Start » Pakistan » Zaskakujące pożegnanie, rozstanie, łzy i wyjazd do Chin
KKH w Pakistanie

Zaskakujące pożegnanie, rozstanie, łzy i wyjazd do Chin

Czas płynie szybko, zwłaszcza kiedy jest się w doborowym towarzystwie. Nastąpił moment kiedy trzeba było spakować plecak i powiedzieć „do widzenia” chłopakom z Madiny. Były to bardzo smutne chwile, a w dodatku okazało się, że totalnie przegrałam…

Ostatni dzień rozgrywek polo w Gilgit to też nasz ostatni dzień w tym mieście i w guest house „Madina”. Po dość nieciekawym meczu finałowym, wracaliśmy do hostelu, jak zwykle dotrzymując towarzystwa Mr Beg’owi, który opowiadał o tym jak sam grał w polo jako młody żołnierz. W „Madinie” jak zawsze: goście siedzą w restauracji lub w ogrodzie wymieniając swoje doświadczenia z podróży, Irfan siedzi w swojej ”dziupli”, Habib jest wszędzie, kucharz coś tam pichci zapamiętale, a my dołączamy do jednej z grup dyskusyjnych w ogrodzie. Niby wszystko w porządku, ale coś wisi w powietrzu.

Nagle przyszedł do nas Irfan, był trochę zakłopotany jak mały chłopiec, który ma powiedzieć rodzicom, że dostał dziś w szkole pałę. Po chwili zakomunikował nam, że jesteśmy zaproszeni na kolację pożegnalną. W tym momencie poczuliśmy się tak samo jak 1 lipca, gdy wyruszaliśmy w nieznane. Różnica polega tylko na tym, że do Polski, do domu wrócimy, a do „Madiny” takiej jaką znamy… nie wiadomo.

Kolacja oczywiście była pyszna i mimo, że próbowaliśmy być w dobrym nastroju, to i tak było nam smutno, że ten rozdział naszej podróży właśnie się kończy. Przedłużona już raz pakistańska wiza, kilka dni temu utraciła ważność, a Chiny czekają.

Mr Beig, człowiek legenda.
Mr Beig, człowiek legenda.

Kilka dni wcześniej, o naszych chińskich planach opowiadaliśmy Carlosowi, który stwierdził, że czas najwyższy opuścić Pakistan, że wykorzysta sytuację i wyjedzie razem z nami. Byliśmy w ciężkim szoku, bo Carlos w „Madinie” rezydował już prawie pół roku, a tu nagle taka decyzja wyjazdu. Z początku nie wierzyłam, że pojedzie z nami do Chin, Andrzej twierdził inaczej, więc się założyliśmy. Stawką miała być czekolada. Po kilku dniach Andrzej zaproponował podwojenie stawki na co przystałam z radością, bo byłam pewna, że wygram. Oczywiście Carlos nic o zakładzie nie wiedział…

Nadszedł dzień wyjazdu. Bez słowa spakowaliśmy nasze rzeczy i jedząc śniadanie spoglądaliśmy z ciekawością na drzwi do pokoju Carlosa. Co zobaczymy, kiedy się otworzą? Czy będzie to Carlos, taki jakiego widzieliśmy każdego ranka, z szerokim uśmiechem, prowokujący do dyskusji na trudne tematy, czy raczej spakowany, gotowy do drogi wędrowiec z Kolumbii? Przegrałam zakład. Carlos zjawił się z plecakiem i z poważną miną powiedział „Vamos amigos”. O rany, gdzie ja kupię czekoladę?!

Potem nastąpiły pożegnania, które łatwe nie były. Łatwiej żegnać się z osobami, do których kiedyś się wróci, ale żegnać się z kimś wartościowym mając świadomość, że pewnie już nigdy się go nie zobaczy, to coś zupełnie innego. Mam na myśli Mr Beg’a po pożegnaniu z Carlosem, który stał się jego przyjacielem, a potem z nami, po prostu uciekł do ogrodu, żeby nikt nie widział łez dawnego dzielnego żołnierza.
Pomyślałam, że najcięższą część pożegnania mamy za sobą. Myliłam się.

W chwili, w której przyszło nam pożegnać się z chłopakami  z ”Madiny” zrozumiałam jak bardzo będzie mi ich brakować. Ci ludzie stali się nam tak bliscy? Niby nic nadzwyczajnego się nie działo, ale dzień po dniu przywiązywaliśmy się do nich i na pewno będzie nam brakować ich opowieści o życiu w Pakistanie, żartów, ciętych ripost, filozoficznych rozmów o islamie. Wszystkiego.

A kiedy zobaczyłam łzy w oczach Habiba, po prostu nie wytrzymałam i zapytałam, czy mogę go uściskać, Habib pokiwał głową w kierunku góra-dół, a następnie otrzymał porządnego polskiego „miśka” (w Pakistanie osoby płci przeciwnej, które nie są spokrewnione, nie robią raczej takich rzeczy, a już na pewno nie na ulicy). Sama też nie zdołałam powstrzymać łez, ale nie byłam sama… Andrzej i Carlos też mieli mokre oczy.

Irfan - zawsze roześmiany.
Irfan – zawsze roześmiany.

Przez całą drogę do przygranicznego miasta Sost przeżywaliśmy to pożegnanie i wspominaliśmy wszystkich gości, którzy przewinęli się przez „Madinę” w czasie naszego pobytu. To wszystko jest już za nami i czekają nas nowe wyzwania. A pierwsze z nich nosi nazwę „przejście granicy pakistańsko-chińskiej”.

Do Sost dotarliśmy po zmroku, gdyż Karakorum Highway jest totalnie rozkopana. Przespaliśmy się w Four Bradhers Inn (czyt. najtańsza speluna) i rano około 9 poszliśmy do PTDC – jednego z dwóch przewoźników na trasie Sost-Tashkurgan, którzy wykorzystując oligopol dyktują chorendalne ceny na tej trasie. Co ciekawe prawo zabrania przejechania tego odcinka stopem, rowerem lub prywatnym autem.

Przy kontroli paszportów po stronie pakistańskiej, trochę się obawialiśmy, że trzeba będzie uiścić dodatkową opłatę, bo nasza wiza pakistańska, była już od kilku dni nieważna. Urzędnik jednak nawet o to nie zapytał, bez słowa wbił pieczątkę, oddał nam paszporty, postukał po klawiaturze komputera i wcisnął „enter”. Z Pakistanu jesteśmy „wylogowani”. Czas na następny level – „Chiny”.

Niestety nasz transport z Sost wyjechał dopiero o 12, wiec poczekaliśmy sobie długo, ale jak się okazało na Przełęczy Kunjerab, nic by nam nie dało wyjechanie wcześniej, gdyż Chińczycy urządzili sobie u góry check-post i aby zjechać do pierwszej miejscowości w Chinach, trzeba czekać aż wszystkie samochody przyjadą na przełęcz, utworzą zwartą kolumnę i dopiero wtedy pod bacznym okiem wojska chińskiego mogą zjechać do Tashkurgan, gdzie jest urząd imigracyjny i faktyczna kontrola graniczna.

Przełęcz Kunjerab - granicą między Pakistanem a Chinami.
Przełęcz Kunjerab – granicą między Pakistanem a Chinami.

Wszystko poszło zgodnie z planem. Znaleźliśmy nocleg – popularny Traffic Hotel i następnego dnia wcześnie rano wstaliśmy, aby kupić bilet do Kaszgaru. Andrzej z Carlosem wyszli około 7:30 na dworzec, aby się dowiedzieć, że autobus do Kaszgaru już jest pełny. Kanał, ale zaczęli śledztwo na miejscu i okazało się, że kolejny autobus odjeżdża o 10:00. Idealnie! Kupili bilety i zacierali ręce na pierwsze chińskie śniadanko… Już odchodząc Andrzej spostrzegł, że z dworca wyjeżdża jakiś autobus. Patrzy – do Kaszgaru! Jak to możliwe? Patrzy na nasz bilet, gdzie był numer rejestracyjny autobusu i porównuje z tym, co na autobusie! Ze zgrozą stwierdza, że numer jest identyczny! Podbiegają z Carlosem do autobusu i tłumaczą kierowcy, że za 5 minut przyjdą! Pędzą co sił w nogach po mnie, zbieramy graty w dwie minuty i z powrotem na dworzec.

Autobus czeka. Wpadamy zdyszani i zaczynamy analizować, co się stało skoro wczoraj sprawdzaliśmy czas, jaki jest w Chinach i ustawiliśmy zegarki? Po chwili przypomniało nam się, ze Ujgurzy w całej swojej prowincji Xinjiang, która była niegdyś niepodległym krajem, na złość Chińczykom, nie używają czasu pekińskiego tylko swój lokalny, który to jest dwie godziny później. My dzień wcześniej o czas pytaliśmy Ujgura, a ten podał nam czas lokalny. Gdybyśmy zapytali Chińczyka Han, ten zapewne podałby nam czas pekiński, który obowiązuje oficjalnie w całych Chinach. Stąd więc rozbieżność dwóch godzin na naszych biletach… i o mały włos, a musielibyśmy zostać w Tashkurgan na jeszcze jedna noc. :/ Po kilku godzinach jazdy autobusem, dotarliśmy do Kaszgaru, ale tu zaczyna się zupełnie inna bajka.

O autorze: Alicja Rapsiewicz

Z zamiłowania i wykształcenia aktor-lalkarz. Pracowała przez 8 lat na różnych scenach w kraju i za granicą grając rozmaite role (od Krowy przez Anioła na Świętej skończywszy). Kilka zwrotów akcji w jej życiu i ciężki, ale ciekawy żywot wędrownego artysty, zaowocowały pomysłem aby objechać świat dookoła. Podróżowanie to jej największa pasja. Spędziła 4 lata w drodze przemieszczając się pieszo, autostopem, rowerem i jachtem. Odwiedzając rozmaite zakątki świata lubi przyglądać się codziennemu życiu mieszkańców i ich zwyczajom. Nie lubi się spieszyć. Nie wierzy w zdanie "nie da się", zdecydowanie jest zwolennikiem myśli "lepiej żałować, że coś się zrobiło, niż żałować, że się w ogóle nie spróbowało."

Podobny tekst

Pułapka na Jedwabnym Szlaku

Magia nazwy „Szlak Jedwabny” przyciąga do Uzbekistanu  różne typy turystów. Przybywają tu rowerzyści, motocykliści, miłośnicy …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *