Start » Podróże rowerowe » Pociągiem i rowerem – Pogórze Przemyskie i Dynowskie

Pociągiem i rowerem – Pogórze Przemyskie i Dynowskie

Ostatnio robiłam to dawno temu. Zwykle wsiadało się do ostatniego lub pierwszego wagonu. Walczyło się z przestrzenią i materią, żeby nikomu nie przeszkadzać. Kiedyś jeżdżenie pociągiem z rowerem było uciążliwe, jak wygląda dziś? Czy coś się zmieniło? Na lepsze a może na gorsze?

Tego roku chciałam pożegnać lato weekendowym wypadem na rower. Patrzyłam na mapę jak można zaplanować sobie 3 dni w okolicach Krakowa. Jakoś mi się to nie kleiło. Odpuściłam. Nie wpadło mi do głowy to, że można przecież wyjechać z Krakowa pociągiem gdzieś dalej, przejechać w inne miejsce i wrócić do domu znów pociągiem. Moje skojarzenia pociąg + rower nie były najlepsze. Postanowiłam jednak dać kolei szansę.

Skoro tak, to pomyślałam, że warto pojechać gdzieś dalej, ale nie na tyle, żeby przesiedzieć w pociągu cały dzień. Gdy chcę pojeździć po Polsce, zwykle mój palec na mapie wędruje na wschód. Tym razem wskazał Przemyśl. Idealnie! To około 3 godziny drogi pociągiem z Krakowa. W dodatku Przemyśl jest dobrym punktem wypadowym na Green Velo i to na północ w stronę Roztocza jak i na zachód w stronę Rzeszowa. Można zrobić też sobie wypad zagraniczny i pojechać rowerem z Przemyśla do Lwowa. Wybrałam wersję rzeszowską.

Na trasie Kraków – Przemyśl można w godnych warunkach podróżować ze swoim “rumakiem” :)

Z Przemyśla do Rzeszowa można jechać dokładnie trasą Green Velo, ale wcale nie ma takiej potrzeby i zachęcam do tego, żeby piękno Pogórza Przemyskiego odkrywać po swojemu. Tak właśnie zrobiłam i nie żałuję ani trochę swoich wyborów. Chętnie podzielę się wrażeniami z trasy a na końcu znajdziesz informacje o tym jak przewieźć rower pociągiem.

Dzień 1
Przemyśl – Krasiczyn – Krasice – Krzywcza – Dubiecko – Słonne

(50 km, 410 m w górę, 380 m w dół)

Już na samym początku zrezygnowałam z Green Velo i jak tylko wysiadłam z pociągu w Przemyślu, pojechałam na Kopiec Tatarski jakimiś krętymi, małymi uliczkami. Skusiła mnie magia nazwy i związane z tym miejscem legendy. Podobno kopiec usypali sami Tatarzy w miejscu gdzie pochowany został chan, który stracił życie na polu bitwy. Jak na ironię kopiec jest też symbolem zwycięstwa nad Tatarami, a jego druga nazwa to „Zniesienie” czyli „pokonanie”.

Kolejna jego nazwa to Wzgórze Przemysława od imienia księcia lechickiego – założyciela miasta. Jednak okazuje się, że najciekawsze rzeczy działy się zanim na te tereny dotarło chrześcijaństwo. Wiele wskazuje na to, że wzgórze było miejscem kultu słowiańskich bogów. Czczony był tu zwłaszcza Swarożyc.

Kopiec Tatarski w Przemyślu jest najlepszym punktem widokowym

Jak to często bywa w dawnych miejscach kultu pogańskiego, postawiono tu kaplicę chrześcijańską, która została zniszczona w czasie II wojny światowej. W XIX wieku Austriacy zobaczyli w tym terenie potencjał militarny i wybudowali fortece, które wchodzą w skład całej Twierdzy Przemyśl. Jedno jest pewne – jest stąd dobry widok na całe miasto i w tych malowniczych okolicznościach można zjeść sobie drugie śniadanie pod niedawno wybudowaną wiatą. Jest ona też schronieniem dla wędrowców, którzy pieszo przemierzają szlak św. Jakuba. Czekałam, czekałam, ale nikt się nie pojawił.

To naprawdę intrygujące miejsce, ale czułam tam trochę ciężką energię. Może przez tę militarną przeszłość i bliskość cmentarzy… Nie wiem. Warto się jednak wdrapać na górę chociażby dla widoku 360 stopni.

Zimą w Przemyślu można skorzystać z kilku tras narciarskich

Moim kolejnym celem był Zamek w Krasiczynie. Green Velo akurat omija ten zabytek, ale właściwie jakie to ma znaczenie? Z Przemyśla jedzie się drogą nr 28, która jest umiarkowanie ruchliwa. To tylko 10 km i tragedii nie ma. Myślałam, że przyjadę sobie na spokojnie rzucę okiem na Zamek, zrobię kilka zdjęć, przejdę się szybko po parku i wio dalej w drogę. Nic z tych rzeczy.

Perła renesansu włoskiego i manieryzmu, czyli Zamek w Krasiczynie tak mnie zauroczył, że spędziłam gapiąc się na jego mury ozdobione sgraffito ponad godzinę. Widać, że konserwatorzy zabytków włożyli mnóstwo pracy, aby doprowadzić Zamek do takiego wyglądu. Zniszczenia były duże, bo po wybuchu II wojny światowej sowieci zabrali stąd co się dało i niszczyli cenne pamiątki i zabytki.

Zamek w Krasiczynie jest ulubioną scenerią fotograficzną dla młodych par
Przykład renesansowego zdobienia ścian – sgraffito
Baszta Szlachecka Zamku w Krasiczynie

Kolejną godzinę chodziłam po parku i podziwiałam rozłożyste dęby, które rosną przy alejach. Lubię dęby. Mają w sobie tajemniczy urok a ich majestatycznie rozłożone ramiona zawsze budzą respekt. Te drzewa znalazły się tutaj za sprawą rodziny Sapiechów. Otóż, gdy rodził się syn sadzili dumny dąb. Gdy rodziła się córka… lipę…

Czas minął mi najszybciej na poszukiwaniu drzewa miłorzębu. Podobno gdy 3 razy obejdzie się go dookoła to spełniają się marzenia.

Dąb zasadzony przez rodzinę Sapiehów dla nowo narodzonego Adama
Z Parku w Krasiczynie trudno wyjść ot, tak. Dzieje się tu magia!

Nie było łatwo ruszyć się z tego magicznego miejsca, ale zaczynało się robić późno, a ja byłam wciąż na początku trasy. Im dalej jechałam tym bardziej z przerażeniem zdawałam sobie sprawę, że nie wykonam dzisiaj mojego planu wycieczki. Co chwilę zatrzymywałam się, bo coś przykuwało moją uwagę. A to cerkiewka w środku wsi, a to drewniana chałupa, a to drzwi do Narni, a to malownicze krajobrazy Pogórza Przemyskiego.

Piękny pejzaż przy którym poznałam piękną osobę

Najskuteczniej zatrzymała mnie pewna przemiła pani, która zaprosiła mnie na herbatkę. Jeździłam rowerem po wielu różnych krajach i zawsze gościnność, którą mi okazywano, odstawiała te naszą polską, daleko w tyle. Tego popołudnia spontaniczne spotkanie, ciekawa rozmowa, herbatka, jajecznica od szczęśliwych kur i zwykłe wymiany serdeczności przekonały mnie, że i w Polsce są ludzie zwyczajnie mili i przyjaźni. Bardzo pozytywne doświadczenie.

Coś za coś. Wiedziałam, że przyjmując zaproszenie muszę się liczyć z tym, że na pole namiotowe do miejscowości Słonne dojadę już po zmroku i niewiele po drodze już zobaczę. A co tam, takie spontaniczne spotkania to największa wartość podróżowania, a jazda nocą mnie nie przeraża.

Pamiętaj, żeby zawsze mieć przy sobie odpowiednie oświetlenie, które po pierwsze jest obowiązkowe jeśli jedzie się rowerem w nocy, a po drugie sprawia, że jesteśmy widoczni na drodze. Czerwone światło z tyłu, białe z przodu, a ja mam jeszcze odblaski, które zakładam na tylne sakwy i na ramię. Myślę też, że odblaskowa kamizelka wcale nie byłaby przesadą. Jako kierowca sama wiem jak słabo widać rowerzystę na drodze. Od kiedy zdałam sobie z tego sprawę, zawsze mam w sakwie zestaw do jazdy po zmroku.

Po drodze udało mi się jeszcze złapać w obiektywie intrygującą sylwetkę opuszczonej cerkwi Narodzenia NMP w Krzywczy. Niewiele o niej mogę powiedzieć. Tablica informacyjna, która stoi tuż obok zamkniętej bramy, raczej mówi nam jak budynek wygląda i czym jest ozdobiony, niż o jego historii lub ciekawych wydarzeniach.

Cerkiew w Krzywczy w świetle zachodzącego słońca ma specyficzny urok
Po co się spieszyć? Lepiej popatrzeć na San w świetle zachodzącego słońca!

Mknąc po pustych już drogach, czułam na skórze wilgoć ciągnącą od Sanu i chłód wrześniowej nocy. Zastanawiałam się czy to w ogóle dobry pomysł jechać na to pole namiotowe. Uparłam się. Coś mi mówiło, że warto się jeszcze te kilka kilometrów pomęczyć, bo będzie fajnie.

Pole namiotowe w Słonnem jest położone nad samym Sanem, ale też tuż obok drogi. Nie jest to jednak duży problem, bo ruchu tutaj prawie nie ma. Bardziej uciążliwi byli imprezowicze po drugiej stronie rzeki… Mimo wszystko miejsce polecam, bo można skorzystać z łazienki, w której jest prysznic i ciepła woda. Gdyby nie ta impreza to byłoby idealnie, bo samo miejsce ma miłą atmosferę. Rano można sobie po królewsku zjeść owsiankę na pomoście na rzece i gapić się na kaczki.

Dzień 2
Słonne – Dubiecko – Piątkowa – Ulucz – Dobra – Tyrawa Solna

(45km, 460m w górę, 220m w dół)

Tak mi się spodobało w Słonnem, że zaczęłam się zastanawiać, że może warto tu zostać na kolejną noc, a w dzień pochodzić sobie po okolicy. Mój wewnętrzny leń jednak poszedł spać i szybko zebrałam się w drogę. Miałam wrażenie, że coś się dziś jeszcze wydarzy.

Cisza, spokój i śniadanko nad samiuśkim Sanem

Niespodzianka czekała kilka kilometrów dalej w miejscowości Dubiecko. Trafiłam do osobliwego miejsca – Muzeum Skamieniałości i Minerałów. Prowadzi je pan Robert Szybiak. To jego własna kolekcja, po której sam oprowadza. Warto zadzwonić i umówić się wcześniej na zwiedzanie, bo pan Robert nie zawsze jest na miejscu. Tak było w moim przypadku, ale i tak miałam możliwość obejrzenia tej imponującej kolekcji.

Muzeum mieści się w prywatnym domu. W trzech pomieszczeniach tematycznie poukładane są rozmaite skamieniałości z Pogórza Przemyskiego, z Polski i z innych części świata. Dużą część z nich pan Robert znalazł sam. To pasja jego życia i to widać od razu, gdy wchodzi się do tego osobliwego muzeum. Na dzień dobry widzimy kości, zęby i ciosy mamutów, żyjących niegdyś na terenach Polski, czaszka nosorożca włochatego, fragmenty poroża jelenia olbrzymiego, ale też skamieniałe ryby, amonity i wszelkiego rodzaju muszle.

Ciosy mamutów polskich :)
Takie cuda tylko w Muzeum Skamieniałości i Minerałów w Dubiecku

Kolekcja robi naprawdę ogromne wrażenie. Historia zaklęta w kamieniu. Szkoda, że nie miałam okazji porozmawiać z panem Robertem, bo fascynują mnie ludzie tak bardzo oddani swojej pasji. Myślę, że jeszcze tu kiedyś wrócę. Interesujące miejsce.

W Dubiecku jest też zamek, ale na bramie wisi ogromny zakaz wjazdu rowerów, chyba że jest się gościem restauracji lub hotelu. Nawet nie zdążyłam zdecydować czy chcę być gościem tej restauracji, bo zakaz mnie skutecznie zniechęcił. Wyszło mi to tylko na dobre, bo kilka kilometrów dalej znalazłam lokalną knajpkę o przedziwnej nazwie. „Dobros obiados” – ktoś miał kontrowersyjny pomysł, ale tak absurdalna nazwa budzi uśmieszek i zapada w pamięć. Teraz już dodatkowo będzie mi się kojarzyła ze smacznym obiadem w przystępnej cenie (mielony z ziemniakami i zestawem surówek kosztował 12 pln).

Żeby zobaczyć cerkiew św. Dymitra w Piątkowej, trzeba nieco zboczyć z głównej trasy

Wiadomo, że Podkarpacie cerkwiami stoi. W niektórych miejscowościach można odnaleźć małe, zapomniane cerkwie, ale wiele z nich jest objęta ochroną i jako zabytki są remontowane. Tak jest z cerkwią w Piątkowej, która wygląda „prawie jak nowa”. Można ją sobie obejrzeć tylko z zewnątrz, ale to wystarczy. Największą uwagę zwracają drewniane rynny, tzw rzygacze, które zostały zrekonstruowane.

Cerkiew w Uluczu była niegdyś celem pielgrzymek

Większe wrażenie robi cerkiew w Uluczu. Żeby się do niej dostać trzeba wspiąć się na górę. Cerkiew Wniebowstąpienia Pańskiego w Uluczu jest zaliczana do grona najstarszych cerkwi drewnianych na terenie Polski. Jest obecnie pod opieką Muzeum Budownictwa Ludowego w pobliskim Sanoku.

Kolejna tego dnia cerkiew, która jest zachowana w świetnym stanie, znajduje się w miejscowości Dobra. Jej charakterystyczną częścią i wizytówką jest drewniana dzwonnica.

Dzwonnica cerkwi w Dobrej

Moim celem tego dnia był kemping „Diabla Góra” w Tyrawie Solnej. Skusiło mnie jego położenie nad samym Sanem i mnóstwo dobrych opinii. Faktycznie kemping jest położony tuż nad rzeką, ale jest bardzo rozległy i dobrze wyposażony. Każde miejsce ma swój drewniany stolik z wiatką, łazienki są czyste i dobrze utrzymane, a woda w prysznicu gorąca. Doceniam to bardzo jako rowerzystka!

Na miejscu jest też restauracja, więc nie trzeba wieźć ze sobą jedzenia. W razie czego po drugiej stronie rzeki w Mrzygłodzie jest sklep i można się zaopatrzyć w potrzebne produkty. Mogłabym tu spędzić nawet kilka dni, bo na miejscu można wypożyczyć kajaki i spłynąć Sanem, pojeździć rowerem po okolicznych trasach, albo przejechać się do Sanoka, przejść się po starej części miasta i zwiedzić Muzeum Budownictwa Ludowego.

Dzień 3
Tyrawa Solna – Ulucz – Dynów – Tyczyn – Rzeszów

(75 km,  394m w górę, 470m  w dół )

Zaspałam. Wybrałam kemping blisko rzeki, bo liczyłam na foty porannych mgieł. Nie wstałam. Nawet nie pamiętam kiedy wyłączyłam budzik. Otworzyłam oczy dopiero gdy słońce rzuciło promień na namiot i poczułam to charakterystyczne ciepło. To już była końcówka mgielnego spektaklu, ale za to promienie słońca tworzyły ten magiczny obrazek.

Poranek wrześniowy na kempingu “Diabla Góra”
Do tej alei trzeba wrócić jesienią

Pierwsze 8 kilometrów to powrót tą samą drogą do Ulucza, ale rankiem wszystko wygląda inaczej, więc miałam wrażenie jak bym jechała inną drogą. Potem jechałam już trzymając się prawej strony Sanu. Jedzie się tu bardzo przyjemnie, zwłaszcza przez krótki fragment, gdzie po obu stronach drogi rosną wysokie dęby. Myślę, że jesienią kolory są tutaj obłędne.

Jazda wzdłuż Sanu gwarantuje sielskie pejzaże
… i bliskie spotkania z naturą :)

W miejscowości Gdyczna wskoczyłam znów na Green Velo. Akurat ta część szlaku do Dynowa i sam przejazd przez miasto są bardzo fajnie poprowadzone. Nie trzeba zerkać na mapę tylko jechać tak, jak kierują pomarańczowe drogowskazy. Za Dynowem jest kilka podjazdów, ale za to widoki malownicze.

W Dynowie pożegnałam się z Sanem i obrałam kierunek rzeszowski. Miałam wykupiony już bilet na pociąg, na który nie chciałam się spóźnić. Szlak Green Velo kręci jeszcze po okolicznych górkach, ale ja wybrałam szybszą opcję i pomknęłam główną drogą do Tyczyna. Tutaj zaczyna się ścieżka pieszo-rowerowa do samego Rzeszowa, co znacznie ułatwia i usprawnia dojazd na dworzec kolejowy.

W Rzeszowie mój weekend rowerowy się zakończył. Uważam, że był bardzo udany. Pogórze Przemyskie i Dynowskie mają wiele do zaoferowania. Można ułożyć trasę wg swoich zainteresowań i potrzeb.

Rzeszów ma naprawdę dobre ścieżki rowerowe!

Planując trasę polecam wejść na stronę Green Velo i zerknąć na mapę. Oznaczone są tam wszystkie szlaki rowerowe, nie tylko te wyznaczone przez Green Velo. Na mapce w dany szlak można kliknąć i pojawi się jego nazwa. Klikamy w nią i w nowym oknie elegancko otwiera się krótki opis interesującego nas szlaku. Dowiemy się jak długa jest trasa, ile zajmuje czasu i co ciekawego można na niej zobaczyć. Dzięki tej mapce sama “zaplanowałam” swoją trasę rowerową na weekend.

Jak przewieźć rower pociągiem

Moje obawy co do warunków przewożenia roweru okazały się niepotrzebne. Pociąg Intercity, który wybrałam miał w składzie dwa wagony z miejscami dla rowerów, po 12 każdy. Plus do tego w korytarzu przed Warsem było jeszcze kilka dodatkowych miejsc. Daje to ponad 25 miejsc dla rowerów w jednym pociągu.

Z Krakowa do Rzeszowa jechałam jako jedyna z rowerem, więc nie musiałam nawet zdejmować sakw, żeby wejść do pociągu. Oparłam rower o stojaki i już. Później, w Tarnowie, wsiadła kolejna osoba z rowerem i to wszystko. Nie ukrywam, że był to weekend już po sezonie, poza wakacjami szkolnymi. W czasie wakacji lub długich weekendów rowerzystów jest pewnie znacznie więcej.

Kupiłam swój bilet przez internet dosłownie 2 dni przed wyjazdem i nie było problemów, ale jeśli planujesz swoją podróż w bardziej urlopowym sezonie, warto o zakupie biletu dla siebie i na rower pomyśleć wcześniej. O tym napisze Andrzej w swoich refleksjach po podróży do Słowińskiego Parku Narodowego.

Wygodne jest to, że miejsce dostaje się w tym samym wagonie, w którym jedzie rower. Niby logiczne, ale kilka lat temu naprawdę różnie z tym bywało. W dodatku w ścianie są wycięte okienka, przez które widać sprzęt. Jedzie się więc z widokiem na własny rower :)

Poza sezonem, w piątkowy poranek – pełen komfort!

Jedna uwaga co do wsiadania. W Rzeszowie pociąg miał postój tylko 2 minutki. Gdy podjechał na peron, ludzie intensywnie zaczęli się przemieszczać do swoich wagonów. Trochę mnie to unieruchomiło i czekałam, aż wszyscy wsiądą. Znalazłam swój wagon i wtarabaniłam rower do pociągu z pomocą młodego chłopaka i… okazało się, że wsiadłam nie z tej strony!

Zdjęłam sakwy z roweru i przeniosłam wszystko osobno do części rowerowej. Jak się domyślacie, inni pasażerowie nie byli tym pomysłem zachwyceni. Tym bardziej, że stację później inna dziewczyna wykonała dokładnie to samo, co ja.  Zwracajcie więc uwagę na naklejkę z rowerem, która jest po tej stronie wagonu, gdzie powinno się wsiąść :)

Wsiadając do pociągu pamiętaj, żeby zrobić to od strony naklejki z rowerem :D

Sama jazda na tej trasie w jedną i w drugą stronę była komfortowa, szybka i bez opóźnień. Dzień przed wyjazdem pracowałam do późna i zapomniałam naładować baterię do aparatu. Na szczęście w pociągu były gniazdka i zdążyłam sobie wszystko jeszcze podładować. W składzie był też Wars, a że wyjeżdżałam z Krakowa w piątek rano o 7:48, to z przyjemnością wypiłam sobie kawkę do mojej własnej, przygotowanej jeszcze w domu owsianki.

Podróż z widokiem na rower

Mam świadomość, że pewnie nie wszystkie składy pociągów tak wyglądają i mają takie ułatwienia dla podróżujących z rowerem, ale ewidentnie widać, że idzie ku lepszemu. Może przed wyjazdem warto się zorientować jak wygląda dany skład pociągu i na jakich zasadach można przewieźć w nim rower. Im więcej będzie nas korzystało z opcji przewiezienia rowerów, tym bardziej będzie widać potrzebę podnoszenia komfortu jazdy.

Jeśli planujesz podobną wycieczkę podpowiem, że pociągi, którymi jechałam to Intercity relacji Kraków – Przemyśl (IC 30102 WISŁOKA)  i Rzeszów – Kraków (IC 3602 WYSPIAŃSKI) i mogę z czystym sumieniem je zarekomendować. Przyznam, że podróż przebiegła tak dobrze, że chętnie pojechałabym gdzieś znów pociągiem z rowerem. Spodobała mi się taka forma podróżowania i już się rozglądam za kolejnymi ciekawymi połączeniami kolejowymi. Taka łączona opcja na weekend jest jak najbardziej dobrym pomysłem, tym bardziej, że bilet na rower nie jest drogi, a warunki przewozu rowerów znacznie lepsze niż kilka lat temu.

Nawiasem mówiąc nadarza się właśnie super okazja, bo PKP Intercity w ramach Europejskiego Tygodnia Zrównoważonego Transportu przygotowało ciekawą promocję dla rowerzystów. To już za chwilę, bo od 16 do 22 września, rower będzie można przewieźć za symboliczną złotówkę, niezależnie od tego dokąd się jedzie! Więcej o całej akcji przeczytasz TUTAJ. Myślę, że warto zerknąć na kolejowy rozkład jazdy… Przemyśl to!

Tekst powstał przy współpracy z firmą PKP Intercity, która podsunęła pomysł połączenia wyjazdu rowerowego z przejazdem pociągiem. Dzięki za to! Miałam dużo frajdy.

O autorze: Alicja Rapsiewicz

Z zamiłowania i wykształcenia aktor-lalkarz. Pracowała przez 8 lat na różnych scenach w kraju i za granicą grając rozmaite role (od Krowy przez Anioła na Świętej skończywszy). Kilka zwrotów akcji w jej życiu i ciężki, ale ciekawy żywot wędrownego artysty, zaowocowały pomysłem aby objechać świat dookoła. Podróżowanie to jej największa pasja. Spędziła 4 lata w drodze przemieszczając się pieszo, autostopem, rowerem i jachtem. Odwiedzając rozmaite zakątki świata lubi przyglądać się codziennemu życiu mieszkańców i ich zwyczajom. Nie lubi się spieszyć. Nie wierzy w zdanie "nie da się", zdecydowanie jest zwolennikiem myśli "lepiej żałować, że coś się zrobiło, niż żałować, że się w ogóle nie spróbowało."

Podobny tekst

Rowerem wzdłuż Łaby na chilloucie cz. II

Na drugi dzień mojej rowerowej wycieczki czekałam najbardziej. Próbowałam sobie wyobrazić jak to będzie wyglądało na żywo. Na myśl o tym …

6 komentarzy

  1. Praktyczny poradnik jak podróżować z rowerem, szczególnie w pociągu:). Dobra robota!

  2. Ciekawe i przydatne informacje. Muszę kiedy spróbować takiego sposobu podróżowania.

  3. Bardzo przydatny artykuł. Warto było tutaj zajrzeć. Pozdrawiam

  4. piękne i bardzo praktyczne, odkrywanie Polski !

  5. Ciekawy pomysł na podróż, idealny szczególnie dla pary :)

  6. Faktycznie, taka podróż z rowerem, gdzie jest dużo miejsca, to naprawę ogromne udogodnienie. Fajnie, że jest to coraz częściej możliwe :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *