Start » Podróże rowerowe » Ostatnie 395 km

Ostatnie 395 km

Ostatni tydzień naszej podróży dał nam masę pozytywnej energii! Jechaliśmy przez Polskę, czyli kraj w sumie dobrze nam znany, ale też który mocno się zmienił od naszego wyjazdu. Nigdy wcześniej nie jeździliśmy rowerami po Polsce i tu właśnie przyszło pierwsze zdziwienie. Zaskoczyła nas także ilość pozytywnej energi, która od samej granicy docierała do nas od osób nam bliskich, jak i zupełnie obcych, ale może od początku…

 Gdy przekroczyliśmy granicę w Medyce udaliśmy się od razu w stronę Sanoka. Patrząc na mapę było nam to trochę nie po drodze, ale wiedzieliśmy, że mamy po co tam jechać. W Sanoku czekała już Angela – wulkan energii i super kreatywna dziewczyna, którą miałem okazję poznać podczas wyjazdu na Krym w 2007 roku, żeby następnego lata wyjechać z nią i jeszcze jednym kumplem do Indii i Nepalu na trekking wokół Annapurny.

Drogi z Przemyśla do Sanoka chyba nikomu nie trzeba przybliżać – góra, dół, pagórki i górki, no i jeden podjazd, którego nachylenia nie powstydziłyby się nawet Pamir czy Tien Shan w dalekiej Azji. Jazdę jednak umilały piękne, szczególnie o tej porze roku, Bieszczady.

Złoty, rudy, brunatny i pomarańczowy to kolory, które spowiły tę część Polski. Drugiego dnia tuż przed Sanokiem zerwała się ulewa, która po trzech kwadransach ustąpiła bezchmurnemu niebu. Wykorzystaliśmy to bez skrupułów i popędziliśmy do Angeli, która już podgrzewała zupę z soczewicy!

LosWiaheros i Angela Gaber w Sanoku.
LosWiaheros i Angela Gaber w Sanoku.

Rozmowom nie było końca, tym bardziej, że nasza utalentowana znajoma przez te cztery lata nie próżnowała i m.in. wydała swoją pierwszą płytę, której właśnie teraz słucham. Muzyka jest niszowa, ale Angela dokładnie wie, w którym kierunku zmierza. Nic więcej w życiu nie jest potrzebne niż to, aby wiedzieć dokąd chce się dojść i robić to, co w duszy gra!

Trzeciego dnia w Polsce ruszyliśmy z Sanoka w stronę Krosna, gdzie znów mieliśmy się spotkać ze znajomymi – Niną i Machoneyem. Będąc  20 km od Krosna nagle dzwoni nasz telefon:
– Gdzie jesteście? Nie jedźcie przez miasto! Na rondzie skręćcie w lewo i zaraz za kościołem w prawo, a potem cały czas prosto. Będę czekać na skrzyżowaniu i dalej was poprowadzę, dopompowuję tylko koło – zarządził Bartek.

I faktycznie spotykaliśmy się na wspomnianym skrzyżowaniu, a dalej z wysuniętym na przedzie prywatnym pilotem, który zarazem jest przewodnikiem górskim po Beskidach i Bieszczadach dotarliśmy do jego domu. Tutaj czekała już Nina z gorącą grochówką i grzankami, które nas porządnie rozgrzały. Przegadaliśmy cały wieczór i nawet nie wiem, o której zlegliśmy do łóżek.

Następnego dnia rano wyruszyliśmy na trasę Krosno – Tarnów. Po drodze trąbnęło na nas przyjaźnie kilka samochodów i jak się potem przyznało kilkoro z Was w komentarzach, to właśnie Wy nas wymijaliście lub wyprzedzaliście. Śmieszne uczucie, jak się przenika realny z wirtualnym światem.

U cioci Izy na śniadaniu.
U cioci Izy na śniadaniu.

Mocno obawialiśmy się tej trasy, bo wąsko, duży ruch itd. To co wg nas zdecydowanie zmieniło się w Polsce na lepsze, to szacunek dla rowerzysty na drodze. Zgodzicie się? Jadąc przez Polskę czuliśmy się jak co najmniej w Japonii, gdzie samochody jadące z tyłu, a nie mogące nas wyprzedzić po prostu zwalniały i jechały cierpliwie za nami. To samo tutaj – WOW, ogromny PLUS dla wszystkich kierowców!

W końcu docieramy do Tarnowa. Tutaj czeka już moja „przyszywana ciocia”, czyli koleżanka mojej mamy jeszcze ze studiów. Mimo różnicy pokoleń, przykolacyjne i przyśniadaniowe rozmowy trwają długo! Super miło spędzamy czas i obiecujemy, że do Tarnowa jeszcze wrócimy i zrealizujemy całą trasę zwiedzania, którą nam w przewodniku tutaj zaplanowano.

Dzień piąty wydawał nam się łatwy i z Tarnowa wyjechaliśmy dobrze po 10:30. Okazało się jednak, że mieliśmy się jeszcze trochę pomęczyć. Na trasie do Niepołomic wiał tak koszmarnie silny wiatr, że momentami jechaliśmy nie więcej niż 5km/h. W twarz, prosto w twarz z zachodu… Tutaj powinienem zacytować policjanta z lotnej, łapiącego suszarką na starej czwórce tuż przed Bochnią. Wjeżdżamy pod górkę, wolno to szło, więc długo mógł się upowyzastanawiać co powiedzieć i rzekł w końcu:
– A wy to skąd jedziecie?
– Z Tajlandii – odparł Andrzej.
– O kur..! – wykrzyknął policjant.

Złota polska jesień w Puszczy Niepołomickiej.
Złota polska jesień w Puszczy Niepołomickiej.

Gdy dojechaliśmy do Bochni, odbiliśmy na północ nadkładając kilkanaście kilometrów przez Puszczę Niepołomicką. Ta zaś odsłoniła przed nami swoje najpiękniejsze oblicze – jesienno-złote!

Siostra moja najstarsza Dorota przywitała nas transparentem na drzwiach swojego domu i pięcioma półmiskami z pierogami ruskimi. Nie muszę chyba wspominać, że całkowicie zrekompensowały one trud tego dnia, a wieczorne rozmowy koszmarnie nas rozleniwiły i najchętniej to zostalibyśmy tam jeszcze kilka dni, jednak w planach na dzień następny był Kraków – miasto, które nas połączyło i gdzie ta podróż się zaczęła.

Z Markiem na krakowskich Rybitwach.
Z Markiem na krakowskich Rybitwach.

W parku niepołomickim spotkaliśmy się z naszym kumplem Markiem, który przyjechał do nas na rowerze z Krakowa. Pokazał nam fajną drogę przez Rybitwy do krakowskiego Rynku. Po drodze pogaduchy – co słychać, jak życie, praca, jakie plany? Nawet się nie obejrzeliśmy, a byliśmy już na ścieżce rowerowej nad Wisłą i mknęliśmy w stronę Wawelu. Jazda objuczonymi rowerami po dobrze nam znanych ulicach Starego Miasta przyprawiała o szybsze bicie serca.

Wjechaliśmy na ulicę Grodzką i zobaczyliśmy pierwsze przebłyski Sukiennic – ciarki przebiegły mi po plecach. To było jak w bajce, ale działo się naprawdę. Nagle Grodzka otworzyła się w krakowski Rynek i euforii nie było granic. Jesteśmy w sercu Krakowa! Na ten moment czekaliśmy długo, bardzo długo! Gdy stanęliśmy i troszkę ochłonęliśmy podjechały do nas dwie kolarki – to Marcin i Michał, z którymi umawialiśmy się na naszym fsnpejdżu. Chwilę potem doszedł Bartek i Robert – świat wirtualny na chwilę zaczął się przenikać z realnym, a my mogliśmy podzielić się naszą podróżą z innymi, choć w malutkiej części.

Każdy podnosi swój rower do góry... no bez jaj! Foto by Marcin Wesołowski.
Każdy podnosi swój rower do góry… no bez jaj! Foto by Marcin Wesołowski.

Rozmowom nie było końca, jednak plan na dziś był taki, aby dotrzeć do Kalwarii na wieczór, więc ruszyliśmy koło południa w stronę Tyńca trasą rowerową nad Wisłą – piękny i ciepły dzień sprawił, że jechało się wręcz idealnie. Cóż będąc już tak blisko domu, zaliczyliśmy też awarię – poraz kolejny złamał się Alicjii tylny bagażnik (made in China). To zdecydowanie najsłabszy punkt w naszym sprzęcie, na szczęście mój tajski bagażnik ani razu nie nawalił, mimo że rower był dużo bardziej obciążony!

Tuż przed Kalwarią zapytałem faceta koło sklepu o łatwiejszą i szybszą drogę do celu. Ten odparł bez namysłu:
– Chopie, żnij tu na dół i za cmyntarzem w prawo!

O jakże blisko domu się poczułem. Tak naprawdę to gdybyśmy się uparli tego samego dnia wieczorem bylibyśmy w Stryszawie, ale jazda po zmroku to ostatni rzecz, którą chcemy praktykować pod koniec podróży. Ugoszczeni przez mojego wujka i kuzynostwo znów spędziliśmy interesujący wieczór na rozmowach i anegdotach opowiadanych z różnych części świata.

Bangkok - Poland by bicycle, mission accomplished!.
Bangkok – Poland by bicycle, mission accomplished!.

Ostatni dzień był najdziwniejszy. Kilka kilometrów przed Suchą Beskidzką zaczęły mi się pojawiać jakieś dejavue i wydawało mi się, że śnię na jawie. Na rynku pod Karczmą Rzym czekali moi rodzice, z którymi zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie i dalej wyruszyliśmy na ostatnie 12 kilometrów.

Gdy przejeżdżaliśmy znak Stryszawa, a później gdy dojeżdżaliśmy do bramki domu czułem smutek przenikający się z radością – ta podróż to już historia, ale z drugiej strony kończymy coś, co zaczęliśmy ponad półtora roku temu w Bangkoku. Zsiadamy z rowerów, opieramy je o garaż i… i… i to koniec. Finisz. Kropka. Spoglądamy na siebie i przybijamy z Alicją radośnie “piątkę”, tata przynosi szampana. Huk! Poleciał korek w górę! Jutro nigdzie dalej nie jedziemy… dziwne to uczucie.

O autorze: Andrzej Budnik

Alternatywny podróżnik, zapalony bloger i geek technologiczny. Połączenie tych dziedzin sprawia, że w podróż przez australijski interior czy nowozelandzkie góry zabiera do plecaka drona, który pozwala mu przywieźć niepublikowane nigdzie wcześniej zdjęcia i oryginalne ujęcia wideo. Swoją duszę zaprzedał górom w północnym Pakistanie i tadżyckim Pamirze, które odkrywał podczas 4-letniej podróży lądowej przez Azję i Australię. Od wielu lat zaangażowany w aktywizację polskiego środowiska podróżniczego. Założyciel i obecnie współautor najstarszego, aktywnego bloga podróżniczego w Polsce – LosWiaheros.pl. Nominowany do Travelerów 2010 i Kolosów 2013. Zwycięzca konkursu Blog Roku w kategorii Podróże i Szeroki Świat w 2007 roku. Zawodowo licencjonowany pilot drona w firmie CrazyCopter.pl specjalizującej się w fotografii lotniczej i wideo z drona. Łącząc od lat pracę zdalną i podróże stara się promować styl życia określany Cyfrowym Nomadyzmem.

Podobny tekst

Susz – tam wszyscy wiedzą co to jest TRIATHLON

Chciałam tylko objechać Jeziorak dookoła, a wpadłam po uszy. Najpierw spotkałam ludzi, którzy z pasją i błyskiem w oku opowiadają o swojej pracy. …

21 komentarzy

  1. No to witajcie w domu 🙂

  2. mega wyprawa 🙂 gratulacje! oby więcej takich, albo.. jeszcze lepszych 🙂

  3. Podnoszenie roweru do góry to ulubione zajęcie Michała, gdy robimy zdjęcia w trasie. To zapewne wynika z fascynacji wagą kolarek, które jak wiadomo, ważą niewiele 😉

    Chciałem nawiązać do Waszego komentarza a propos zmiany stosunku kierowców do rowerzystów. Tak… zgadzam się z tym w 100%. Sporo o tym wiem, bo na szosach trochę czasu (w Polsce jak do tej pory) spędzałem i mam szacunek to tego, jak się zachowują kierowcy. Nadal jednak trzeba stosować zasadę ograniczonego zaufania, ponieważ na 1000 kierowców, którzy mnie mijają i są super, zdarza się 1, który może mnie zabić swoim totalnie nieodpowiedzialnym zachowaniem. Tych na szczęście jest dużo, dużo mniej.

    Pozdrawiam!

  4. Hurra! fajnie, że już jesteście, ściski z Nysy 🙂

  5. w sumie to nie wiem co wam w tym miejscu napisać… po prostu pięknie to sobie wymyśliliście i nieźle wykonaliście….
    “bo marzenia trzeba spełniać” i tyle…

  6. Sledziłem was rowerzyści od samego początku istnienia waszego bloga, a dopiero w tym wpisie okazało sie, że jesteśmy sąsiadami w Polsce – przed wyprowadzką do Chin z Polski mieszkałem 20 km od Brzeska.

  7. no i się poryczałam….co za podróż..;)

  8. gratulacje!!! SWIETNA WYPRAWA, WITAMY Z POWROTEM !!!

  9. ostatnie zdanie najbardziej mnie zasmuciło; wasz blog zacząłem czytać w trakcie waszej podroży po Afganistanie gdyż sam tam wtedy bylem i czytało go się świetnie; codziennie sprawdzałem czy niema nowych wpisów, a gdy się pojawiały od razu je chłonąłem; żal że to już koniec; pozdawiam serdecznie Robert

    • Dariszu Krolikowski

      Tą trasą przez Afganistan bylem zdumiony. Wojna, taliby kule świstają przynajmniej w tv a oni spokojnie na rowerku przemierzają kraj. Myślalem, że tubylcy będą wrogo nastawieni do bialych a jednak spokojnie przejechali.

      • Dariusz, to nie jest tak do końca, jak dany kraj przedstawiają media. Irak, Pakistan, Afganistan mają swoje bezpieczne części. Oczywiście są też te, gdzie gdybym się pojawił, raczej na pewno zaraz by mnie ustrzelili, ale tam się nie pchaliśmy.

  10. wy 27 października wróciliście, a ja 3 dni później – w środę – ruszam na swoją wyprawę. Najlepsze jest to, że nie mam pojęcia, kiedy wrócę. Może po miesiącu, może (najbardziej prawdopodobna opcja) za jakieś pół roku, a może za dwa lata 🙂
    Czas pokaże : )

  11. I nie jest wam szkoda? Jakos mi sie smutno zrobilo jak mysle ze to koniec. Zawsze jak o was myslalam a myslalam czesto I zastanawialam sie co robicie I gdzie teraz jestescie byliscie gdzies, cos was czekalo I wogole, a teraz to koniec. Ciesze sie ze moglam byc z wami chocby wirtualnie przez te wszystkie lata podrozy:) Teraz czekam na wpisy na ktore nie mieliscie czasu, I tak ogolnie gratuluje bo to wielki wyczyn, I tak naprawde jestescie bohaterami:)

    • Nie no. Ja Cie prosze… jakimi bohaterami?
      Fajnie, ze z nami podrozowalas, ale to tez nie koniec naszych przygod. Nieuleczalna choroba trwa dalej 😉 Juz knujemy kolejny wyjazd 🙂

      • Pewnie ze bohaterami, niestety niewiele ludzi ma odwage zdecydowac sie na taka podroz, po takich krajach. Rzucic wszystko i isc za marzeniami, pasja. Ja tej odwagi nigdy nie mialam zawsze cos mnie trzymalo, zreszta w tym momencie nie mam nawet z kim, wiem wiem to wymowka ale napewno zaczne cos robic w tym kierunku:) Poprostu jestescie moimi idolami jesli chodzi o swiat podroznikow:)
        W dodatku co jest godne podziwu to to ze wytrzymaliscie ze soba, nie mowie zlosliwie, ale tak naprawde byliscie na siebie ‘skazani’ 24h na dobe w wiekszosci na totalnym odludziu. Wiekszosc par nawet nie wiem jak swietnych i zgranych by nie wytrzymalo jednego procenta tego co wy:) Wiem cos o tym wlasnie sie rozstalam z narzeczonym a raczej to on mnie zostawil po 8 latach z godziny na godzine. Czasami ludzi sie nie zna, mimo ze wydaje nam sie inaczej. Wy napewno sie juz swietnie poznaliscie. A to ze tyle raz podrozowaliscie i ze juz myslicie o kolejnej podrozy swiadczy o tym ze sie swietnie znacie i rozumiecie:)
        Tak jak zawsze pisalam licze na kolejna wasza podroz:) i zawsze do niej zachecam:) tak jak pisalam jak jeszcze nie wiedzieliscie co dalej zanim zdecydowaliscie sie na rowery moze tym razem jakas lodz i rzeki:) zreszta napewno cos ciekawego wymyslicie:) ja mam tylko nadzije ze dlugo nie trzeba bedzie czekac:) Jakbyscie mieli czas i checi zapraszam do mnie:) co prawda mieszkam z rodzicami ale kanapa zawsze sie znajdzie:) mimo ze wirtualni i ze to ja was bardziej znam niz wy mnie jestescie takimi moimi przyjaciolmi i uwielbiam czytac co u was:)

  12. GRATULUJE

  13. Wow… popłakałam się ze wzruszenie 🙂 to uczucie, że coś się skończyło, jest straszne…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *