Start » Wywiady bez cenzury » Fotografia i reportaż » Wywiady bez cenzury: Łukasz Kędzierski
Fot. Łukasz Kędzierski

Wywiady bez cenzury: Łukasz Kędzierski

Łukasz Kędzierski opowiada jak zaprzyjaźnić się z pozującymi do ujęcia. Jak i kiedy lubi fotografować. Zdradza swój sekret na bezpieczne przechowywanie zdjęć w podróży oraz przekonuje, że kiedy fotografuje hobbystycznie, zdjęcia wychodzą mu bardziej naturalne, niż gdyby robił je dla pieniędzy.

Czy planując podróż wybierasz trasę myśląc o zdjęciach, które możesz zrobić, czy zupełnie tego nie planujesz “pod obiektyw”?

Nie ma prostej i jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie – wszystko zależy. Wybierając kraj, do którego chcę pojechać kieruję się bardzo różnymi elementami: mieszkańcami, kulturą, religią, jedzeniem, interesującymi budowlami, florą i fauną, klimatem, zasłyszanymi opowiastkami, legendami. Istotną dla mnie informacją jest także stosunek mieszkańców do turystów, do robienia zdjęć. Nie lubię „niezręcznych” sytuacji, gdzie jeszcze dobrze nie wyciągniesz aparatu, a już pojawiają się ręce z prośbą o „money” za zdjęcie.

Przed dokonaniem ostatecznego wyboru najczęściej oglądam dużo zdjęć w Internecie, przeglądam albumy, przewodniki, czytam blogi, fora, książki. Jednak gdzieś tam w tyle głowy mam swoją prywatną listę, na której widnieje wiele krajów, które chcę odwiedzić – czasami bez powodu, czasami ze względu na to, że gdzieś widziałem ciekawe zdjęcie z danego rejonu lub po prostu pamiętam jakieś ciekawostki z lekcji geografii ze szkoły podstawowej.

Gdy już zapadnie decyzja o wyborze kraju, kolejnym etapem jest wyselekcjonowanie konkretnych miejsc. Im dłużej jeżdżę tym cele są bardziej precyzyjnie wybierane, nastawione na kadry, które mam w głowie, a czekają tylko na zarejestrowanie. Wybierając się do Indonezji moim najważniejszym celem było zobaczenie górników z Kawah Ijen, wschodu słońca w okolicach wulkanu Bromo oraz włóczęga po bliżej niesprecyzowanych miejscach na Bali.

Górnicy na Kawah Ijen, Indonezja - fot. Łukasz Kędzierski

Po zobaczeniu zdjęcia rybaka z Inle Lake postanowiłem, że muszę pojechać do Birmy i zobaczyć ten „balet na wodzie” na własne oczy. Dopiero później zacząłem czytać i dowiadywać się, co to za kraj, gdzie on leży, jacy ludzie tam mieszkają.

Zatem TAK – wybór głównie dokonywany jest przez pryzmat fotografii i ludzi, jakich mogę spotkać na mojej drodze. Zdjęcia, obrazy zarejestrowane w głowie, wydarzenia, wspomnienia, zapachy, sytuacje to wszystko moje „pamiątki”, które głównie przywożę z wyjazdów.”

No i jak ten rybak nad Jeziorem Inle tańczyl? Pozował, chciał pieniądze? Na wielu zdjęciach, które przedstawiają wspomnianą przez Ciebie scenę, widać mało naturalności i często te same osoby. Mnie nasuwa się jedno – pozują za pieniadze. Jak było w Twoim przypadku?
Nad jeziorem Inle wynajmujesz łódkę z driverem i płyniesz. Po drodze spotykasz rybaków, którzy charakterystycznie wiosłują, lecz także całe mnóstwo innych ludzi w swoich ogródkach, zbierających wodorosty itd. Wszyscy są bardzo przyjaźnie nastawieni i serdecznie machają, uśmiechają się.

Z rybakami jest podobnie. Najważniejsze, aby podpływać do nich tak, żeby nie płoszyć im ryb. Tak naprawdę na chwilę tylko spoglądają na ciebie, kto ty, szybka wymiana serdecznych pozdrowień, uśmiechów, gestów i wracają do swoich zajęć.

Nikt nie wyciąga ręki w błagalnym geście, nikt nie prosi o pieniądze, niczego od ciebie nie oczekują oprócz uprzejmości. Może byłem szczęściarzem, lecz nie spotkałem się z opisaną przez Ciebie sytuacją wśród rybaków.

Rybacy na Inle Lake, Birma - fot. Łukasz Kędzierski

Natomiast spotkałem kilkoro dzieci, które gdy wyszliśmy z łódki, nieśmiało, trochę wstydliwie i po cichu powiedziały do nas słowo “money” i wyciągnęły rękę. Gdy pokręciłem głową w odmownym geście, zawstydziły się jeszcze bardziej. Podszedłem do nich i pokazałem kilka zdjęć na ekranie aparatu. Były bardzo zaskoczone i po chwili pokazały na migi, aby zrobić im zdjęcie. Gdy zobaczyły swoje pięknie umalowane tanaką twarze na wyświetlaczu chciały kolejne ujęcia: z koleżanką, z kolegą, z nami, z rodziną. Zniknęła ich nienaturalność i zakłopotanie wcześniejszą sytuacją. Były szczęśliwe, że mogą dostrzec siebie w “elektronicznej” wersji. Podziękowaliśmy za tych kilka chwil i poszliśmy dalej.

Możliwe, że spotkaliśmy te same dzieciaki, ale bardzo sprytnie sobie z nimi poradziliście. Drążąc jednak temat Birmy – czy masz w takim razie wrażenie, że w tym kraju ludzie inaczej reagują na aparat niż np.w Laosie, Wietnamie czy Indonezji? Są bardziej naturalni, otwarci i chętnie pozują nie oczekując niczego w zamian? Czy może Birma nie różni się w Twojej opinii niczym od sąsiednich krajów w regionie?
Z jednej strony zgadzam się z tą tezą, a z drugiej nie. Wszystko zależy od konkretnej sytuacji i miejsca. Mam wrażenie, że w Birmie, ludzie są bardziej naturalni i otwarci na “innego” człowieka. Ich ciekawość “nieznanego” ułatwia kontakt, rozmowę, zdjęcia. Birma jest stosunkowo mało popularnym krajem, (choć jak zauważyłem ostatnio się to zmienia) i nawet bardzo turystyczne miejsca nie przeżywają takiego natłoku turystów jak inne najbardziej znane miejsca w Tajlandii czy Indonezji. Jednak nawet w Tajlandii wystarczy odejść z “tradycyjnego szlaku z przewodnika” i ludzie są naturalni i zaciekawieni twoją osobą. Wystarczy z nimi usiąść pogadać, często na migi, poświęcić im troszkę swojego czasu i bardzo często zasłona nieufności, strachu czy wstydu znika bezpowrotnie.

Mnisi, Birma - fot. Łukasz Kędzierski

Pozowanie to nie jest do końca dobre określenie, po prostu bardzo chcą, aby zrobić im zdjęcie, aby uwiecznić ich osobę na matrycy i móc się zobaczyć na ekranie wyświetlacza aparatu. Skrupulatnie zapisują swój adres, aby później wysłać im wersję wydrukowaną. Najczęściej wygląda to tak, że z grupy dzieciaków pierwszy podchodzi ten najodważniejszy. Na migi pokazuje, aby zrobić mu zdjęcie, po czym cała grupa chętnie ogląda wyniki naciśnięcia spustu migawki. Dalej jest już tylko łatwiej – wszyscy po kolei: solo, z kolegą, koleżanką, w grupie, z wyciągniętym językiem, śmieszną miną, z założoną czapką lub bez, chcą także zobaczyć się na małym ekraniku. Jest to bardzo sympatyczne i ciekawe doznanie.

To chyba dość trudne zdjęcia do zrobienia, bo najmniejsi są zwykle nabardziej ruchliwi. Jak ogarniasz taki wulkan energii zza wizjera aparatu?
Niestety nie ma prostej reguły. Wszystko zależy od konkretnej sytuacji, otoczenia, chęci dzieciaków do możliwości zrobienia im zdjęcia. Najczęściej jest tak, że są bardzo chętne, aby zapozować, lecz gdy ustawiają się przed obiektywem to nagle znika ich naturalność, szczerość, a pojawia się sztuczny uśmiech lub jego całkowity brak. Uradowany wyraz twarzy, błysk w oku zastępuje pełnej powagi spojrzenie.

Wulkanu energii nie da się okiełznać, trzeba go zaakceptować i spróbować się w nim odnaleźć. Dzieciaki najczęściej chcą pokazać się z jak najlepszej strony: jak świetnie jeżdżą na rowerze, rzucają patykami do celu, wspinają się na drzewo czy śpiewają lub tańczą. Zatem należy to wykorzystać i dołączyć do ich zabawy.

Trzeba pobawić się z dzieciakami, powygłupiać się, porobić głupie miny, dać możliwość przyzwyczajenia się do obcego. Wtedy są bardziej otwarte na przybysza, wracają do swoich naturalnych zachowań lub wręcz próbują cię zainteresować swoją osobą. Nieśmiałość, zakłopotanie i wstyd najczęściej znika, a pojawia się otwartość i chęć poznania.

Oczywiście nie zawsze to działa, czasami jest bariera, której nie da się przeskoczyć, a wtedy nic na siłę. Należy uszanować to i nie wyciągać aparatu.

Nie żałujesz potem, że nie wyciągnąłeś aparatu? Jest jakiś kadr, który szczególnie utkwił Ci w pamięci, a którego “nie pstryknąłeś”?
Nie ma czego żałować. Nadrzędną dla mnie wartością jest szacunek dla drugiej osoby. Jeżeli ktoś sobie czegoś nie życzy to trzeba to uszanować. Trzeba zawsze postawić się na miejscu tej drugiej osoby i odpowiedzieć na pytanie: czy odpowiadałoby mi takie zachowanie?

Przypomina mi się sytuacja z ostatniego wyjazdu na Sri Lankę. W okolicach Mihinthale, włóczyłem się po okolicznych ruinach. Schodząc ze wzgórza spotkałem parę nastolatków, którzy zażywali orzeźwiającej kąpieli w rzece. Piękna dziewczyna o kruczoczarnych włosach i ślicznym jasnobrązowym kolorze skóry ubrana jedynie w śnieżnobiałą, cieniutką, prześwitującą, długą koszulę i on przystojny młodzieniec w szerokich białych spodniach, chlapali i polewali się wzajemnie wodą. Delikatne ruchy, gesty, spojrzenia, dotyk. Promienie porannego słońca oświetlały ich twarze, na tle soczystej zieleni zarośli. Jak to mówią „miłość wisiała w powietrzu”.

Fot. Łukasz Kędzierski

Widząc mnie przechodzącego obok, trochę zawstydzili się. Wymieniliśmy tylko serdeczne uśmiechy i szybko opuściłem ten teren, aby im nie przeszkadzać, nie przerywać tej wyjątkowej dla nich chwili. Czułbym się nie fair w stosunku do nich, gdybym przyłożył aparat do oka i próbował zrobić zdjęcie.

Tak czysto teoretycznie, gdybyś jednak zrobił to zdjęcie, to z bliska czy raczej z daleka? W ogóle jakie są Twoje ulubione ujęcia i opiektyw(y)?
Na pewno byłoby to zdjęcie z bliska, będąc tuż obok wspomnianej pary. Zdjęcia ludzi, sytuacji, wydarzeń lubię robić z bliska bez niepotrzebnego pośpiechu. Nie robię zdjęć z ukrycia, tak żeby nikt nie widział, gdzieś zza muru, z daleka. Zawsze wolę podejść i w interakcji z człowiekiem utrwalić moment. Jednak nie zawsze jest łatwo lub wygodnie.

Nie mam ulubionych szkieł. Wykorzystuje to, co mam i to, co jest mi potrzebne w danej chwili. Wyjeżdżając gdzieś na dłużej staram się mieć zawsze w plecaku trzy obiektywy: standard 18-105 mm, stałkę 50 mm oraz tele 70-300 mm. Używam ich zamiennie.

W krajobrazie od jakiegoś czasu odkrywam potencjał, jaki drzemie w jego wycinkach, małych fragmentach robionych na dużej ogniskowej. Nie jest to łatwe, lecz zauważam, że poszukiwanie odpowiednich kawałków sprawia mi ogromną radość.

Dla mnie ważne jest, aby, aparat był zawsze łatwo dostępny i był pod ręką, lecz aby niepotrzebnie nie dyndał na szyi kusząc innych, trzymam go w plecaku.

Jeśli już wspominasz o kwestii bezpieczeństwa, gdzie trzymasz aparat podczas podróży np. nocnym pociągiem/autobusem? Bywa, że chodzisz nocą uliczkami miast w poszukiwaniu kadrów, czy ryzyko jest jednak zbyt duże?
W dłuższą podróż biorę ze sobą normalny (nie fotograficzny) “mały” 32 litrowy plecak (bagaż podręczny) taki, który wszędzie ze sobą noszę. Dolna komora jest przeznaczona na sprzęt foto. Wszystkie nazwy firm oraz modeli na body i obiektywach mam pozaklejane czarną taśmą izolacyjną.

Firmowy pasek także przerobiłem na zwykły czarny, także z daleka, a nawet i bliska nie widać, co to za aparat, poza tym, że jest czarny. Dodatkowo zawsze mam przy sobie mały wodoodporny kompakt.

Z plecakiem nie rozstaje się na krok. Zawsze i wszędzie mam go przy sobie. Wole go trzymać między nogami, niż położyć na półce z dwóch względów: bezpieczeństwa oraz zawsze mogę szybciej wyciągnąć aparat. Gdy jest to długa podróż, zwłaszcza w nocy, gdzie wiem, że będę spał to dodatkowo przypinam plecak do siedzenia, oparcia, czy jakiegoś stałego elementu, aby utrudnić ewentualną kradzież.

Fot. Łukasz Kędzierski

Słyszałem jeszcze o jednym fajnym patencie: do plecaka wkładasz specjalny nadajnik, a drugi masz przy sobie. Gdy odległość pomiędzy nimi jest większa niż powiedzmy 30 metrów to nadajniki zaczynają głośno wyć. Niestety jeszcze nie mam czegoś takiego.

W Azji wieczorne focenie ogranicza się do kilkunastu minut. Zatem, aby zrobić ciekawe kadry podczas tzw. “blue hour” to trzeba być wcześniej na miejscu. Facet ze statywem i aparatem biegający i szukający dobrego ujęcia, zawsze stwarza pozytywne zainteresowanie. Natomiast włóczęga nocnymi uliczkami jak najbardziej. Nigdy w Azji nie miałem z tym problemów, czy obaw. Jednak tam, gdzie jest bardzo ciemno i tak nie robię zdjęć (nie lubię flesha), bo marna szansa, że coś wyjdzie.

 Czy myślisz, że z fotografii podróżniczej można żyć? Masz jakiś pomysł na monetaryzację swoich fotografii?
Hmmm, pewnie jak się ma jakieś znane nazwisko lub dobre znajomości to może, lecz sądzę, że nie jest to łatwy kawałek chleba. Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach ciężko jest zabłysnąć ze swoim materiałem, a jeszcze ciężej się z tego utrzymać na stałe. Każdy ma komórkę z aparatem, mały kompakcik czy “mega wypaśną” lustrzankę i chętnie się tym wszystkim dzieli na różnych portalach społecznościowych, stronach WWW (nie mam tu na myśli swoich blogów czy prywatnych stron) czy serwisach informacyjnych za darmo.

Jednocześnie widać, że większość etatowych “zawodowców” (oczywiście nie wszyscy) nie patrzy na jakość, nie zważają na przesłanie, na temat, a później wrzucają na stronę do artykułu “byle co” jako fotoreportaż. Poziom publikacji w prasie i magazynach mocno podupadł. Oglądając takie zdjęcia, wstydziłbym się pod nimi podpisać i pewnie, gdyby były moje to wylądowałyby w koszu, zamiast zaprezentowania szerszemu gronu.

Dla mnie fotografia to ważny element w moim życiu, lecz dzięki temu, że jest to hobby nie muszę patrzeć na to przez pryzmat pieniędzy. Czasami wracam z jakiegoś miejsca i nie do końca jestem zadowolony ze zdjęć, lecz mam ten komfort psychiczny, że niczego nie muszę i zawsze mogę tam wrócić i zrobić to jeszcze raz, ponieważ robię to dla siebie.

Oczywiście jest to bardzo miłe, gdy czasami ktoś się zgłosi z ofertą finansową w kontekście publikacji lub współpracy, lecz niestety są to na razie incydentalne przypadki.

Fot. Łukasz Kędzierski

{To może teraz trochę od strony praktycznej. Jak radzić sobie z magazynowaniem zdjęć w podróży? Laptop, dysk zewnętrzny czy databank, który automatycznie zgrywa zdjęcia z aparatu? A może jeszcze coś innego?
Na każdy wyjazd zabieram ze sobą wszystkie karty pamięci, jakie posiadam. Zawsze wolę mieć 2x8GB niż jedną 16 GB z prostej przyczyny: jak padnie jedna to zawsze mam drugą i połowa zdjęć uratowana. Zdjęcia z karty usuwam dopiero w momencie, gdy muszę jej użyć raz jeszcze.

Jakiś czas temu zabierałem ze sobą databank zapakowany w specjalny pojemnik wyłożony gąbką — taki z wyświetlaczem postępu kopiowania i kilkoma technicznymi danymi, lecz pomimo tego zawsze miałem obawy, czy na pewno przywiozę ze sobą zdjęcia, choć nigdy nie miałem najmniejszych problemów.

Teraz zabieram ze sobą netbooka i zdjęcia przegrywam na dwie różne partycje, a dodatkowo mam dużego pendriva, na którym robię kolejną kopię w wersji zaszyfrowanej.

Nie korzystałem z dysku zewnętrznego z prostej przyczyny: gdy nie masz ze sobą komputera to, aby zgrać zdjęcia jesteś skazany na kafejki nternetowe, a od tamtejszych PC-tów można zarazić się niezłym świństwem.

Zatem mam: oryginał na kartach pamięci (schowane razem z paszportem), kopię na netbooku oraz kolejną kopię na pendrivie (schowany gdzieś w bagażu).

Dziękuję za rozmowę i życzę jak najlepszych kadrów. Zapraszam też na stronę Łukasza, gdzie można obejrzeć jeszcze więcej ciekawych zdjęć.
Łukasz KędzierskiJeśli macie pytania do Łukasza, to prosimy o wpisy w komentarzach.
Rozmawiał Andrzej Budnik

Łukasz Kędzierski o sobie:
Cały czas próbuję walczyć z szarością dnia codziennego. Odskocznią od tego są wyjazdy oraz fotografia. Nie lubię biur podróży, zorganizowanych “wycieczek”, przewodników, którzy mają ściśle określony plan i zawsze muszą gdzieś pędzić, bo na coś tam nie zdążą. Lubię być niezależnym, wolnym od wszelkich wytyczonych “standardów”. W podróżach najważniejsze dla mnie są: moja kochana żona, plecak, aparat i niski budżet. Nie potrzebuję wygody, klimatyzacji, hoteli iluś tam gwiazdowych. Wystarczy zwykły, ale czysty hostel, knajpa gdzie siedzą i jedzą miejscowi.

O autorze: Andrzej Budnik

Alternatywny podróżnik, zapalony bloger i geek technologiczny. Połączenie tych dziedzin sprawia, że w podróż przez australijski interior czy nowozelandzkie góry zabiera do plecaka drona, który pozwala mu przywieźć niepublikowane nigdzie wcześniej zdjęcia i oryginalne ujęcia wideo. Swoją duszę zaprzedał górom w północnym Pakistanie i tadżyckim Pamirze, które odkrywał podczas 4-letniej podróży lądowej przez Azję i Australię. Od wielu lat zaangażowany w aktywizację polskiego środowiska podróżniczego. Założyciel i obecnie współautor najstarszego, aktywnego bloga podróżniczego w Polsce – LosWiaheros.pl. Nominowany do Travelerów 2010 i Kolosów 2013. Zwycięzca konkursu Blog Roku w kategorii Podróże i Szeroki Świat w 2007 roku. Zawodowo licencjonowany pilot drona w firmie CrazyCopter.pl specjalizującej się w fotografii lotniczej i wideo z drona. Łącząc od lat pracę zdalną i podróże stara się promować styl życia określany Cyfrowym Nomadyzmem.

Podobny tekst

Jachtostop od podstaw (cz.1)

Już dawno mieliśmy temat jachtostopa opisać, ale ciągle brakowało czasu. Gdy w niedzielę, podczas festiwalu autostopowego na krakowskim AWFie, …

4 komentarze

  1. Zgadzam się z tym, że upada poziom zdjęć w magazynach, poza tymi najbardziej renomowanymi typu NG itp.

  2. O mnie:
    mnie i mojej ukochanej wystarczy czysty ale własny Jumper bądź namiot. hehe czysty hotel to jest przesada:]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *