszcze takie kijki, którymi celują w drewnianą piłkę. I tak nieźle, co? ;) Nigdy mnie to jednak nie fascynowało, nawet nie interesowało. Gra dla bogatych – myślałem.

Powoli zacząłem się przekonywać do polo, gdy nasz kolumbijski przyjaciel Carlos opowiadał w Madinie o meczu polo pomiędzy drużynami z Gilgit i Chitral. W sumie to jest całe widowisko, które odbywa się na Przełęczy Shandur (granica między regionem Chitral a Gilgit-Balistan), trwa 2 dni i przyciąga tłumy ludzi, co podobno tworzy niesamowitą atmosferę. Później w łączeniu z Między Biegunami, Kuba Niziński też zapytał o polo, jak powiedziałem, że jesteśmy w Gilgit i prosił o kilka fotek, gdy ustrzelimy coś ciekawego. Obiecałem, że coś podeślę, więc oto i link do galerii :) Okazja była jedyna w swoim rodzaju – w dniu wygaśnięcia naszej, już przedłużanej o miesiąc, wizy pakistańskiej zaczynał się w Gilgit Festiwal Polo. Zaryzykowaliśmy i zostaliśmy na kolejny tydzień w Pakistanie.

Zainteresowanie w Madinie było niemałe, a to dzięki Mr Beg, który zaczął opowiadać swoje historie z {joomplu:1467}młodości, jak to hasał na koniu po Karakorum, jak świetny ten koń był do gry w polo i jak bardzo płakał, gdy musiał go zastrzelić (koń dostał ataku serca podczas meczu i podobno go sparaliżowało). Musicie tutaj wiedzieć, że nie każdy koń do gry w polo się nadaje – Mr Beg wszystko dokładnie nam wyłożył. Podobno najlepsze konie same biegną za piłką. Reagują na odgłos zderzenia kija (mallety) z drewnianą piłką i same kierują się we właściwą  stronę. Nie chciało mi się w to wszystko wierzyć i trochę sceptycznie podchodziłem do tych opowieści. Mr Beg dodał na koniec swoich opowieści: „Spokojnie, spokojnie. Andrzej, oglądniesz siedem meczy, poobserwujesz dokładnie konie i uwierzysz, a ja Ci też pokażę, który koń jest dobry, a który się nie nadaje do polo”. Zostało mi tylko zaufać doświadczonemu człowiekowi i uzbroić się w cierpliwość aż zacznie się festiwal.

Na trybunach podczas turnieju Polo. Carlos, Mr Beig i Alicja.
Na trybunach podczas turnieju Polo. Carlos, Mr Beig i Alicja.

Festiwal zacząć się od honorowego przemarszu przez boisko wszystkich drużyn przy akompaniamencie grajków z przeciwległej trybuny do naszej. Tu należy nadmienić, że “białych“, czyli głównie gości Madiny, usadzono w sektorze głównym ku naszemu przerażeniu, bo miał się zjawić jakiś szef regionu, czy coś podobnego i było pełno wojska i mundurowych. W Pakistanie zaś reguła taka, że jak dużo wojska w jakimś miejscu, to łatwo o zamach, strzelaninę czy jakieś zamieszki, tym bardziej, że te ostatnio miastem Gilgit targały dość mocno. Carlos – panikarz jak przystało na gorącokrwistego Latynosa już widział same bomby pod siedzeniami i zapierał się rękami i nogami, aby na główną trybunę nie wchodzić, ale „ze względów bezpieczeństwa”(!) ochrona nie chciał nas wpuścić na trybuny dla zwykłych ludzi. Paranoja!  Usiedliśmy więc jak najdalej środka trybuny i skupiliśmy się na festiwalu.

Na początek ustawiono na środkowej linii boiska jakieś małe deseczki wetknięte luźno do ziemi. Przy jednej z bramek ustawiali się jeźdźcy, po jednym z każdej drużyny i na ustalony sygnał w pełnym pędzie ruszali w kierunku owych deseczek. Wygrywał ten, który trafił ostrzem wetkniętym na końcu kija w tą deseczkę i uniósł ją do góry. Cholernie trudna sprawa, ale niektórym się ta sztuka udawała. Gdy dwóch gości z tej samej tury podołało jednocześnie zadaniu, następowało dogrywką, aby z każdej tury był tylko jeden zwycięzca. Kiedy znaliśmy już półfinalistów, nadszedł czas finału i wszyscy zwycięzcy ze swoich tur ruszyli w kierunku swoich zdobyczy. Emocje sięgały zenitu! Patrzymy uważnie. Nikt nie unosi kija w geście triumfu. Co jest? Dopiero przy końcu boiska jeden z jeźdźców zawraca i galopując znów w kierunku środka boiska, unosi swój kij z nabitą deseczką! Wygrał! Cwaniak, chciał oczywiście w dumie i splendorze pokazać wszystkim na stadionie, że to on wygrał! :)

freestyle_polo_festiwal_w_gilgit_pakistan7

Dobra, przejdźmy do samej gry. Pierwszego dnia rozegrano dwa mecze. Nie do końca łapaliśmy o co w tym wszystkim chodzi i pytaliśmy Mr Beg’a, aby wytłumaczył reguły – on na to zdziwiony uniósł się: „Ej, tu nie ma reguł! To jest free style polo game! Nie ma sędziego, nie ma fauli. Tzn. są, ale się ich nie gwiżdże, chyba że zawodnik traci przytomność lub koń dostaje ataku serca. To jest czysta, szybka gra bez brytyjskich wymysłów!” Nie wierzę! Nie ma reguł? „Nie ma” – zarzeka się Mr. Beg. W dalszej rozmowie wyszło jednak, ze reguły są tylko cztery:

  1. gdy pada gol, drużyny zamieniają się połowami,
  2. gra się dwie połowy po 45 minut każda chyba, że wcześniej, któraś z drużyn strzeli 9 bramek,
  3. gdy któryś z zawodników złapie do ręki piłkę ma prawo galopować do bramki rywala i albo piłkę do niej wrzucić, albo przejechać przez bramkę na koniu z piłką w ręce – to jest najbardziej widowiskowy moment meczu.
  4. gdy jeden z koni lub graczy jest kontuzjowany z pola gry schodzi gracz z przeciwnej drużyny z tym samym numerem

Jak wyżej wspomniano, nie ma fauli, są tylko dwie połowy, a nie 4 jak w regułach ustalonych przez Brytyjczyków, nie ma sędziego. „Gra toczy się szybko, jest bardziej emocjonująca, bo nie jest przerywana” – dodaje Mr Beig. Bez wątpienia tutaj muszę się zgodzić. Większość meczów poza finałem było prowadzonych w bardzo szybkim tempie. Finał niestety był zdominowany przez zespół, który był najsilniejszy w całym turnieju i wręcz rozgromił swoich rywali w finale.

Polo to gra dla silnych facetów.
Trybuny na nielegalu.

Jeszcze trochę rysu historycznego dotyczącego polo dla tych, którzy tak jak ja myśleli, że gra ta wywodzi się {joomplu:1477}z Anglii. Dawno, dawno temu, gra podobna do polo była „uprawiana” przez armię w Persji. Służyła im bardziej jako trening dla koni. Podchwycone to zostało przez ludy żyjące na wschód od Persji w czym spory udział miał Aleksander Wielki przemierzające Bliski Wschód w stronę gór Karakorum. Już wtedy gra polo rozprzestrzeniła się na subkontynent Indyjski i Chiny, ale najbardziej popularna była w północnym Pakistanie i Kaszmierze (dawniej oba będące integralną częścią Indii). W świadomości zachodniej kultury zaczęła pojawiać się faktycznie dzięki Brytyjczykom, którzy kolonizowali Indie i grę polo obwarowali różnymi regułami jak np. nie można blokować kija przeciwnika swoim kijem, nie można uderzać przeciwnika, ani jego konia – wszystko to wyłapuje sędzia i zatrzymuje grę. W wersji free style tego nie ma i takie triki są dozwolone. Halo, jesteśmy w Azji! :) Podczas gry są tylko dwie połowy, a nie tak jak w Europie cztery, co daje możliwość lepszego wypoczynku koniem i zawodnikom. Konie według reguł brytyjskich można też zmieniać w trakcie meczu. W Pakistanie podczas całej gry zawodnik jeździ na jednym koniu.

Wracając jeszcze do koni. Wspominałem o tym, że niektóre z nich, te dobrze wytrenowane, podążają za piłką same, słyszą gdzie piłka upadła etc. Trzeba jeszcze nadmienić, że dość ważna podczas gry jest muzyka przygrywana przez przy-boiskowy boys band. A mianowicie, konie przy odpowiedniej muzyce zaczynają same tańczyć w jej takt. Co więcej, gdy przykładowo jakiś gracz jeżdżący na danym koniu zdobędzie bramkę, to ów boys band zaczyna grać melodię ulubioną przez danego konia. Koń to słyszy i też zaczyna w jej rytm tańczyć. Nie mieściło nam się to w głowach, ale Mr Beg wszystkiego dopilnował i nam pokazywał drobne szczegóły, na które pewnie nie zwrócilibyśmy uwagi. Musieliśmy wtedy uwierzyć ;) Nie było innego wyjścia.

Freestyle polo festiwal w Gilgit
Freestyle polo festiwal w Gilgit

Festiwal trwał tydzień. Każdego dnia wraz z załogą Madiny chodziliśmy na mecze no i w towarzystwie zmieniających się gości guest house’u. Bo my to jak swoi byliśmy ;) Przyszedł jednak czas i na nas. Wiza nam już kilka dni wcześniej wygasła i tylko mieliśmy nadzieję, że nie będziemy mieć na granicy problemów. Serce się ściskało, że po ponad 2 miesiącach w tym wspaniałym kraju, wśród tych wspaniałych ludzi, w końcu przyszedł ten dzień, w którym musimy się rozstać.

Zima nadchodzi, Chiny czekają. No właśnie Chiny, w których byłem już 8 razy i które trochę mi się znudziły(?). Motywowało mnie jednak to, że będziemy w Xinjiangu i może uda się wjechać nielegalnie do Tybetu, czyli do dwóch prowincji, w których w Chinach jeszcze nigdy nie byłem, a ciekaw ich byłem bardzo… jak się okazało potem, nie bez powodu.

O autorze: Andrzej Budnik

Alternatywny podróżnik, zapalony bloger i geek technologiczny. Połączenie tych dziedzin sprawia, że w podróż przez australijski interior czy nowozelandzkie góry zabiera do plecaka drona, który pozwala mu przywieźć niepublikowane nigdzie wcześniej zdjęcia i oryginalne ujęcia wideo. Swoją duszę zaprzedał górom w północnym Pakistanie i tadżyckim Pamirze, które odkrywał podczas 4-letniej podróży lądowej przez Azję i Australię. Od wielu lat zaangażowany w aktywizację polskiego środowiska podróżniczego. Założyciel i obecnie współautor najstarszego, aktywnego bloga podróżniczego w Polsce – LosWiaheros.pl. Nominowany do Travelerów 2010 i Kolosów 2013. Zwycięzca konkursu Blog Roku w kategorii Podróże i Szeroki Świat w 2007 roku. Zawodowo licencjonowany pilot drona w firmie CrazyCopter.pl specjalizującej się w fotografii lotniczej i wideo z drona. Łącząc od lat pracę zdalną i podróże stara się promować styl życia określany Cyfrowym Nomadyzmem.

Podobny tekst

Czy palec boży to bujda na kółkach?

Do Aktau, miasta na zachodnim krańcu Kazachstanu, przyjeżdża się głównie po to, aby złapać prom do Baku, albo właśnie takim …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *